Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

GOLEM

Autor: Marek Świerczek 14 listopada 2015,

A ty czekasz, ty czekasz na jedno,

Co twe życie wzniesie nieskończenie,

Na wielkie, niezwykłe zdarzenie

Na kamieni nagłe przebudzenie,

Na głębie, co u nóg twych legną.

 R.M. Rilke

 

………………………….

 

 

Za matowym okienkiem poddasza rozbłysnęły błyskawice. Grom rozdźwięczał szyby. Uciszył podniecone upałem gołębie. W dachówki uderzył deszcz. Gwałtownie. Jak chlaśnięcia bicza. Najpierw wokół cegieł komina pojawił się delikatny zaciek. Potem woda zaczęła gromadzić się na belkach więźby. W końcu wilgoć popłynęła strużkami w dół. Kałuża rozlała się przy sienniku Anny. Dotknęła jej woskowej dłoni.

Skurcz przebiegł po jej twarzy. Z trudem uniosła powieki.

  • Juda?- powiedziała słabo.- Co się dzieje?

Wychudzony mężczyzna w paskowanej marynarce odszedł od okna. Pochylił się nad Anną. Poprawił druciane okulary, jakby czuł się zmieszany.

  • To burza – wyszeptał.- Śpij.
  • Ale tu mokro jest – uniosła dłoń jak dziecko chcące pokazać, o co mu chodzi.

Juda klęknął i podniósł ją. Jęknęła.

  • Przepraszam – powiedział nerwowo.- Nie chciałem.

Przeniósł ją kilka metrów. Oparł o ścianę z dykty. Potem przeciągnął siennik i ostrożnie przesunął Annę na niego. Leżała w milczeniu, gryząc wargi.

  • Boli, Juda – wyjęczała.- Nie goi się. Rana nie leczy się.
  • Wszystko będzie dobrze – powiedział szybko.- Pamiętasz, co powiedział doktor Kawecki? Wszystko się zagoi.

Leżała chwilę w milczeniu. Potem poruszyła się i zastygła w bólu.

  • Boli, Juda – powtórzyła.- Wiesz, że nie chcę się skarżyć…Ale boli.
  • Zmienię opatrunek.

Wstał i podszedł do emaliowanej miski. Opłukał w niej ręce i wytarł ręce w lniany ręcznik zawieszony na zardzewiałym gwoździu wbitym w grubą belkę. Wyjął z płóciennej torby zaprasowane kawałki płótna. Podniósł koszulę Anny i odwiązał postrzępiony bandaż owinięty wokół jej brzucha. Ostrożnie odwinął go. Płótno w głębi było przesiąknięte ropą i krwią. W powietrzu rozszedł się smród ropnej zgnilizny. Anna gryzła wargi i wbijała dłonie w siennik.

Nałożył nowy opatrunek, opatulił ją w koc i usiadł obok.

  • To nie moja wina, Anno – powiedział cicho.

 

………………………

 

Zapach czarnego bzu dławił. Wokół gazowych latarń wirowały ćmy i chmury rozdygotanych nerwicą komarów. Daleko, nad drzewami widać było różową łunę nad miastem. Na horyzoncie hurkotał podmiejski pociąg. Rozświetlone, żółte szyby w ciemności. W każdym światełku czyjś los.

Juda odważył się położyć rękę na barku Anny. Nie zareagowała. Dotyk, który nie pali. Nie drażni. Naturalny, jak pocałunek matki.

Obróciła się ku niemu. Miękki owal twarzy. Dziecinnie miękkie wargi. Oczy bez kłamstwa i nieufności. Ufne. Akceptujące.

Wargi leciutko spierzchnięte. Słodkie. Gorące. Jak u gorączkującego dziecka.

  • Jaki wiersz mi powiesz, Judo Rostoffie? - wyszeptała. Jej dłoń zaciśnięta na jego zziębniętej od emocji dłoni. – Jeśli mężczyzna chce zdobyć kobietę, recytuje jej wiersze i udowadnia, że jest mężczyzną…Jakie wiersze mi powiesz, Jehudo?
  • Gdybym był duchem, byłbym świat rozwalił- powiedział, przezwyciężając zaschnięte gardło. – Serce bym przeszył – gdybym łuk natężył.
  • I byłbym walczył – i byłbym zwyciężył,

Ale mię przestrach zatrzymał na drodze

I skruszył…Ojcze! Do ciebie przychodzę…

  • Judo – powiedziała cicho- czy to wyznanie miłości?
  • To wyznanie bezsiły – szepnął – a przy tym, wyznanie wiary.

