Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Spełnienie cz.II

Autor: Anna Ciupińska 25 kwietnia 2015,
        • CZ. II Basia-Magda

        •  

cz.I http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1155/spelnienie-cz-i-magda.html

 

Teraz Basia-Magda siedzi w wygodnym hotelowym fotelu, patrzy z wysoko położonego tarasu na wzburzone morze, a istna Niagara myśli powoduje w głowie ogromny chaos. Przecież nie mogła wrócić do domu. Bo i gdzież on jest, ten jej dom. Czy tu w miejscach ze snu, które natychmiast poznała łażąc i snując się między sopockimi domami? Czy też tam gdzie jej mąż, dzieci i siostra? Jeszcze tak naprawdę nie odzyskała tożsamości. No owszem, teoretycznie tak. Miała nazwisko, imię i adres. Rodzinę, przyznającą się do niej, przyjaciół. To bardzo dużo jak na początek odzyskanego życia. Jednak zbyt dużo jak na nią, zagubioną i kompletnie zdezorientowaną młodą kobietę, która ponownie się narodziła. Niby w tym samym wieku jednak zupełnie w innym czasie. Dlatego nie potrafiła się cieszyć tego rodzaju dobrodziejstwem ani przejść nad nim do porządku dziennego. Wejść jak gdyby nigdy nic, w narzuconą jej siłą rolę. Dla niej oni wszyscy byli obcymi ludźmi, którzy zaburzyli ustalony dotychczas porządek. Porządek, który akceptowała i który pozwalał jej czuć coś, czego w żaden sposób nie potrafiła nazwać, ale świetnie czuła. I nie chodziło tu zupełnie o bezpieczeństwo, raczej był to rodzaj formy rozleniwienia pomieszanego z ekstazą, a wszystko razem sprawiało, iż wnętrze jej świeciło własnym światłem. Dlatego teraz nie potrafiła, nie chciała, a przede wszystkim nie była w stanie narzuconego dobrodziejstwa udźwignąć. Nie mogła być matką. Nie chciała żoną. Nie potrafiła siostrą. Koszmar. Miotała się niczym dziki zwierz siłą pozbawiony wolności. Wręcz słyszała jak potężny ogon owego tygrysa, lwa czy lamparta z rozpaczą wali o pręty zbyt ciasnej klatki. I jak owe zwierzę, była całkowicie bezsilna wobec beznadziejnej sytuacji w jakiej się obecnie znajdowała. Nic człowieka tak nie wścieka jak świadomość niemożności panowania nad swoim życiem czy całkowite uzależnienie od innych. Klatka z natury rzeczy jest zawsze zbyt ciasna, a co dopiero klatka bez drzwi. Paradoksalnie to jednak istna alegoria wolności. Bo w zasadzie każdy siedzi w jakiejś klatce i czy z drzwiami czy bez, ma w niej tyle miejsca i wolności ile jest w stanie wywalczyć. Mimo, iż walczyła ze sobą o każdy skrawek tej wolności, z każdym upływającym dniem czuła jak wycieka z niej życie. Jak zwija się w ciasny kłębek czarnej wełny, kurczy jak sfilcowany sweter, usycha tracąc barwy niczym jesienny liść. I jak on chciała odfrunąć. Daleko. Bardzo, bardzo daleko.

 

Toteż kiedy firma ubezpieczeniowa wypłaciła jej wysokie odszkodowanie, natychmiast po zakończonym turnusie opuściła sanatorium, rodzinę i przyjechała tu właśnie do Sopotu. Liczyła, że odzyska jeśli nie utracone, to przynajmniej upragniony spokój. Nie chciała niczego więcej. Tylko spokoju. Ale mijały dni, a upragnione nie wiedzieć czemu nie przychodziło. A co do życia, coraz częściej zdawała sobie sprawę iż to, którego pragnie, w którym się realizowała, była szczęśliwa, po prostu nie istnieje. Jak fatamorgana jakaś, ułuda lub bodaj sen, z którego została brutalnie obudzona. Nie chciała być obudzona! Chciała dalej śnić! Tylko, że nikt nie pytał czego ona chce, za to wszyscy mieli ogromne oczekiwania. Lekarze chętnie by wywlekli z niej najintymniejsze szczegóły, wszak na mikrony już wcześniej została rozłożona – podobno dla dobra nauki. Dziennikarze zaś chcieliby wiedzieć jeszcze więcej, wplątując w sytuację rodzinę i znajomych. A rodzina? Ta chciałaby wiedzieć i rozumieć wszystko, nawet to czego ona Basia-Magda sama nie potrafiła zrozumieć. Rodzina to rodzina, ale znajomi i przyjaciele podobno mieli już swoje zdanie na temat jej choroby.

