Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

GOLEM cz.II

Autor: Marek Świerczek 14 listopada 2015,

  Golem cz. I  http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/1340/golem.html

  • Masz rację – wykrztusił w końcu.- Nie musisz tego powtarzać. Ale to nie moja wina.

Wstał i z trudem podniósł zesztywniałe ciało Anny. Oparł ją o pionową belkę podporową. Zniekształcona twarz z soplem juchy. Nienaturalnie wygięte ramiona. Maleńkie, zbielałe dłonie rozczapierzone w walce o życie.

  • Nie musisz mi tego powtarzać- mruknął.- Wiem, że masz rację…Ale chciałbym, żebyś zrozumiała, jak do tego doszło…Jak stałem się takim.

Znów wsłuchał się w ciszę. Mętne oczy odbijające migotliwe światełko lampy.

  • Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło – zajęczał.- Wyssałem to ze skażonym mlekiem matki…A może trochę potem, gdy widziałem, jak mój ojciec był bity i upokarzany bez słowa sprzeciwu…Nie wiem…naprawdę nie wiem. To moje dziedzictwo. Brud, który wrósł w duszę…Wiem, wiem!- zamachał rękami, jak drewniany pajac.- Nie musiałem! Ale najpierw trzeba wiedzieć, że można inaczej!!

Zastygł, jakby wsłuchany w czyjś szept.

  • Potrzeba choćby wspomnienia siły i dumy, by być silnym – powiedział z rezygnacją w głosie. – Nie zrozumiesz mnie.

Wstał i odszedł od trupa Anny.

Przez chwilę krążył po poddaszu, obijając się o poziome belki i krypty kominów.

W końcu przystanął przed siedzącym posągiem. Chwilę patrzył na niego bez ruchu. Potem, jakby pod wpływem jakiejś myśli, wlał wodę z drewnianych cebrów w kadź z gliną. Mieszał ją chlustając na podłogę brudne bryzgi.

Brał wielkie pajdy gliny i rozsmarowywał je na posągu. Ledwie naszkicowana postać nabierała wagi i mocy. Glina na barkach i piersiach układała się w grube warstwy. Twarz stała się upiorna. Z wypukłymi łukami brwi i rozwartą szeroko szczęką. Gliniane palce zacisnęły się pazurami na kolanach. Ekspresja tłumionego lęku.

Z brudnymi dłońmi, Juda podszedł do opartego o belkę ciała.

  • No dobrze, jestem tchórzem- oświadczył zaczepnie- ale to tylko przykrycie…

Uklęknął przed Anną i gorączkowo wyszeptał:

  • Boimy się, bo wiemy, że za nami nic nie ma. Żadnej siły ani wiary. Pustka. Piwnica, w której słychać szczurze łapy…A przed nami taka sama nicość. Nie ma dokąd iść. Z tyłu i z przodu jest pułapka śmierci. Jest tylko to, co tu i teraz. Stoimy jak na rozpiętej linie. Każdy fałszywy ruch kończy się upadkiem.

Przez chwilę próbował zapanować nad rozedrganą twarzą. Wreszcie dał za wygraną. Mięśnie mimiczne skondensowały w sobie dziesiątki emocji, przechodząc w końcu w rozwibrowany taniec elektrycznych wyładowań.

  • Wszędzie, gdzie pójdziemy, jest to samo – oświadczył z mocą. – Wszędzie pusto.

Stał przez chwilę w milczeniu. Zasłuchany.

  • No to co, że to tylko iskra w wieczności!?- wrzasnął znienacka.- Ale kto mi zagwarantuje, że jest jakaś wieczność!? A jeśli potem nie ma nic?!? Tylko konsylium robacze??

Zatoczył się i upadł. Leżał na boku, próbując złapać oddech. Przez chwilę szlochał. Potem umilkł i coś do siebie mamrotał.

  • Jest tylko jedno życie!- wrzasnął znienacka. – Zmarnujesz je i koniec! Żadnej powtórki!

Przetoczył się na brzuch i pełzł przed siebie z zamkniętymi oczami.

  • Jaka dusza!?- zakwiczał.- Jestem tylko ja. Cielesny! Namacalny! Wszystko inne, to brednia głupców!

Usiadł przy skośnej belce, która przygięła mu głowę niemal do kolan.

  • Lepiej żyć na kolanach – powiedział niewyraźnie – niż zdechnąć jak pies.