 

……………………….

 

Wkruszył suchary do mleka i nakarmił Annę, podając jej papkę na aluminiowej łyżce. Przełykała z trudem. Gdy zbliżał dłoń do jej twarzy, czuł bijącą od niej gorączkę.

Otarł jej twarz płócienną szmatką.

Leżała przez chwilę w milczeniu. Potem skrzywiła się. Walczyła ze sobą. Zaciskała rozczapierzone palca na sienniku, a potem zwiotczała. Rozpłaszczyła się, jak dmuchana łódka, z której ktoś spuścił powietrze. W powietrzu rozszedł się upiorny smród. Rozkład ukrywany w jelitach. Ujawniony w akcie bezsiły.

W kącikach oczu Anny pojawiły się łzy. Nabrzmiewały powoli, by w końcu spuchnąć i spłynąć po woskowych policzkach.

  • Przepraszam – wykrztusiła – nie mogę napiąć brzucha, by to powstrzymać. Za bardzo boli.

Pomimo smrodu, pochylił się nad nią. Pocałował w spękane, wysuszone usta.

  • Jesteś bardzo dzielna – powiedział, starając się, by brzmiało to szczerze.
  • Wstydzę się – wyszeptała. Oczy zaciśnięte. Wokół nich głębokie zmarszczki. Plamy od łez na policzkach. W powietrzu ginący powoli smak jelitowego rozkładu
  • Powinnaś być dumna – oddychał przez usta, by zapomnieć o wstręcie. – Jesteś bardzo odważna, Anno.
  • To się dzieje, bo boję się bólu – powiedziała powoli. Nie patrzyła na niego. Powieki zaciśnięte. W kącikach kryształki łez.
  • Kocham cię, Anno – pochylił się i , wdychając cuch rozkładu pocałował jej spękane usta. Odraza znikła. Jej bezsiła zgubiła się w jego miłości.
  • Kocham cię – powtórzył.
  • Jestem…wstrętna – jęknęła.
  • Jesteś mną – powiedział powoli.- Nikt nie może samego siebie uznawać wstrętnym.

 

…………………….

 

Przez okno wlatywał zapach macierzanki i bzu. Księżyc na niebie stał blady i mały. Wystarczająco silny, by rozświetlać deski podłogi.

Anna leżała przy nim. Cienie pod piersiami i pod wystającymi kośćmi miednicy. Gładki brzuch z zapadniętą plamą pępka. Grzywa włosów na poduszce z koronkowym pasem . Włosy na podbrzuszu. Ciemność uwikłana w gęstwie splątanych krzewów. Szorstka oprawa miękkiej rozkoszy. Oddychała głęboko. Powoli.

Przyglądał się jej, oparty na łokciu. Mocne łuki brwi. Wydatny podbródek pod nieco za wydatnym nosem. Rozchylone usta. Drobne zęby. Drganie rzęs.

Pod jego wzrokiem obudziła się z przestrachem.

Wtuliła się w niego.

- Miałam straszny sen, Juda – szepnęła. – Śniły mi się te czołgi niemieckie, które widzieliśmy wczoraj, jak jechały mostami na Wiśle. – Rozjeżdżały ludzi, a oni nie uciekali, tylko stali trzymając się za ręce.

- Nie ma się czego bać – pogładził leciutko szorstkie włosy. – Wojna się szybko skończy. Niemcy nie mogą jej wygrać. Polska armia była za słaba, ale są jeszcze Anglia i Francja…i amerykańscy Żydzi. Kongres wypowie wojnę Hitlerowi i będzie z nim koniec.

- Ale ludzie mówią, że oni nas zamykają w gettach, żeby nas łatwiej wybić.

- Znowu rozmawiałaś ze starą Silbermann – nie umiał ukryć złości.- Ta stara histeryczka każdemu zrobi wodę z mózgu! Mamy dwudziesty wiek! Może będą nas na stosach palić?- zaśmiał się szczekliwie.

 

……………….

 

Deszcz łomotał w dachówki, ale coraz ciszej. Krople wciąż spadały z krokwi. Jednak powoli. Z namysłem.

Anna leżała nieruchomo z zamkniętymi oczami. Na czole lepki pot. W powietrzu smród ropy i treści jelit.