 

Dlaczego udaje, że nic nie pamięta. To oburzające nie pamiętać, że ma się rodzinę, dzieci i pracę. Można zapomnieć gdzie się schowało pierścionek, ale żeby nie poznawać własnej rodziny? Tokowały panie. W co ty grasz kobieto, pytali oburzeni panowie oglądając ją przy okazji niczym rzadkie zwierzę w ZOO. Języka nie zapomniałaś jakoś, umiesz się nieźle wysłowić, budować zdania, liczyć, wiesz jak nazywają się i do czego służą poszczególne przedmioty. Tylko jakoś o własnych dzieciach, mężu i przyjaciołach zapomniałaś.

 

– Dziwne to, bardzo dziwne – mówili – z niedowierzaniem kiwając głowami. A kiedy sądzili, że nie widzi, pukali się palcami w czoła, wymieniając przy okazji porozumiewawcze spojrzenia.

Co miała odpowiedzieć, że przeprasza że się wybudziła? Że nie będzie się przed nikim ani rozbierać, ani też otwierać? Że nie ma na to najmniejszej ochoty, a tym bardziej potrzeby? Że ma prawo zachować prywatność i nie życzy sobie występować w roli królika doświadczalnego, ani żadnego innego zwierzęcia? Że naprawdę nic nie pamięta i w związku z powyższym, z niczym ani nikim się nie utożsamia?

 

Widziała przecież strach w oczach siostry, która nie wiedzieć jak długo sypiała z jej Barbary-Magdaleny mężem. Miała z nim syna, wychowywała Barbary córki. Z punktu widzenia siostry, już nie były siostrami, były kobietami przeciwniczkami. Rywalizowały o względy mężczyzny i nie ważne było, że jej na owym mężczyźnie zupełnie nie zależy. Wystarczyło, że wzbudził w niej poczucie straty. Odwieczna i nieustająca wojna kobiet na całym świecie. Nie mogła również udawać, że nie widzi niepewności i tchórzostwa w oczach swojego przystojnego męża. W końcu jedną z sióstr należało odtrącić. Pytanie tylko którą? Rozum skłaniał się ku jednej, serce ku drugiej. Wyraźnie widziała, że licząc na cud, sam nie był w stanie podjąć decyzji. Tchórz. A dzieci? Następny temat. Pozwolić, by wychowywała je matka, której kompletnie nie znały i słowo matka kojarzyło się im tylko ze śpiącą panią w łóżku szpitalnym? One kochały swego ojca i swoją ciocię. Matka to dla nich puste słowo przecież. Wiedziały o niej tyle, ile zechciano im przekazać. Nie mogły jej kochać, bo jej nie znały. Kocha się misia albo szmacianą lalkę, bo są towarzyszami zabaw i smutków. Bo lalkę się przebiera, misia przytula, a nawet całuje. Moczy łzami, rozmawia i powierza sekrety. Nie kocha się obcej pani, tylko dlatego, że każą na nią wołać mamo. To zupełnie tak, jak nieznane było dla Basi słowo – dzieci. Zresztą, wcale nie czuła powołania by się nimi zajmować. Nawet nie miała pojęcia jak się do takiego zadania zabrać. Niby posiadała świadomość obowiązków matki wobec dzieci, jednak wcale nie miała ochoty na ich wypełnianie. Nie czuła żadnej więzi z córkami, mężem, siostrą czy pozostałą rodziną. Było jej wszystko jedno, jak oni rozwiążą swoje problemy, byle niczego nie chcieli od niej. Zupełnie jakby cierpiała na zanik uczuć wyższych, jakby dostała jakąś kłodą w czoło i został uszkodzony jej płat czołowy odpowiedzialny ponoć za odczuwanie uczuć wyższych jakimi są miłość, zrozumienie czy współczucie. Słowem empatia. Stała się obojętna i poniekąd egoistyczna. Asertywna do bólu. Tylko ja i ja. Zdawała sobie doskonale sprawę, że na dłuższą metę tak być nie może.

 

Dlatego też postanowiła odejść, odsunąć się, popracować nad sobą i czekać. Bo jak powszechnie wiadomo, czas jest najlepszym lekarzem człowieka – jak mówią lekarze, którzy nie do końca wierzą w to co mówią, jednak pragną za wszelką cenę ich własnego spokoju wlać nadzieję w serce pacjenta, który zbytnio nie rokuje.

