Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Spełnienie cz.III

Autor: Anna Ciupińska 25 kwietnia 2015, Piechowice

cz.I   http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1155/spelnienie-cz-i-magda.html

cz.II  http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1156/spelnienie-cz-ii.html

 

Cz. IV Po prostu artystka

 

Kilkanaście miesięcy później stan ducha Barbary był równy podobieństwu wzburzonego morza. Gdyby służyło jej picie alkoholu pewnie by w ogóle nie trzeźwiała. Gdyby wpadła na pomysł palenia trawki, pewnie tworzyła by swoje obrazy w ziołowym widzie i być może szaleństwo nie miałoby do niej przystępu. Jednak nie piła i nie paliła, dlatego było jej tak trudno zapanować nad demonami szalejącymi w duszy. A tak, w żaden sposób nie było od nich ucieczki. Powoli zaczynała też rozumieć, że aby być prawdziwym artystą nie wystarczy umieć dobrze operować pędzlem. Do tego potrzebny jest jeszcze odpowiedni stan ducha, taki w którym artysta zatracając siebie doda tworzonemu dziełu zarówno skrzydeł jak i drapieżności. Genialną bądź bezwstydną myśl ujmie logicznie jak matematykę porządkuje tabliczka mnożenia, a jednocześnie obnaży uskrzydlając w sposób, by obraz tchnął poezją, by nie pozostawiając wątpliwości, co do treści, każdy mógł recytować go na swój sposób i identyfikować się z płynącym zeń przesłaniem. Tego rodzaju sztuki oglądający pożąda i ostatecznie ją kupi, bo artyzm w pełnym tego słowa znaczeniu – przemówi. Dlatego, że ów będzie tchnął prawdą, czymś unikalnym, co dzisiaj we wszechogarniającym morzu kłamstwa bywa na wagę złota. Potencjalny odbiorca natychmiast wyczuwa prawdę lub fałsz poprzez wnikliwą kontemplację poszczególnych pociągnięć pędzla artysty, jego plamek bądź kresek wszelakich lub zgłębiając choćby jeden jedyny kolor, krzywiznę linii, ten właśnie odbiorca będzie całym sobą czuł każdy moment, w którym artysta szalał, kotłował się, bił sam ze sobą, przekonywał, wywlekał na światło dzienne niepokoje i chwile zwątpienia. Bądź też pełen optymistycznej weny wyrzucał z siebie sprzeczne emocje pozornie tylko bezsensownie chlapiąc farbą. Czy też ewentualnie wgłębiając się w istotę bodaj jednego z małych kwadracików zaścielających płótno, gdzie tylko nieliczne z nich zahaczają o siebie, a mieszając i przenikając wzajemnie tworzą nowy fascynujący byt. Taki odbiorca będzie czuł o czym myślał nieszczęśliwy, rozchwiany emocjonalnie artysta malarz i nie pozwoli się oszukać.

 

Doskonale zdając sobie sprawę z oczekiwań, Barbara patrzyła na swoje dzieła i aby zachować obiektywizm musiała pozostawać w sprzeczności z samą sobą. Wpatrywała się zatem w nie godzinami to stojąc, to siadając. Z bliższej bądź dalszej perspektywy oceniała najpierw jako autorka, potem z punktu widzenia ewentualnego odbiorcy, by w końcu wcielić się w skórę niezbyt przychylnego krytyka. Tego rodzaju nieustający stan ducha męczył, wyczerpywał. Nie śpiąc, jedząc byle co, pijąc ledwie, wsłuchiwała się w swoją jaźń, przelewając na płótno rozszalałe emocje. Jej obrazy były bardzo charakterystyczne z uwagi na minimalistyczne zastosowanie form kolorystycznych jednak przy użyciu dosyć szerokiej gamy ich odcieni. Malowała fantastycznie, jednak skołatanej duszy nijak uspokoić nie mogła. Była jednym długim wyczerpującym sztormem.