- Pamiętasz, jak mówiłeś, że nie wolno słuchać plotkarek, bo strach tylko mąci sąd?

Milczał, choć zrobił gest, jakby chciał coś powiedzieć.

- Ja potem już nic ci nie mówiłam…Bo myślałam, że uznasz mnie za idiotkę taką, jak te wszystkie stare Żydówki, które plotkowały pod synagogą, wymyślając niestworzone historie…Ale teraz wiem, że one miały rację. Tylko zabrakło im wyobraźni, Juda. Za mało się straszyły i dlatego już nie żyją.

- Ale my żyjemy.

Nie odpowiedziała. Wciąż z zamkniętymi oczami dodała:

- Ja już nawet nie boję się Niemców. Ani tego, co widziałam…Ale tej figury. Cały czas mi się zdaje, że ona wstanie i zrobi mi coś złego…

Mimowolnie spojrzał na rusztowanie z drutu i drewna, częściowo oblepione gliną.

- Przecież wiesz, że pan Bobrecki miał tu pracownię. Gdzieś musiał nas ukryć…to i jego rzeźby i narzędzia zostały.

- Ale on się p a t r z y- wydukała.- Patrzy i słucha.

- Bobrecki to dobry rzeźbiarz - Jehuda wzruszył ramionami – umiał oddać ludzkie rysy w glinie. Nie ma się czego bać.

Nieoczekiwanie zaśmiała się.

- Wiesz, Juda – wyszeptała – ja zawsze lubiłam cię słuchać.- Ty, taki wykształcony, trzeźwy…Zawsze umiałeś znaleźć odpowiednie słowo, a ja ci wierzyłam, bo na początku było słowo…Nawet, jak zostałeś policjantem w getcie, to wciąż myślałam, że tak trzeba, że nie ma co słuchać bab w śmiesznych perukach, bo mam męża, co wszystko rozumie i wszystko wie…

Położył jej dłoń na ustach, ale nie dała sobie przerwać.

- Wyszłam za ciebie trzeciego września 1939 roku – powiedziała cicho – bo powiedziałeś, że jak alianci wypowiedzieli wojnę, to za dwa tygodnie Hitlera powieszą w Berlinie…I śmiałeś się z mojego ojca, jak szarpał brodę i narzekał i Boga prosił, co by go od złego uchował…Mówiłeś, że jak ktoś całe życie scukrzonymi konfiturami i zleżała mąką handlował, to nie powinien o polityce gadać, bo beczki z konfiturą mózg przytłaczają…A ja się śmiałam, jak żartowałeś z jego chałatu i jedzonego na surowo czosnku. Taki europejski, nowoczesny…Wstydziłam się przyprowadzać cię do domu, bo wszyscy w Jidysz szwargotali, a ty jeden taką piękną, czystą polszczyzną…Inżynier Jehuda Abramowicz, po studiach we Lwowie…Co ty w ogóle, Juda, robiłeś w naszym miasteczku? Pośród sklepikarzy i mleczarzy?

Chciał coś powiedzieć, ale Anna dodała nieoczekiwanie silnym głosem:

- Ale oni wszyscy, Juda, wszyscy ci wozacy, kupcy i kotlarze okazali się lepsi…Byli głupi i zabobonni, ale gdy przyszło nieuniknione, przyjęli to z odwagą, a ty…

-Milcz!!- zerwał się na nogi i stanął nad nią, zaciskając pięści.

Anna leżała spocona z zamkniętymi oczami. Kopczyk brudnych koców, gnijącego ciała i smrodu.

-Milcz- powtórzył tępo.

Otworzyła oczy i spojrzała na niego. Długo, bez spuszczania wzroku.

- Ale ja wciąż cię kocham – powiedziała.

 

………………

 

Wszedł do kuchni, gdzie Anna siedziała na zydlu naprzeciw otwartego pieca. Migotliwe płomienie odbijające się w mroku oczu.

Jehuda zdjął czapkę policyjną. Drewnianą pałkę powiesił na haku wbitym w odrzwia.

Usiadł koło niej na drewnianej podłodze. Nogą przesunął blaszany pojemnik na węgiel.

Nie spojrzała na niego.

- Wszystkich wywieźli – powiedziała cicho. – Tate i Salę…Izaaka i Rachel…Wszystkich.

Nie drgnął, choć po twarzy przebiegł lekki skurcz.