 

Zatem wdychała jod i spacerując po plaży, podziwiała wschody i zachody, przypływy i odpływy, lub po prostu szła sobie falochronem w morze. Siadywała jak wcześniej Magda, na poczerniałych ze starości i od słonej wody śliskich balach, gdzie zapatrzona w białą piankę tworzącą się na rozigranych drobnych falach, błądziła myślami nie wiedzieć o czym, bądź topiła godzinami spojrzenie w ciemnych wodach Bałtyku, lub ślizgała bezmyślnie wzrokiem potężne zwały zielonej wody, które podchodziły z szumem tuż pod nią, mocząc jej trampki i spodnie, by w chwilę później jakby przerażone tym, co czynią, cofać się i ginąć w głębinie zostawiając po sobie na pustej prawie plaży jakieś glony, kawałki drewna, muszle i zapewne bursztyny, na które nie brakło amatorów. Głównie o świcie. Zasłuchana w ciężki szum, czasem tylko przerywany delikatniejszym pluskiem, w krzyk mew, czy innych rybitw szukała odpowiedzi na dręczące pytania i wątpliwości. I tęskniła. Potwornie tęskniła za Magdą, Arielem i tamtym nierealnym, a jakże emocjonującym, szczęśliwym życiem. Mało, nie była w stanie wyobrazić już sobie innego. Przerażała ją myśl, o przewracaniu jakichś papierów w dusznym biurze, praniu skarpetek i gaci, przytulaniu, całowaniu, pocieszaniu dzieci i bycia żoną tego tam... krótko mówiąc zupełnie obcego chłopa. Na samą myśl robiło jej się niedobrze, coś w niej wyło i krzyczało. Nie! Nie i nie!

 

Dużo też czasu poświęcała na zastanawianie się, co było celem owego zdarzenia. Nie dlaczego właśnie jej się przydarzyło – nie, to akurat akceptowała. Tylko, co winna zrozumieć? Przecież musiał być w tym jakiś cel, jakieś przesłanie? Jakaś madrość zawoalowana. Jakiś znak! Tylko jaki? Jaki!? Jaki!? Zwariować można od tych pytań. Musi, za wszelką cenę musi znaleźć odpowiedź. Od odpowiedzi zależy jej dalsze życie przecież.

 

Tymczasem jadła coraz mniej i gasła w oczach. Zżerała ją tęsknota za utraconym i czymś jeszcze, takim bliżej nieokreślonym stanem podniecenia i błogości zarazem. Stanem, który zmuszał do działania, rozsadzał od środka, sprawiał, że czuło się i widziało w trzech wymiarach. Że dostawało się amoku, już nie za mężczyzną, za Arielem, ale za czymś, co wiedziała, miała tego zupełną świadomość ba, była wręcz coraz bardziej przekonana, że tkwi w niej samej. Należy to coś tylko wydobyć, ociosać, oszlifować może... Jakiś dar albo coś podobnego. Gdybyż mogła sobie uświadomić co w niej takiego drzemie, prawdopodobnie byłaby uleczona. Przynajmniej częściowo.

 

I tak pewnego jesiennego, wietrznego dnia, kiedy morze szalało chlastając i gulgocząc, kiedy wył wiatr, a wszystkie diabły folgowały sobie na molo przy okazji zalewając słoną wodą co popadło, kiedy w powietrzu słychać było grę fletów, fujarek i skrzypiec, kiedy wydawało się, że ogromne fale wzniesionej wody zaleją w końcu ląd i pochłoną wszystko, korzystając z okazji, że nikt jej nie usłyszy zrozpaczona Basia-Magda wyszła na zalany wodą taras i wrzasnęła w samo centrum sztormu.

 

– Boże! Jak długo jeszcze? Jak długo? Nie mam już sił! Słyszysz mnie? Nie-mam-już-sił! Skandowała wstrząsana szlochem. Czy naprawdę do końca życia mam liczyć głupie cyferki? Mam nie zaznać spokoju? Mam nie wiedzieć kim naprawdę jestem? Co zostawię po sobie kiedy już odejdę? Cy-fer-ki? Daj znak proszę! Dłużej tego nie wytrzymam – krzyczała zalewając się łzami nieszczęśliwa do granic. – Jeśli tak, to wolę umrzeć! Umrzeć! Um-rzeć! Tego chcesz? Naprawdę tego oczekujesz ode mnie? Nie? To odbierz mi całkiem rozum, bo więcej cierpienia nie zniosę! I rzuciła się na poszarzałe deski tarasu wyjąc z bezsilności i rozpaczy, tłukąc w nie pięściami nie bacząc, że zewsząd zalewa ją lodowata woda.

