Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Spełnienie cz.I Magda

Autor: Anna Ciupińska 25 kwietnia 2015, Piechowice

Magda biegła plażą prosto w słońce. Finezyjnie spleciony ciężki warkocz uderzał ją rytmicznie po plecach masując obolałe od długiego pochylania się nad sztalugami. Była szczęśliwa. Zmęczona, ale bardzo szczęśliwa. I chyba po raz pierwszy w życiu czuła się spełniona. Obraz, który malowała całą swoją duszą przez jakże długie cztery lata, był właściwie na ukończeniu. Brakowało tylko ostatecznego szlifu, który powodował, iż jej prace były tak charakterystyczne. Jeśli starczy natchnienia, jeszcze w tym tygodniu będzie mogła swoje dzieła zaprezentować szerszej publiczności. Propozycja wystawy w Grand Hotelu przyszła jak najbardziej w porę. Lepsza okazja w najbliższym czasie się już nie przytrafi. Wszak nie co dzień szacowne grono światowych Noblistów zwiedza pełne historii polskie wybrzeże. I tylko dzięki temu, jako absolwentka Akademii Sztuk Pięknych oraz niezwykle dobrze rokująca przedstawicielka młodego pokolenia dostała tę niecodzienną propozycję. Wystawa w Grandzie, była wisienką na torcie. Czuła, że potem, nic już nie będzie takie samo. Przywykła, co prawda do świetnych opinii na temat swojego malarstwa, ale tym razem przyjdzie się zaprezentować przed międzynarodową śmietanką towarzyską, której opinii nigdy nie sposób przewidzieć.

 

Zdyszana przysiadła na końcu falochronu. Uwolniła włosy, które unoszone wiatrem, łaskotały jej szyję. Zdjęła z siebie opalacz, usiadła na dwóch niewielkich jego skrawkach i objąwszy rękami podkurczone kolana, oddała się we władanie żywiołom. W ten sposób pokonywała strach przed głębią. Uwielbiała morze, fascynowało ją, jednak patrząc na ogromne masy kotłującej się lub pozornie spokojnej wody, czuła niewytłumaczalny wręcz paraliżujący lęk. Mowy nie było, by zanurzyła się w miejscu, gdzie nie czuła gruntu. Dlatego właśnie każdego ranka przysiadała na wchodzącym głęboko w morze falochronie by zwyciężyć samą siebie. Ale nie tylko, nie ma się, co oszukiwać i tu dyskretnie spojrzała w stronę plaży.

 

Już tam był. Spacerował w promieniach słońca jakby kumulując je w sobie, tak świetlista była jego postać. Chłopak marzenie. Nie znała go zupełnie. Zauważyła któregoś dnia jak spacerował w pobliżu latarni. Jasne, bądź rude, długie loki świeciły własnym blaskiem. Smukłe, pięknie wyrzeźbione ciało mężczyzny, bo niewątpliwie nim był, przywodziło na myśl tancerza, taka eteryczność z wewnętrzną siłą biła od niego. Niby kruchy, a budził zaufanie i pojawiał się zawsze, kiedy ona Magda zmagała się tu na falochronie ze swoimi mniej lub bardziej uzasadnionymi lękami. Nie zbliżał się do niej, nie próbował poznać. Po prostu był. Zamyślony czasem uśmiechnięty, uważnie obserwował jej ruchy kiedy wracała jak ptak z rozpostartymi skrzydłami krok po kroczku bojąc się utracić równowagę i nie wpaść do liżącej jej stopy, kłębiącej czarnej wody. W połowie drogi przystawała i niebezpiecznie chwiejąc na jednej nodze ubierała się wciągając na opalone ciało majtki od bikini, a już przy samej plaży stanik. Była świadoma swego powabu i ewidentnie wabiła uroczego młodzieńca. Jednak nie widząc zainteresowania z jego strony unosiła dumnie podbródek, zbierała rozigrane włosy, plotła je w ogromnie długi warkocz i wolniutko wracała, łowiąc po drodze łakome spojrzenia płci obojga.

 

Tak było i dzisiaj. Tyle, że on spacerował uważnie przyglądając się latarni. Zupełnie jak by ją widział po raz pierwszy w życiu. Nie pokazał Magdzie dzisiaj swojej twarzy, jednak czuła, że mimo tego jest uważnie obserwowana. Łączyła ich niewidzialna nić. Tam nić. Powróz wręcz. Tego była pewna.