Poprawiła pogrzebaczem płonące szczapy. Złote iskry zawirowały w płomieniach i pomknęły w rozpalony komin. Szybkie i chaotyczne jak ludzkie życie.

- Odprowadziłeś moją rodzinę na śmierć, Juda – wyszeptała. – Ale to jeszcze nic…Adwokatowa Kugelglassowa powiedziała mi, że ty, Juda, własną siostrę do pociągu do Treblinki wsadziłeś. Ponoć wszyscy cię prosili: Juda, puść nas. Na śmierć nas wiozą…Ale ty szedłeś tylko obok nich i milczałeś. Milczałeś, Juda?

Nie odpowiedział.

- Kugelglassowa mówiła, że już na dworcu, Sara jeszcze raz poprosiła: puść mnie, Juda, ta sama krew w nas płynie…A ty, Juda, miałeś jej obiecać, że truciznę przyniesiesz. Przyniosłeś jej truciznę, Juda?

Pokręcił głową.

- Tak też mówiła Kugelglassowa – powiedziała z westchnieniem.- Że powiedziałeś to tylko, żeby jej lżej było wsiadać. Nawet trucizny nie dałeś własnej siostrze, Juda? A mojemu tate? A bratu Izaakowi? Wszystkich odprowadziłeś na śmierć, Juda?

Kiwnął głową. Niedostrzegalnie. Tak, by zawsze można było zaprzeczyć.

- Pamiętasz, Juda, jak się poznaliśmy przed wojną? Ty mi wiersze mówiłeś…Nie jak inni, ci wszyscy synowie żydowskich kupców albo kotlarzy….Jehuda uczony. Jehuda poeta. Inny. Oni ci nawet wybaczyli, Juda, że do synagogi nie chodziłeś. Bo znałeś wiersze i byłeś taki światowy, jak polski pan. Ty nie byłeś Jehuda Rostoff, ale polski inżynier…Wiersze i teatry. Gazety wieczorne i tomiki poezji. Uczyłam się wierszy, które mi mówiłeś, Juda. Wiedziałeś?

Milczał. Jak wtedy, idąc obok zatrzymanych.

- Pamiętam niektóre do dzisiaj, Juda…Ten, który tak lubiłam, a ty tak pięknie deklamowałeś:

 

Trwóg i nadziei wyzbyta

Jest śmierć zwierzęcia w kniei;

Człowiek koniec swój wita

W trwodze, pełen nadziei;

On umarł wiele razy,

Raz w raz znowu powstaje.

Wielki człowiek bez skazy

Widzi morderców zgraję,

Drwina jest w jego dumie

I drwiąc żegna się z życiem;

On śmierć na pamięć umie-

Człowiek: śmierci stworzyciel.

 

Rostoff wstał gwałtownie. Oddychał szybko. Pod zapadniętymi oczyma rozlały się purpurowe plamy.

- Zrobiłem to dla ciebie!- wykrzyczał.- Dla dziecka, które nosisz!!

- Nie chcę go urodzić, Juda – powiedziała spokojnie. – Nie w takim świecie.

 

…………………………….

 

Gdy zapadł zmrok, deszcz powoli się uspokoił. Jehuda zapalił świecę, wcześniej zatkawszy okienko wykuszowe kocem.

Cienie przemknęły po glinianej twarzy posągu na krześle. Ożywiły na chwilę twarz Anny.

Oddychała ciężko. Twarz stała się czerniawa. Pod zaciśniętymi oczami rozlały się głębokie cienie. Na policzkach pojawiła się siatka pękniętych naczyń krwionośnych.

Co chwila kasłała słabo. W powietrzu rozchodził się wtedy straszny, jelitowy cuch.

 

…………………..

 

- Juda!- Anna szarpnęła śpiącym Rostoffem. – Juda, Niemcy likwidują getto!! Wszystkich zwożą na dworzec. Wszyscy umrzemy!

- Jestem policjantem- wystękał – przeżyjemy.

- Uciekajmy, Juda!- zawyła. Oczy zwrócone w głąb. Białka upiornie błyszczące w wyniszczonej twarzy.- Wszyscy uciekają do lasów…Przeczekamy!

-Nie – powiedział stanowczo. W oczach zdziwienie, że stać go było na taką stanowczość. – Judenrat obiecał dokumenty dla policjantów…

- Wiedziałeś wcześniej o wywózce?- zdziwienie tak silne, że przełamało strach. – I nie uciekliśmy?