A kiedy cichła burza nad Sopotem, cichła jednocześnie i w Basi. Jakby zstąpił Anioł z nieba, objął, ukołysał, utulił zarówno kobietę jak rozszalałe żywioły. Wlał promyk nadziei w skołataną duszę, a na wzburzone fale dzban oliwy. Podniosła się z ziemi, oprzytomniałym wzrokiem objęła żywioł aż po horyzont i uśmiechnęła szeroko. Szybkim ruchem otarła łzy, twarz jej nabrała zdecydowania, w oczach zapaliły ognie. Oto, wśród czarnej nocy bóg stworzył kobietę-wojowniczkę, a nade wszystko malarkę. Dojrzałą, ukształtowaną, wiedzącą czego chce najbardziej na świecie. I natychmiast zapragnęła przenieść na płótno rozszalały żywioł i swój niedawny krzyk okupiony życiem. Zdecydowanie tej nocy miast umrzeć, urodziła się na nowo. Zielona linia życia rytmicznie pulsowała. A to był już bardzo dobry znak. Teraz należało znaleźć kartkę i coś do pisania. Gorączkowo przerzucała wszystkie szuflady w poszukiwaniu choćby ogryzka jakiegoś ołówka, a kiedy nic nie znalazła, niezrażona toczyła kroplę po kropli własnej krwi by równiutko obciętym paznokciem kreślić do samego świtu. Głównie fale i łuki. W dodatku na lnianym, śnieżnobiałym hotelowym obrusie.

 

Następne dni upływały w gorączkowej krzątaninie wśród pędzli, sztalug, zapachu farb i płócien. Nie wiadomo skąd czerpała techniczną wiedzę, jednak malowała znakomite, pełne ekspresji współczesne obrazy. Jeden za drugim. Jak maszyna. Jakby bała się zapomnieć chociażby jednego z tych, które objawiały się w jej duszy. Zupełnie jakby pragnęła nadrobić stracony czas. Jakby nie chciała uronić ni kawalątka amplitudy z owego krzyku.

 

Mijały miesiące, najpierw rok, potem dwa zatoczyły koła i stała oto przed wystawą własnych obrazów. Jak wtedy, we śnie. Ten sam hotel, ta sama sala. Odtworzyła dokładnie swoje dzieła, z początku bojąc, iż kopiuje cudze. Jednak miała to gdzieś. Jej czy nie jej, a co za różnica. Ostatecznie upewniła się tylko, że nie były nigdzie wystawiane ani sprzedawane. Zatem chyba jej. Postarała się aby i oświetlenie było takie jak pamiętała i czas ten sam. Lato w pełni. Jedynie muzykę zmieniła. Ubrana w lekką bawełnianą sukienkę, splotła włosy na karku i przykryła słomkowym kapeluszem. W kapelusz wetknęła zamiast kwiatka czy wstążki zużyty i poplamiony farbą pędzel. Bose, zapiaszczone stopy dopełniały ekscentrycznej całości. Z ukrytych głośników sączyła się muzyka jej ukochanego Chopina. Dokładnie pasowała do klimatu. Miłość, tęsknota, rozpacz i gniew. Brakowało tylko Ariela, tego pięknego, pociągającego, jasnego chłopca. Niestety, nie można mieć wszystkiego. Skinęła przyjaźnie lecz obojętnie mężczyźnie stojącemu dokładnie w miejscu, w którym wcześniej w innym życiu stał jej Ariel. Uśmiech smutnej rezygnacji pojawił się na wargach kobiety i tam już pozostał.

 

I tym razem zanosiło się na wielki sukces. Właśnie stawała się bogata, modna i sławna. Czegóż można chcieć więcej?

 

I kiedy zaproponowano wzniesienie toastu bardzo drogim szampanem i kiedy strzelił pierwszy korek i kiedy następny wystrzelony z impetem wśród gwaru od wznoszonych toastów odbił się od sufitu galerii i trafił ją w głowę,wtedy, wtedy znów go zobaczyła. Jak uśmiechał się do niej oczami małego jeszcze chłopca.

 

Arielu – wymamrotała osuwając się w ogarniającą ją zewsząd ciemność.