Upadł w bok. Dłonie zakrzywiły się szponiasto. Nogi rozedrgane w przykurczach, biły chaotycznie w belkowanie.

 

W końcu zastygł w pozycji embrionalnej.

  • Nie rozumiesz – wymamrotał – bo nigdy tak naprawdę się nie bałaś.

Drgawki uspokoiły się. Rozedrgane mięśnie przeszły w pozorny spokój.

Popełzł w kierunku siedzącej nieruchomo rzeźby.

Wpatrywał się w twarz posągu. Rozedrgane światło lampy naftowej bez klosza ożywiało gliniane rysy. Cienie drgały w oczodołach. Rozlewały się na zapadnięte policzki.

  • Być silnym – powiedział nieoczekiwanie spokojnie Juda.- Siła niezależna od innych. Autonomiczna. Zdolna do obrony swoich praw.

Opadł bezsilnie na brzuch. Przytulił twarz do drewnianej podłogi.

  • Masz rację- wydusił z siebie, przełamując szloch – siła to tylko pogarda śmierci. Nikt nie jest wystarczająco silny, by nie obawiać się walki…

Podniósł głowę i wpatrzył się w zesztywniałą, lecz już tracącą ostre kontury Annę.

  • Pewnie tak – powiedział niewyraźnie – wartość życia jest mierzona jedynie przez żyjącą jednostkę…Nie ma obiektywnych jednostek pomiaru…Nauka jest bezsilna. Jedyne, co ma znaczenie, to osobista wiara. Życie przeżyte w pełni. Z dala od tabel i statystyk…Rozumiem!- wrzasnął.- Nie musisz tego powtarzać!!

Uderzył głową o podłogę. Przezwyciężając zesztywnienie mięśni mimicznych, wykrztusił:

  • Przecież rozumiem…Życie z definicji jednostkowe, nie podlega ocenie statystycznej. Nie da się go ocenić jak funkcjonowania maszyny.

Ugryzł się z całej siły w kłąb kciuka, niemal wyrywając kawał mięsa i wysyczał:

-Nawet w takiej sytuacji umiem tylko bełkotać…Trudne słowa. Układam je jak łańcuchy z papieru. Sklejam je, by ukryć prawdę…

Mokry od łez policzek przytknięty do szorstkich desek podłogi. Kula zimna w brzuchu. Lód płynący pod skórą. Zamrażający myśli.

 

…………………..

 

Obudził go huk motorów za oknem. Na czworakach popełznął do okna i uchylił rąbek grubego wojłoku. Z okna poddasza widział maleńki budynek dworca z wieżyczką, na której wiatr huśtał blaszanego koguta i drewnianą wiatę krytą wesołą dachówką.

Więźniowie w paskowanych ubraniach osadzali grube pale w wykopanych dołach. Z owadzią sprawnością obsypywali podstawy tłuczniem, wbijali kliny. Mechanicznie rozwijali drut kolczasty z drewnianych bębnów. Przybijali go pasmami do okorowanych pali, wytyczając czworoboczny plac z jedną tylko szeroką bramą.

Wokół nich stali żołnierze z ryngrafami na piersiach. Pistolety maszynowe zawieszone na skórzanych pasach. Wysokie buty. Tępe twarze dziwnie jednakowe pod żelazem hełmów.

Więźniowie zaczęli kopać rowy wzdłuż torów. Tuż za linią drutu kolczastego. Ziemia układała się po obu stronach w mokre, krecie kopce.

Wysoko w górze krążyły gołębie. Promienie słońca przebijającego przez burzowe chmury odbijały się w ich białych skrzydłach.

 

………………………………

 

Przez kilka godzin mieszał glinę i układał ją na korpusie rzeźby. Wygładzał ją rękami. Miesił i gładził. Szeptał przy tym coś do siebie. Tak cicho, że niemal sam nie słyszał słów.

Postać nabierała tytanicznych kształtów. Barki, nogi i ręce stały się kanciaste. Nabite mięśniami i drapieżne. Skrzywiona w krzyku twarz zrobiła się upiornie groźna. Rozwarte usta nabrały zwierzęcego wyglądu.

Od czasu do czasu Juda kładł się koło ciała Anny. Tulił się do jej zesztywniałych pleców, czując, jak pod jego dłońmi mięso pod skórą zaczyna się przelewać, musując w rozgrzanym powietrzu jak młode wino.