 

Początkowo mężczyzna budził w niej niepokój, potem przyzwyczaiła się czując zawód, kiedy zdarzało się nie dostrzec go na plaży. Podobał się jej ogromnie, rozmawiała z nim w myślach siedząc w kucki na falochronie i nawet fantazjowała na jego temat. Wyobrażała sobie jak pięknie musi wyglądać nago. Jako była studentka malarstwa, znała męskie ciało, aż nazbyt dobrze. Czasami nawet bywało, że model nie mógł opanować emocji.

 

Patrząc na tego tajemniczego mężczyznę, oczyma wyobraźni widziała złote włoski na jego łydkach i równie złote, gęste i zapraszające w innych, jakże słodkich męskich miejscach. Ale wtedy… Wtedy on jakby wyczuwając jej nastrój, odwracał się od niej. Nie, nie odchodził, ale też zupełnie jak dzisiaj nie ujawniał swojej twarzy. Spacerował z głęboko naciągniętym na oczy kapturem, a ona Magda wciąż widziała tylko jego plecy. Może w jakiś przedziwny sposób czytał w myślach nie akceptując jej zachowania, a może też miał swoje problemy. Kto to wie. Nagle przyszło jej do głowy, że on może być księdzem na rozdrożu. Albo gejem i sam do końca o tym nie wie i miota się wewnętrznie rozdarty, że może szuka spokoju, odpowiedzi na dręczące pytania, a ona mu ten spokój zakłóca.

 

Z tęsknoty za mężczyzną z samotności, przylgnęła do obcego faceta, przywłaszczyła go sobie i jeszcze niepokoi jego duszę jakimiś erotycznymi fantazjami. Kiedy tylko to sobie uświadomiła, dokładnie w momencie on odrzucił kaptur i z dala spojrzał na nią tak przenikliwie, że mało do kłębiącej się wody nie wpadła. Tym razem porzuciła rytuał ubierając się znacznie szybciej.

 

Postanowiła okiełznać swoją rozpasaną erotyczną wyobraźnię z nim, jako kochankiem w roli głównej i skupić się na dokończeniu obrazu.

 

Od dłuższej już chwili patrzyła krytycznie na swoje dzieła. Jeszcze tylko godzina została do oficjalnego otwarcia wystawy. Trzeba przyznać, że organizator wykazał się ogromnym smakiem. Umieścił obrazy w sposób, iż czytało się z nich więcej niż Magda by sobie życzyła. A światło, które okazało się majstersztykiem, wydobywało z ich głębi niedopowiedzenie, niepokój, krzyk nieomal. Zdumiona patrzyła na swoje dzieła nie poznając ich zupełnie. Nie chciała by aż tak obnażały jej duszę. Otoczka sprawiła, iż prezentowały się zupełnie inaczej niż na sztalugach w jej pracowni. Za sprawą kilku reflektorów nikła możliwość prostego przekazu, za to ukazywała się tajemna zawartość jej duszy, można by rzec jej drugie dno. Kolorowe wiązki laserowego światła, kierowane na poszczególne elementy powodowały, iż prace dostały drugie życie. Efekt był zaskakujący. Światło ledwie muskało oleje, przydając im tajemnicy, a przesuwając się to szybciej, to muskając leniwie poszczególne tylko ich fragmenty, wydobywało z obrazów niedopowiedziane. Wstrząśnięta dziewczyna stała nie zauważając zupełnie upływającego czasu. Wernisaż już trwał w najlepsze, kiedy ona w lekkiej codziennej sukience, o bosych stopach z resztkami zasychającego piasku między palcami, objęta ramionami, jakby sama siebie przed czymś broniła, zastygła niczym żona Lota, nie widząc, ani nie słysząc.

 

A działo się! Oj, działo! Zachwyceni goście zapominając o poczęstunku, komplementowali sztukę. Patrzyli oczarowani, wzruszeni, rozedrgani. W ich duszach kłębiły się emocje, które umiejętnie podsycała sącząca się w tle muzyka, rodem z gwiezdnych wojen.