 

Cz. III Barbara

 

W sali klinicznego szpitala zebrane naprędce konsylium z niepokojem spoglądało na pacjentkę, której korek od bardzo drogiego szampana przywrócił utraconą na długi czas pamięć. Mówiąc oględnie nie tyle korek, co jego siła rażenia. To, że szampan ma przeróżne cudowne właściwości wszak wiadomo od dawna. Uwodzone i uwiedzione kobiety mogłyby nie jedno na ten temat zdradzić, ale żeby odzyskać pamięć? Niepodobna. Takiego przypadku medycyna nie zna. Raczej odwrotnie, utratę pamięci to i owszem, notowano tego rodzaju przypadki z tym, że utrata była raczej krótkotrwała i zdecydowanie w większości procesu odwracalna, jako że najwyraźniej spowodowana nadużyciem szlachetnego trunku. Mimo komicznej poniekąd sytuacji lekarze obserwowali z niepokojem pacjentkę, która nie chcąc wcześniej zaakceptować posiadania męża i córek, teraz chciała biec do domu, nie mogąc się ich wręcz doczekać. Byli bardzo ciekawi jak ostatecznie rozwinie się sytuacja, a niektórzy młodsi stażem i co dowcipniejsi ku zgorszeniu starszych kolegów po fachu, robili nawet zakłady.

 

Tymczasem cały sztab medyków głowił się jak przekazać pani Barbarze prawdę o jej ostatnich latach życia, bowiem oględna rozmowa z pacjentką ujawniła, iż odzyskawszy pamięć wsteczną kompletnie zatraciła na odmianę świadomość wielu bieżących miesięcy. W tej jakże trudnej sytuacji postawiono na rodzinę. Wiadomo, iż kochający jej członkowie załatwią sprawę najlepiej. W ostateczności zaangażuje się do roboty psychologa. Młody jest niech się chłopak wykaże. A tak swoją drogą, ten właśnie przypadek idealnie nadawał się na doktorat dla owego obiecującego młodzika. Jak mu dobrze pójdzie to może i granty się jakieś znajdą.

 

Basia z niecierpliwością oczekiwała męża i córek. Nie mając świadomości upływu czasu sądziła, iż z wypadku cudem wyszła bez szwanku. Tylko dlaczego w takim razie leży w szpitalu? Fakt, bolała ją trochę głowa jednak nie aż tak żeby usprawiedliwić pobyt w takim miejscu. Zdziwienie także budziły w niej z pozoru drobne fakty ot, jak chociażby fryzury pielęgniarek. Zastanawiała się czy to taka moda szpitalna, czy może nakaz przełożonych, ale to właśnie fryzury budziły w niej nieuzasadniony niepokój. Niby nic takiego, ale jednak... Nagle wszystkie pielęgniarki miały warkocze przerzucone na jedno najczęściej lewe ramię, albo włosy proste jak druty ciemniejsze od góry, jaśniejące dołem. No i mężczyźni. Jakby też troszeczkę inni. Nie od razu umiała sprecyzować, co w nich było innego, jednak chwilę później zorientowała się, że są jacyś tacy bardziej wymuskani, bardziej czyści, ale nie po męsku – zachęcająco, tylko tak po kobiecemu bardziej. No i zdecydowanie bardziej sepleniący, chociaż kobiety też raziły tą tyleż fatalną, co infantylną manierą. Zdecydowanie coś tu nie grało – myślała coraz bardziej zdezorientowana i zaniepokojona. Bała się zapytać wprost, siódmym zmysłem przeczuwając rychłe kłopoty. Strach usadowił się gdzieś między sercem, a żołądkiem i dawał o sobie coraz bardziej znać jakimś nieznośnym łaskotaniem. Wstała zatem z łóżka, podeszła do okna, spojrzała na rozjaśnione słońcem niebo, uśmiechnęła szeroko. Na szczęście świat pozostał takim jakim go pamiętała. Delikatnie uchylając okno rozkoszowała się pachnącym latem powietrzem. Doleciał ją zapach świeżo skoszonej trawy, przymknęła powieki, wystawiła twarz ku słońcu i czując na sobie jego życiodajne ciepło rozkoszowała się figlami leciutkiego zefirka. Z lubością wciągała w płuca pachnące słońcem powietrze. Jednak po kilku głębszych haustach uzmysłowiła sobie, że jednak czegoś jej w tym powietrzu zabrakło. Nie potrafiła sprecyzować czego, w końcu zniechęcona i odrobinę rozczarowana dała sobie spokój. Ale jej lęk powiększył się jeszcze bardziej i załaskotał nieprzyjemnie. Uspokajała siebie samą myśląc – powietrze jak powietrze raz czyste raz smrodliwe, w zależności skąd wieje wiatr – taki zapach. Jednak niepokój rósł, potęgował się. Przyjrzała się uważnie otoczeniu. Wokół szpitala rozciągał się ogromny zadbany park. Śliczne kolorowe ławeczki zachęcały by na nich spocząć. Tuż obok głównej alei piękne srebrzyste brzozy zapraszająco migały listkami. Ich delikatne gałązki wyrastały z usianych czarnymi poszarpanymi łatkami i pełnymi wyrazu białych pni. Swoim wyglądem przypominały zawstydzone panny młode. Zasłaniając zielenią niczym długimi włosami pochylały się nieznacznie ku sobie powierzając zapewne ostatnie panieńskie tajemnice. Szafirowa błyszcząca trawka niczym dywan otulała ich smukłe stopy. Trawka była krótka i rzadko usiana, delikatnie poruszana wiatrem naginała swoje ostre czubki ku ziemi zapewne łaskocząc grube trzony czerwonych kozaczków, które niczym rozsypane korale mogłyby zdobić poszycie. Mogłyby, gdyby tam były. Nie wiedziała, były czy nie, jednak zobaczyła piękną sielską scenkę, ot zwykły landszafcik, który zapragnęła zachować w duszy, a który dawał jakieś poczucie bezpieczeństwa, jakieś oparcie. Może kiedyś, może coś, może jakoś... Wiersz, obraz lub opowiadanie... Aż ją rozsadzało od środka, by wyrazić pęczniejące uczucia. Parsknęła śmiechem. Ona, beztalencie totalne miałaby. A to komedia dopiero. Co też jej się roi. Słyszała, że starzy ludzie na emeryturze imają się różnych zajęć. Wszystko, by nie myśleć o śmierci. Jednak ona ma malutkie dzieci, jest młodą mężatką, intensywnie pracuje. Nie ma czasu na takie pierdoły. Chyba jednak zdrowo oberwała w głowę. To by uzasadniało głupie myśli i zachciewajki. Prawie całkowicie uspokojona odwróciła głowę od okna kierując jednocześnie łakomy wzrok na drzwi.