- Dostaniemy niemieckie dokumenty – powtórzył – i będziemy pracować w niemieckich szopach…

- Wiedziałeś o wywózce i nie uciekłeś- powtórzyła tępo – i nikogo nie uprzedziłeś…Kim ty jesteś, Juda?

Zaterkotały silniki pod oknami. Szczek komend i przenikliwy wrzask kobiet. Za szybami wzbiły się w niebo stada przerażonych krzykiem gołębi.

Łomot butów na schodach. Pojedyncze komendy punktujące bezustanny wizg kobiecego skomlenia. Łomot skrzydeł ptaków na blaszanych parapetach. Huk wyrzucanych przez okno mebli i spakowanych przezornie kufrów. Plama słońca na pokrytej grzybem ścianie. Gruda lodu w brzuchu, ścinająca krew, dławiąca oddech.

- Usiądź – powiedział gubiąc głoski.- Jak przyjdą, pokażę swoją legitymację.

Usiadła posłusznie przy stole. Ręce złożone na ciemnobrązowym blacie. Dwa umierające ptaki.

- Ty naprawdę wierzysz – wydukała z trudem – że ten śmieszny kartonik nas uratuje?

- Ciebie, mnie i naszego syna.

Ucisk w skroniach. Obraz w oczach powoli nasączający się krwią. Tętno łomoczące w mózgu. Głuszące myśli.

- Po prostu usiądź – powiedział powoli, przełamując sztywność warg.- Poczekamy, aż się wszystko uspokoi. Wtedy dostaniemy dokumenty. Będziemy pracować. Przeżyjemy.

- Dlaczego nie uciekamy, Juda?- wyszeptała bezsilnie.- Nawet zwierzęta walczą do końca, a my dajemy się im mordować. Czemu choćby nie uciekamy?

- Dostaniemy dokumenty – powtórzył tępo.

Drzwi wejściowe stęknęły od uderzeń kolby.

Jehuda wstał. Dziwacznie spokojnym gestem wydobył legitymację z kieszeni. Podszedł do drzwi i otworzył je. Na progu stał żołnierz w mundurze ukraińskiej dywizji Nachtigall.

- Jestem policjantem tutejszego Judenratu – powiedział Jehuda, wyraźnie artykułując głoski.- Proszę, oto moje dokumenty – podał plik zmiętych papierów.

- A na chuj mnie eto?- z uśmiechem idioty jasnowłosy chłopak odepchnął Jehudę karabinem, a potem z lekkiego zamachu uderzył do kolbą w szczękę. Gdy Juda upadł, młodzieniec trzymając karabin jak tłuczek za lufę i łoże, podniósł go do ciosu.

Anna poderwała się na nogi. Uderzyła go trzymanym w dłoni piórem ze stołu. Stalówka wbiła się w zaróżowiony policzek.

Chłopak zawył. Odepchnął kobietę i rzucił nią o ścianę. Odbiła się komicznie podrygując swoim wydętym brzuchem. Niezgrabnie osunęła się na podłogę, trzymając odętą piłkę podbrzusza między bezbronnymi rękami.

Chłopak cofnął się o krok. Opuścił karabin poziomo i wbił bagnet w jej krągłe podbrzusze.

Anna zaskowyczała.

Zacisnęła dłonie na stali tnącej jej palce.

Żołnierz cofnął się, rozcinając delikatne mięso kobiecych dłoni. Zostawiając gładkie cięcie w tętniącym krwią alembiku nowego życia. Patroszona kobieta wrzasnęła, próbując zatrzymać rękami bluzgającą z niej krew.

Jehuda poderwał się i barkiem uderzył chłopaka, rzucając nim o futrynę.

Żołnierz upadł, śmiesznie zadzierając nogi w wysokich butach. Juda podniósł upuszczony karabin. Stał trzymając go w ręku. Nieporadny. Skastrowany.

Chłopak na czworakach dobiegł do schodów. Stoczył się z nich, coś skamląc. Upadł na podeście. Poderwał się i pognał długimi susami w dół.

Jehuda pomógł Annie wstać. Dźwigając ją, pobiegł schodami na półpiętro, gdzie skręcił w korytarz wiodący do drugiej klatki schodowej. Zbiegli do piwnic, które z semicką zapobiegliwością były połączone z piwnicami innych domów. Rozgałęziony świat podziemnych korytarzy. Skomplikowane wyjście z szaleństwa.