 

Dlaczego – zastanawiała się – w zasadzie nie maluje twarzy, bądź sielskich widoczków? Wszak potrafiła uprawiać i ten rodzaj malarstwa. Portrety jej ręki budziły uznanie, chociaż nie do końca w modelach, jako że ona ich twarze widziała jakby odrobinę inaczej niż oczy właściciela. Zdaje się prawdziwiej. I trochę jakby o to mieli do niej pretensje. Szczególnie panie. W swojej pracowni powiesiła twarze najbliższych, by mieć ich zawsze blisko siebie. Jednak poczesne miejsce zajmował obraz tajemniczego mężczyzny, który odwrócony plecami do patrzącego spacerował nieopodal morskiej latarni. Ten jeden jedyny obraz oprawiła w prostą złotą ramę, która przydawała tajemniczej poświaty całemu dziełu ostatecznie czyniąc go ogromnie intrygującym. Basia doskonale pamięta chwile, kiedy dzieło należało ostatecznie zakończyć, postawić na nim ostatnią plamkę. Wtedy jej serce dudniło na podobieństwo rozpędzonego pociągu. Z widocznym żalem, ale też ulgą niewypowiedzianą odkładała pędzel. Potem jeszcze jakiś czas przyglądała się ukończonej pracy z bliska, by w chwilę potem wolniutko odsuwając się patrzeć weń z zachwytem, jednocześnie doszukując mankamentów.

 

Tak było prawie zawsze. Rytuał można by rzec.

 

Jednak ukończenie dzieło nie zawsze zwiastowało rozpoczęcie następnego – to byłaby zdrada. Proces musiał potrwać aż do zupełnego okiełznania uwolnionych emocji. Zakrywała zatem prześcieradłem odpowiadającym kolorystycznie ukończonemu obrazowi, by o różnej porze dnia i nocy wpadać do pracowni, gwałtownym ruchem zrywać zasłonę i ze zmarszczonym czołem przypatrywać się wnikliwie każdemu szczegółowi w poszukiwaniu ewentualnego fałszu. A kiedy po raz kolejny nie mogąc niczego zarzucić, dopiero wtedy uroczyście brała najcieńszy pędzelek i z namaszczeniem kładła sygnaturkę. Od tego momentu uznawała dzieło za ostatecznie ukończone. Emocje powoli opadały za to wkradały wątpliwości czy potrafi stworzyć następne.

 

A co będzie jeśli nie wzbudzi zainteresowania? Czy będzie w stanie znieść smak porażki? I chcąc udowodnić sobie, że nie zatraciła daru, niebawem z energią tworzyła nowe. I tak w kółko.

 

W nielicznych tylko chwilach odpoczynku wlokła się na molo gdzie utrudzona wspierając ciężko o białą balustradę, pozornie tylko szukając niby to morskiego, sięgała najintymniejszego dna swojej duszy. W takich chwilach rozdzielała się na dwie Barbary, które walczyły ze sobą do ostatniej kropli krwi. Kiedy pierwsza widać słabsza skarżyła się na los, druga rzeczowa i bezlitosna siekła na oślep kontratakując, nie pozostawiając na pierwszej suchej nitki. Punktowała ją odzierając z fałszu lub z rzadka przemawiała do niej niczym nauczyciel do niesfornego ucznia, motywując jednocześnie do walki. Z tej walki, kotłowaniny uczuć zawsze wychodziła pokonana, ale też umocniona i w dodatku z nowymi pomysłami. Gardziła sobą jednak, że się zbyt łatwo poddaje, że pozwala się zwyciężyć tej drugiej – bezwzględnej i wymagającej. Zdawała też doskonale sobie sprawę, iż głusząc wewnętrzny ból zatraca się w sztuce. Płaciła wysoką cenę za możliwość bycia. Taki stan z natury rzeczy jednak nie może trwać wiecznie. I kiedy brała nad nią górę kobieca strona natury, stawała się zamknięta i nieszczęśliwa. Brakowało jej drugiego człowieka, bratniej duszy czy chociażby kochanka. Bo chociaż ona Barbara mówi całą sobą, to jednak jako kobieta milczy, schnie, zamiera. A ileż można milczeć? Przecież jest jeszcze taka młoda. Przydał by się ktoś, kto by ukołysał, utulił, rozwiał chmury i rozgonił mroki. Tylko kim by ona się wtedy stała? Czy przypadkiem nie słabą kobietą i marną malarką. A może jednak nie? Może właśnie byłaby kobietą spełnioną?

 

 

 

 

Oddaj swój głos:
(12)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...