 

Pchana nieuzasadnioną wewnętrzną potrzebą wymknęła się z pokoju. Niezatrzymywana przez nikogo przemykała długimi szpitalnymi korytarzami szukając wyjścia do parku. Jest. Nareszcie. Wyszła na zewnątrz zupełnie nie zważając na skąpy szpitalny ubiór. Jeszcze raz pełną piersią wciągnęła powietrze w płuca. Ponownie zawiedziona zmarszczyła nos. Znowu czegoś jej zabrakło w tak przecież dobrze znanym dusznym miejskim powietrzu. Rozczarowana odrobinę ruszyła ku pobliskiej ławeczce. Nawet niedaleko stała od jej brzózek. Przysiadła na brzegu z przyjemnością wsłuchując się w mowę drzew jednocześnie kontemplując obrazek. Lekki wietrzyk podwiewał jej szlafrok odsłaniając chude opalone nogi. Chcąc okryć ich goliznę spojrzała na kolana. To nie były jej nogi! Owszem nie miała grubych, jednak też nie aż tak piszczelowate. Ledwie obciągnięte skórą i prawie bez mięśni. Odruchowo przyjrzała się dłoniom. Trochę wykręcone jak sosenki nad morzem, nagie, wyraziste, pozbawione jakiejkolwiek biżuterii. Upaprane czymś i śmierdzące chemią. Rozpuszczalnik czy coś. Do tego skóra jakaś ogorzała na nich i jakby dużo twardsza niż pamiętała. Teraz już niepokój galopował. Nagle zapragnęła obejrzeć swoją twarz. Odruchowo chwytając leżącą na ławce grubą gazetę wbiegła do szpitalnego budynku rozdzielając po drodze rodzinę z dziećmi. Jakaś znajomo wyglądająca para – przemknęło jej przez głowę. – I dziewczynki jak moje bliźniaczki, tyle że dużo starsze. Ach i chłopczyk też jest. Nie zauważyła w pierwszej chwili tego ślicznego chłopca. Już, już chciała przeprosić i wyminąć parę, kiedy na mgnienie oka wzrok zatrzymał się na kobiecie. Była bardzo podobna do jej własnej siostry, tyle że poważniejsza, starsza jakby odrobinę. Wyglądała też na niepewną i zagubioną. Przeniosła wzrok na mężczyznę uważnie taksując szczegóły. Serce jej biło jak szalone. Bała się, że wyskoczy. Odruchowo próbowała gazetą zasłonić pierś, kiedy jej wzrok padł na jakąś datę. Malutką, drobnymi cyferkami wydrukowaną datę. Zrobiło się jej słabo. Ramię mężczyzny uratowało Basię przed upadkiem. Towarzysząca mężczyźnie kobieta błyskawicznie pochwyciła stojący na korytarzu szpitalny wózek. Bez jednego słowa oszołomiona Basia usiadła. Chaos panujący w jej głowie nie pozwolił zebrać rozszalałych myśli. Nawet nie protestowała, nie dziwiła się już dlaczego obcy facet szybko wiezie ją przez niekończące się korytarze, a potem z wyraźną ulgą wpycha wózek do windy i naciska guzik piętra.