 

Propozycje kupna składane gospodarzowi wystawy oszołomiłyby niejednego uznanego malarza. Darmo powtarzał, iż pojedyncze obrazy nie są na sprzedaż. Stanowiły całość. Wszystko albo nic. Fakt, rozumiał że wywierały na patrzących ogromne wrażenie jednak musiały być wszystkie razem. Były sztuką nierozerwalną. Dyskretnie obserwował na twarzach patrzących walkę, którą toczyły ich dusze. Wiedział, że dzięki tej wystawie wyjdą stąd lepsi niż przyszli. Jednak największe emocje budził w nich wiszący w centralnym punkcie galerii ogromny obraz, od którego nie można było oderwać wzroku i dla którego inne, choć równie fascynujące były wprowadzeniem, tłem zaledwie. Zaczynał się spokojnie, niebiesko-białe plamki tańczyły wokół delikatnych muśniętych srebrem jakby tkanych pajęczą nicią księżycowych promieni, by potem niezauważalnie poprzez zastosowanie o ton ciemniejszych barw, nabierać bardziej i bardziej nasyconej przez co też niebezpiecznej szafirowej głębi, w której już księżyca nie było, by ostatecznie przejść w smolistą czerń w centrum obrazu. A z owej to głębi niczym tonący z wodnej kipieli, wydobywała się nieregularna pomarańczowa plama uwieńczona krwistym czerwonym krzykiem…

 

Nagle, osłupiała Magda przestała oddychać, czuć, myśleć. Zdecydowanym krokiem podeszła do stojącego w drzwiach zaplecza gospodarza, który zachęcająco skinął głową. Z jego kieszonki wyjęła gruby, wodoodporny, zielony flamaster i zanim ktokolwiek zdążył zareagować szybkim ruchem odrzuciła precz zakrętkę i zanosząc się niepohamowanym płaczem, na oczach oniemiałych gości wymalowała w samym centrum krzyku, wyraźną zieloną linię życia.

 

Poznała go, poznała! To był ten niepokojący chłopak! On był dzisiaj gospodarzem wystawy! Biorąc z kieszonki na jego piersi zielony flamaster, spojrzała mu w oczy i przepadła z kretesem. Była zakochana jak nigdy w życiu! Czuła, jak pod jego spojrzeniem jej ciało, zamieniło się w ogromną płonącą żagiew, której jak jej się wydawało, ugasić było niepodobna. I nagle, i z zupełnego zaskoczenia poczuła, co znaczy być prawdziwą kobietą…

 

Tak od jednego spojrzenia?

 

Zareagowała jak zwykła dziwka. Speszona, zawstydzona, nieomal upokorzona na oczach wszystkich, wśród ogólnego zamieszania wybiegła w ciemność...

 

Gnała przed siebie, by się zmęczyć, by wysiłkiem zagłuszyć ponowną chęć spełnienia. Gdzieś z głębi duszy, docierało do niej, że odniosła ogromny sukces. Ale też wiedziała, komu go zawdzięcza. Zwykły człowiek tak nie potrafi. Biegła przed siebie na oślep pustą już o tej porze plażą, nie umiejąc dać sobie rady z emocjami, na które zupełnie nie była przygotowana. Łzy zalewały jej oczy, a ciało paliło wszechogarniającą gorączką. Cienka bawełniana sukienka nagle zrobiła się ciasna, plątała nogi. Zrzuciła ją zatem, odruchowo pozbywając się też bielizny i jak dzika klaczka z impetem wskoczyła do słonej, chłodnej wody. Nie zważając na gwizdy i krzyki z plaży tłukła wściekle ramionami wodę. Byle dalej od brzegu.

 

Wraaaacaaaaaj, wraaaacaaaaaaj, dochodziło do niej z daleka jeszcze przez jakiś czas. Potem wołanie to cichło, to nie wiedzieć czemu, przybierało na sile. Ale ona nie chciała! Nie chciała! Bez niego, jej życie było niczym. Niczym! Niczym! Niczym!

Nie mógł być z nią! Nie mógł! Kiedy tam, w galerii, spojrzała przez łzy w jego oczy, wiedziała już wszystko. Nie chce! Nie chce wracać! Tak jest dobrze! Tak! Skoro on, nie może być jej, to po cóż wracać? Po cóż żyć?