Anna po kilkunastu minutach zwisła mu na rękach. Jęczała i wiła się.

Trzymała się za drgający brzuch.

Klęknął przy niej. Zdarł z niej przesycone krwią barchanowe majtki. Zerwał z siebie koszulę i przytknął ją do rany po pchnięciu. Zmusił ją do zaciśnięcia zbielałych palców na kłębie skrwawiono płótna, a potem ukląkł między jej udami i przyjął poród. Własnymi rękami wydobył z Anny ociekający posoką kawał martwego mięsa.

 

…………………………

 

Przed północą Anna zaczęła oddychać charcząc. Biła od niej gorączka.

Smród w powietrzu stał się nie do zniesienia.

Zaciskała dłonie na sienniku. Wykonywała ruchy szczęką, jakby coś gryzła lub próbowała śpiewać.

Spod opatrunku sączyła się leniwie krew zmieszana z ropą. W porozcinanych jelitach coś bulgotało i syczało.

Potem znieruchomiała.

Napięła się, jakby usiłowała zrobić coś ważnego. Czoło i policzki zbladły.

Wreszcie coś szepnęła i opadła na siennik.

Mięśnie poluzowały się. Spięte gorączką ciało rozlało się na legowisku i znieruchomiało.

Smród najpierw przybrał na intensywności, a potem zelżał.

Ściągnięte rysy rozluźniły się. Dolna szczęka opadła.

Jehuda siedział obok, patrząc.

Położył się obok Anny. Obrócił ją na bok i przytulił się do jej szerokich bioder. Objął jej wątłą klatkę piersiową.

Gorączka ustępowała powoli. Ciało stygło. Sztywniało. Zapach z uchylonych ust przytłumił smród gangreny, ale Juda nie wypuścił Anny z objęć.

Wtulił twarz w jej włosy.

Pod policzkiem porośnięty delikatnymi włosami kark. Stygnące w uścisku mięśnie.

  • Nie rozumiesz – powiedział powoli – ale ja się postaram ci wytłumaczyć. Żebyś pojęła. Zrozumieć, znaczy pokochać…- położył udo na jej biodrze. Drobne, ciało stygnące w jego ramionach.

 

………………………………..

 

Nie wiedział, która godzina. Zza koca nie przebijało światło słoneczne, ale na dachu słychać było łomot skrzydeł rozhisteryzowanych gołębi. Ciało Anny było sztywne. Jego prawa ręka była przyklejona do podłogi zaschniętą krwią, która wypłynęła z jej ust. Oderwał ją i z trudem wstał. Nakrył żonę kocem, pod którym wydawała się jeszcze mniejsza niż zwykle.

Wzdłuż belki dachowej, w ciemności podszedł do stołu i zapalił świecę.

Cienie przemknęły po deskach więźby. Zatańczyły na glinianej postaci. Utonęły w kubłach z gliną i wodą.

Oczy Jehudy były przymglone. Zaropiałe.

Z lampą w ręce podszedł do legowiska z ciałem Anny. Usiadł obok. Kiwał się chwilę w tył i przód. Coś szeptał do siebie.

Wreszcie położył dłoń na kocu, gdzie powinna być głowa żony.

  • Nie słuchasz mnie – powiedział powoli.- Nigdy mnie nie słuchasz, gdy ci coś tłumaczę.

Przez moment milczał, jakby czekał na odpowiedź.

  • Nie możesz tak mówić!- niemal krzyknął.- Przecież wiesz, że cię kocham!!

Objął się ciasno, wtulając twarz w ramię.

  • No dobrze – wydukał stłumionym głosem.- Może tak, ale nie powinnaś tak do mnie mówić.

Zerwał się i machając rękami zatoczył w stronę komina. Uderzył plecami o ceglaną obmurówkę, odbił się i upadł na kolana, rozcinając głęboko bark o wystający z deski więźby hufnal. Pomimo krwi kapiącej na podłogę między dłońmi, którymi się podpierał, nie robił wrażenia, by cokolwiek zauważył.

Na czworakach podpełzł do siennika. Zrolował koc, odsłaniając sczerniałą twarz Anny. Między rozchylonymi ustami sterczał skrzep nawarstwionej krwi.

Juda upadł na bok i przetoczył się na plecy.

Leżał przez chwilę, oddychając z trudem.

cdn.  http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1341/golem-cz-ii.html

Oddaj swój głos:
(1)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...