 

Kiedy winda rusza bezszelestnie Basia unosi głowę i patrzy w oczy obcej – nie obcej kobiecie, a potem przenosi wzrok na przytulone do jej boków przerażone dziewczynki i marszczy czoło na widok chłopca, który miast niechęci budzi w niej jakąś nieuzasadnioną tkliwość. A on sam patrzy odważnie i bez słowa prosto w oczy Basi. Nie jest to ciekawski niewinny wzrok dziecka tylko wzrok dorosłego mężczyzny ukryty w ciele małego chłopca. Ale może tylko jej się zdaje. Basia nie wytrzymuje jednak spojrzenia i to ona pierwsza opuszcza powieki, pochyla głowę. Już wie. Może nie wszystko, ale wystarczająco dużo by wywnioskować iż jest na świecie sama. Sama, sama, sama dudni w głowie i serce też już bije w tym właśnie rytmie. Sa-ma, sa- ma, sa-ma... Ból rozsadza ją od środka. Bojąc, że pęknie obejmuje się z całej siły ramionami. Chce wyć. Wie, że nie może, nie teraz, nie przy dzieciach, nie przy nich. Nie pokaże jak bardzo czuje się zraniona. Łzy zalewają gardło, nie pozwalając otworzyć ust, wszak wylałyby się Niagarą. Kapki z nosa spływają na okładkę luksusowego czasopisma, a Basia pozwala im na to, bo i tak nie ma chusteczki, toteż kapki wsiąkają w połę szlafroka, potem w koszulę. Basia czuje je na udach i w całej rozpaczy cieszy się w duchu, że zarówno mężczyzna i kobieta jak się wydaje, nie widzą jej upadku. I dopiero głos dziewczynek, które widać przerażone niezrozumiałą dla nich sytuacją, kierując spojrzenia na jej Basi własną siostrę, pytają cienkimi głosikami – Mamusiu? – Dlaczego ta pani płacze? Uświadamia dziewczynie ogrom jej nieszczęścia i kiedy już, już czując, że eksploduje, a potworny krzyk rozpaczy ma wydostać się na zewnątrz, niespodziewanie mała łapka chłopczyka wsuwa się w jej lewą dłoń i z tej łapki prosto do zbolałego serca płynie ukojenie. Prąd ukojenia. Bo jakże można nazwać inaczej spokój, który powoli sączy się do jej serca, obejmuje je, kołysze i otula przy okazji wlewając siłę, dużo siły i jasność myśli, ale też zapomniane obrazy. Dużo, dużo obrazów. Kadr po kadrze z prędkością światła rozjaśnia ciemną stronę umysłu. Basi wydaje się, że to twa lata wręcz wieki całe. Jednak nie. Jasność wróciła w pełnej krasie. Tylko co ona teraz ma z nią zrobić? Czego tak naprawdę pragnie? Wie, że wszystkiego nie może zatrzymać. Coś za coś, nigdy wszystko. Uśmiecha się z wdzięcznością do malca, topi spojrzenie w głębinie jego niebieskich i bardzo w tej chwili poważnych oczu. Błyskawicznie podejmuje decyzję, upewnia się jeszcze, a on niedostrzegalnym ruchem głowy daje znać, że zawsze jest blisko.