 

Niech on chociaż nie wypuszcza jej ręki. Niech trzyma! Mocno trzyma! Jak tonący i skazany na wieczne potępienie rozpaczliwie łapie za tę ukochaną rękę kurczowo czując, jaka jest eteryczna, delikatna. I o dziwo, ta delikatna jednak o żelaznym uścisku ręka wlewa w nią życiodajną siłę. Do walki o siebie. Siła ta rysuje się dokładnie w amplitudę, jaką wymalowała na swoim obrazie. To linia życia. Jej życia.

 

Słyszy jak bije jego serce i czuje ulgę. Jest przy niej tak blisko, trzyma za rękę, gładzi włosy, muska pewnie przypadkiem pierś. Ach, nareszcie spokój. Nie wie jak to możliwe, ale ma go w końcu przy sobie. Wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze. Uspokaja nie wiadomo, jego czy siebie. Lecz co to? Znowu jest pełna miłości, chce dawać, dawać, dawać, ale też i brać. Czerpać pełnymi garściami.

 

Kochany, szepcze z wysiłkiem, tuląc się do męskiej dłoni.

Znowu czuje, że płonie pod jego dotykiem. Wygina się, pręży, wskazuje drogę. Dlaczego on się opiera? Dlaczego nie rozumie? Słyszy szalone bicie serca. Jego? Czy swego? Wdzierające się w uszy natrętne i szaleńcze pikanie doprowadza ją do wściekłości. W końcu wybudza.

 

Ta maszyna zaraz eksploduje. Niech w końcu ktoś coś z nią zrobi, ileż można tego słuchać! Miota się, krzyczy, woła, by po chwili jak szmaciana lalka znów osunąć się w głębię, w której jednak jego już przy niej nie ma.

 

Po co żyć? Dla kogo? Czuje się podle oszukana. Zdradzona. Płacze. Gorące łzy ciekną po twarzy, zalewają uszy, policzki, szyję lądując na nagiej piersi dziewczyny. Dokładnie tam, gdzie przed chwilą była jego dłoń.

 

Jakieś dzieci niepewnymi głosikami wołają:

 

Mamo, mamusiu, obudź się!

Zniecierpliwiona nachalnym krzykiem, rozgląda się wokół za matką miauczących dzieciaków. Nawet chyba ładne te dzieci – myśli. Ale oprócz kilku skupionych wokół niej rozmazanych zielonych postaci, owej matki nie widzi.

 

Mamusiu, mamusiu – znów daje się słyszeć piskliwy głosik.

 

Zbiera siły. Unosi powieki, wytęża wzrok, postacie stają się ostrzejsze. Widzi, a może bardziej czuje na sobie zatroskane spojrzenia. Zdziwiona patrzy na dwie identyczne jak krople wody – małe dziewczynki siedzące w nogach jej łóżka. Ach, jest zatem w łóżku. A dzieci mają łzy w oczach, pewnie ta matka nie przyszła.

 

Czy jestem chora? Charczy nieporadnie – A gdzie wasza mamusia? – Widząc, iż dziewczynki są zdezorientowane dodała jeszcze. – Nie martwcie się, na pewno zaraz tu po was przyjdzie.

Jak macie na imię? – Pyta jeszcze z grzeczności, bo tak naprawdę wcale jej to nie obchodzi.

Kochanie, ta z prawej to Eryka, a z lewej Ludwika – naprawdę nie poznajesz naszych dziewczynek?

Na-szych? Na-szych? Zdębiała. Ko-cha-nie? Jakie do jasnej cholery kochanie, albo czyje kochanie? Próbując sobie wszystko poukładać zmęczona do granic z ciężkim westchnieniem zamyka oczy. Boże, kto to jest ten człowiek i ten drugi, który nic nie mówi, tylko obserwuje ją bardzo uważnie? A dziewczynki? Skąd się wzięły w jej łóżku?

 

Jedno nie ulega wątpliwości. Jest w szpitalu i jest chora. Ale przecież wczoraj jeszcze była zdrowa, pływała w morzu. Pływała? Płynęła jak szalona i zapewne topiła się. To by wyjaśniało szpital. Trochę uspokojona zasypia mamrocząc coś pod nosem.