 

Szybkim ruchem unosi brodę, rękawem szlafroka ociera łzy i uśmiecha się. Ten uśmiech nie jest objawem szczęścia, raczej zwycięstwa nad słabością. Zdaje się nie widzieć ulgi na twarzach najbliższych w jej świecie osób. Jednak kiedy prosi o pozostawienie jej samej, chwilowa ulga na ich twarzach zmienia się w niepokój. Ale w tej chwili Basia musi pozostać sama, musi pomyśleć, musi do końca zrozumieć, zaakceptować i co najważniejsze – przezwyciężyć wątpliwości dyktowane egoizmem. Nie można mieć wszystkiego. Nie wie jednak czy potrafi tak na zimno, obiektywnie, odrzucając miotające nią uczucia sprawić sobie i innym jak najmniej bólu. Chyba się nie da. Zawsze ktoś będzie cierpiał bardziej. Chciałaby, żeby to nie była ona, jednak za bardzo kocha swoją rodzinę by zniszczyć ich dotychczasowe poukładane życie i jedną satysfakcjonującą ją decyzją sprawić by stracili grunt pod nogami. Wprowadzić niepewność. Siać zamęt. Nie zasługują na takie traktowanie, wszak wcześniej to ona ich odrzuciła. Dlatego teraz ona się nie liczy. A Ariel? Ten malutki chłopczyk o błękitnych poważnych oczach i anielskiej twarzy. Nie może go stracić. Za nic. On jest liną spinającą całość. Gwarancją. Nikogo nie chce tracić, nikogo stracić nie może. Zostałaby sama. A kimże jest samotny człowiek? Maską niezależności, kłamstwem, smutkiem i wieczną tęsknotą żartą przez robaka odrzucenia. Nie chce tak. Oddalić się i kostnieć albo wymuszać nieistniejące uczucia, siać zniszczenie, rujnować, unicestwiać z egoistycznych pobudek. Ona chce malować i cieszyć. Paść się na zielonych łąkach. Jeść sól. Żyć. Jest w niej tyle energii, kotłujących uczuć. Musi dać im upust. Chce je przelewać na płótno. Tak, na płótno. Najlepiej natychmiast. To już postanowione. A reszta? Jaka reszta? Nie ma żadnej reszty. Wszystko jest na swoim miejscu. Los sprawił, iż odnalazła prawdziwą siebie. Ujrzała dno swojej otulonej mrokiem duszy i tam w jej samym centrum zobaczyła pomarańczową plamę światła. Przez przypadek lub jak kto woli wypadek.

Tak to już jest, że jeden wydawałoby się idiota stanie w poprzek drogi i sprawi, że nagle jesteśmy kompletnie zaskoczeni przez życie i kompletnie nie przygotowani do zmian jakie ono niesie. Mimo, iż dorośli, kołyszemy się w hamaku życia jak dzieci, łudząc że nieszczęścia i wypadki dotyczą tylko tych drugich. Żyjemy w przeświadczeniu, iż jesteśmy dziećmi szczęścia. Okazuje się jednak, że nie koniecznie. Życie płata nam figla, wyrywa z marazmu, rzuca na ziemię, depcze i tarmosi tak długo aż zrozumiemy jego sedno. I czy chcemy czy nie, musimy z początkowego stanu zaskoczenia i bezradności podnieść się, stanąć na własnych nogach, a przede wszystkim okazać się uczciwym wobec samego siebie. Musimy umieć spojrzeć na siebie z boku, mieć odwagę ujawnić przed samym sobą swoje ciemne, ale też i jasne strony. Umieć odrzucić małostkowość, egoizm, pychę. Odważnie i bez strachu zostawić za sobą przeszłość, pić haustami teraźniejszość. Nauczyć się mimo wszystko być szczęśliwym. Dawać szczęście. Malować dzieło życia – swój nowy obraz.

 

Basia uśmiechnęła się. Rozsadzały ją emocje. Już wiedziała czego jej brakowało w letnim miejskim powietrzu. Zeszła do kawiarenki internetowej i kupiła bilet do Sopotu.

 

Siedząc w pociągu zapatrzona w mijane krajobrazy, kołysana miarowym stukotem myślała jak kręte są ścieżki życia i ile trudu ktoś sobie zadał by stała się tym czym jest. Poczuła się bardzo kochana. Myślała jeszcze, że ma ogromne szczęście, bo chociaż z bólem, wybrała właściwe. Tym razem bilans wyszedł na plus. I tak miało być. Jest szczęśliwa. Czegóż można chcieć więcej? Przynajmniej tak się jej w owej chwili wydawało.

 

          cz.III http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1157/spelnienie-cz-iii.html

 

 

 

 

 

 

 

Oddaj swój głos:
(4)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...