 

Kiedy ponownie otwiera oczy jakaś kobieta wzywa lekarza. Neurolog prosi, by mu opowiedziała, co jej się śniło. Tak, właśnie takiego niepokojącego słowa użył. Śniło… Rozumiała, czego oczekiwał, jednak gdzieś w podświadomości wie, że nie może mu nic powiedzieć. Wie też, że jej nie wierzy, kiedy mówi, że nic, ale to zupełnie nic jej się nie śniło, a przynajmniej niczego nie pamięta.

 

Kobieta dyżurująca przy łóżku, okazuje się być jej siostrą Michasią. Jaką siostrą – myśli – przecież jest jedynaczką, ma na imię Magda i jest malarką. Młodą, a już o niezwykłym dorobku malarką. Ma dwadzieścia sześć lat, mnóstwo przyjaciół i w zasadzie otwarte prawie wszystkie liczące się na świecie galerie. Taką siebie zna, taką akceptuje. A tu jakaś siostra! Też coś!

 

Domniemana siostra w przerwach między uciążliwymi badaniami opowiada o mężu, dzieciach, rodzinie. Magdzie-Basi, bo tak teraz ma na imię – Basia, od tego wszystkiego miesza się w głowie. Sama już nie wie, co myśleć. Mąż, dziewczynki, wypadek, śpiączka. Cztery lata w śpiączce! Nie wierzy, nie wierzy. To ewidentna mistyfikacja. Ta domniemana Michasia zapewne ukradła jej tożsamość i korzystając z niemocy próbuje Magdzie-Basi wcisnąć jakiś straszliwy kit. Tak kit! To znakomite określenie. Ta kobieta, to jakiś straszliwy wróg i pewnie ze wszystkimi w zmowie jest.

 

Ale gdzieś na dnie serca czai się i podgryza niepokój. A jeżeli to wszystko jest prawdą? A jeżeli to wszystko jest prawdą? Powtarza niczym mantrę, jakby chcąc zakląć los. Niestety. Jest. Lekarze potwierdzają wersję Michasi. A mąż przynosi zdjęcia i dokumenty.

 

Boże, niech ten koszmar się skończy!

 

Nagle przed jej oczyma przewinął się krótki film. Właśnie mieli odebrać z salonu nowiutki samochód. Mąż nie mógł jej towarzyszyć z powodu ważnego spotkania. Zdecydowali, iż pojedzie sama. W końcu jedzie tylko kilkanaście kilometrów – ryzyko żadne. Zawiózł ją do Wrocławia i popędził na lotnisko. Dziewczynki zostały pod opieką babci. Basia dopełniła formalności, ubezpieczyła samochód, zatankowała, pobiegała trochę po sklepach i pełna optymizmu ruszyła w drogę powrotną.

 

Był schyłek lata, pogoda dopisywała, włączyła Radio Classic i słuchając kojącej muzyki rozkoszowała się jazdą. Uwielbiała podróże u o szarej godzinie, wtedy kiedy zachodzi słońce i świat niepostrzeżenie pogrąża się w tajemniczej mgiełce, powietrze nasycone ciepłem łapiąc wieczorną wilgoć uwodzi niepowtarzalnymi zapachami suszącej się trawy i wonią kwiatów. Tajemnicą. To charakterystyczna chwila zbliżającego się wieczoru kiedy ciało staje się ciężkie, brzemienne jakby, rozleniwione i oczekujące spełnienia. Właśnie o tej porze jechała lewym pasem, kiedy nagle zobaczyła przed sobą niewielki dostawczy samochód, który centralnie pod kątem prostym, widocznie próbując przedostać się przez pas zieleni na sąsiednią nitkę, zajeżdżał jej drogę. Na autostradzie! W ułamku sekundy było po wszystkim. Nieprzytomną Basię wycięto z doszczętnie zmiażdżonego samochodu i odwieziono helikopterem do szpitala. To było dokładnie cztery lata temu. Dziewczynki jeszcze nie miały roczku.

 

Zszokowana patrzyła na swoje ślubne zdjęcia, potem te z porodówki, gdzie szczęśliwa tuli dwa małe tobołki. Na uśmiechniętego Zygmunta. Ślicznego jak marzenie chłopaka. Choć minęło już kilka ładnych lat wciąż, prosty jak trzcina, śniady, z uwodzicielskimi czarnymi oczami. No i wysoki, co najmniej z metr dziewięćdziesiąt pięć. Studentki pewnie za nim szalały pod jej nieobecność. Czy tylko studentki? Patrzyła badawczo na Michasię, kiedy ta nie widziała i ciężki kamień kładł się jej na sercu. Czyżby była zazdrosna? Podejrzliwa? Nie powinna, przecież ona w tym czasie też miała swojego Ariela. Skąd wie, że miał na imię Ariel? Przecież nie przedstawiał się. Nie wie, nie wie, nic nie wie i zrozpaczona nie mogąc wszystkiego ogarnąć, wybucha płaczem, który jest wstanie ujarzmić tylko środek uspokajający zaaplikowany przez pielęgniarkę.

 

Witamy wśród żywych.

 

Dwie pięcioletnie dziewczynki z bukiecikami stokrotek w rączkach patrzą nieśmiało na Basię. Tuli je do siebie, co ma robić, przecież to jej dzieci, ale nie czuje nic. Jeszcze nie teraz. Może później. Wpatrzona w dziewczynki i żywe pachnące kwiatki, w pierwszej chwili nie zauważa małego, złotowłosego chłopczyka, który wpatruje się w nią intensywnie. Ma nie więcej niż dwa latka i bardzo jej kogoś przypomina. Jest bardzo podobny do jej siostry Michasi, ale też łudząco podobny do... jej Ariela. Nie, to nie może być prawdą, nie ma Ariela w tym życiu. On, on był w tamtym, tym drugim szczęśliwym i poruszona do granic, pyta chłopczyka jak ma na imię i gdzie jest jego tatuś. A on patrząc na nią poważnymi, niebieskimi jak chabry ogromnymi oczami bardzo wyraźnie jak na dwulatka mówi:

Ariel, nazywam się Ariel, a to mój tata i ufnie chwyta malutką łapką, wielką łapę Zygmunta.

To mój syn, Basiu – mówi odważnie siostra Michasia. – Nasz, poprawia się po chwili, patrząc na Zygmunta, a winowajca spuszcza głowę mocno obejmując wszystkie swoje dzieci.

Dławiąc się od powstrzymywanego szlochu Basia pyta:

 

Kim byłam? Jaki zawód uprawiałam zanim… Zanim… To się stało? Wypadek znaczy… I zrozpaczona kobieta dowiaduje się, że była główną księgową.

 

Księgową, księgową, księgową, powtarza jak nakręcona, z niedowierzaniem w głosie i patrząc gdzieś w przestrzeń nagle zdecydowanie oświadcza.

To było kiedyś. W innym życiu, którego już nie ma. I z determinacją dodaje:

Teraz, będę malować obrazy!

                  • Udało jej się wprawić słuchających w zupełne osłupienie. Zdumienie pomieszane z niedowierzaniem odmalowało się na twarzach Michasi i Zygmunta, chyba pomyśleli, że odzyskawszy przytomność zupełnie straciła rozum. Na szczęście sytuację uratował lekarz.

Pani Basiu, usłyszawszy o pani przypadku, świat medyczny oszalał, pani dała nadzieję tym wszystkim, którzy do tej pory byli jej pozbawieni. Głównie rodzinom. Wyniki badań potwierdzają, iż jest pani prawie całkiem zdrowa. Proszę się psychicznie przygotować, za kilka dni wypiszemy panią do domu. Czas zacząć nowe życie. Doktor wygłosił swoją kwestię i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi.

Taaak – pomyślała Basia – kolejny sukces medycyny dwudziestego pierwszego wieku. Nowy, okiełznany przypadek i całkiem nowe życie, takie dwa w jednym. Tylko czy kogoś obchodzi, czy ja je chcę? To całkiem nowe życie?

 

Już widziała nagłówki w gazetach, niezliczone męczące wywiady i ona, w charakterze królika doświadczalnego. I jeszcze te dyskretne pytania w stylu, a co pani na to, że mąż ma dziecko z pani siostrą?

 

Gówno! - Odpowiada im w duchu na ewentualną zaczepkę. Nic wam nie powiem.

 

 

cz.I   http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1155/spelnienie-cz-i-magda.html

cz.II  http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1156/spelnienie-cz-ii.html

          cz.III http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1157/spelnienie-cz-iii.html

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Oddaj swój głos:
(4)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...