W powietrzu wisiał ciężki smród rozkładu. Juda brodził w nim jak przybrzeżnym mule.

 

…………………….

 

Na drugi dzień na zgromadzony plac zaczęli ściągać ludzie. Maszerowali kolumnami, eskortowani przez znudzonych żołnierzy ze schmeisserami w rękach. Młodzi jasnowłosi chłopcy trzymali papierosy w kącikach ust i niedbale szli wzdłuż długich szeregów wyniszczonych postaci. Na tle bezczelnych, aryjskich twarzy, semicki głód wydawał się jeszcze bardziej nieznośny.

Ciemne oczy śledziły z żarliwą miłością każdy wdech tytoniowego dymu. Każda odwijana z natłuszczanego papieru bułka była odprowadzana setkami spojrzeń.

Starcy z niechlujnymi brodami. Kobiety w śmiesznych perukach. Dziewczyny o tyłkach wciąż krągłych, mimo śladów wygłodzenia na twarzach.

Ogromny pochód, punktowany z rzadka mundurem na którym jaśniał tłoczony masowo ryngraf.

 

…………………….

 

Gdy rano obudził się przytulony do Anny, jego ręka, którą podłożył pod głowę trupa, była pokryta pieniącym się krwistym śluzem wyciekającym z jej rozchylonych ust. Nie wytarł ręki. Zamiast tego, przytulił ją do twarzy, wdychając głęboko smród zgnilizny. W gęstym, trupim zaduchu, czuł zapach znany do bólu. Zapach, który czuł, gdy Anna leżała pod nim. Drobna i ciepła. Kłębek nerwów opleciony wokół jego męskości. Bezradna kobiecość, potrzebująca mężczyzny, by zaistnieć. Niezbędna, by Jehuda Rostoff mógł być mężczyzną. Pomimo swego tchórzostwa.

 

………………………..

 

Żydzi byli wpuszczani na plac partiami. Siadali na swoich tobołkach. Cierpliwi jak rzeźne bydło. Zbyt przestraszeni, by się poruszyć. Wokół ogrodzenia stali żołnierze w mundurach litewskich jednostek ochotniczych. Od czasu do czasu strzelali w tłum.

Ktoś padał. Tłum najpierw się cofał i zastygał w przerażeniu. A potem zamykał się nad ciałem. Owadzi ruch stłoczonych ciał. Jak mrówcze hordy przetaczające się nad ciałem martwego pasikonika.

 

……………………….

 

Skóra Anny zrobiła się szorstka. Mokra i lepka. Gdy gładził ją, na opuszkach palców zostawał delikatny ślad trupiego śluzu. Gdy wślizgiwał się w jej włosy dłonią, między palcami zostawały grube pasma, na końcach których bielały wyrwane cebulki.

Z porów skóry parował rozkład. Skraplał się na wyziębionej skórze. Wkręcał się w nos, skręcając jelita w wyziębiony węzeł.

Wymiotował żółcią, skręcony na krawędzi koca. A potem znów przytulał się do mięknącego trupa w poszukiwaniu zapachu i bezpieczeństwa.

 

……………………..

 

 

Na trzeci dzień plac był pełny. Ludzie stali jeden obok drugiego. Długie szeregi upodobnionych do siebie twarzy. Białe plamy z cieniami zamiast oczu i ust. Śmieszne podrygi głów, jak baloniki na uwięzi szyi. Spękane od upału usta. Zaropiałe powieki.

Strażnikom już nawet znudziło się strzelać w tłum. Siedzieli na swoich plecakach żołnierskich, tęskniąc za powrotem do koszar. Za odwiedzinami obwoźnego burdelu. Cztery minuty na żołnierza, siedem na oficera. Spocone podbrzusze nasycone brudem, wypożyczone za ciężko zarobione marki. Sztos, który chce się zapomnieć jak najszybciej. Zwłaszcza, gdy chce się wierzyć w majaczenia propagandy o wyższości rasy. Nie da się pogodzić Parsifala z syfilitycznymi szankrami.

………………………

 

 

Starannie, za pomocą znalezionego dłuta, ukształtował pazury i kły posągu. Przysiadł na piętach, wpatrując się w górującą nad nim figurę. W trupiej mgle rzeźba wydawała się zdumiewająco żywa. Cienie w dołach oczodołowych drgały, jakby figura patrzyła na niego.

Nie odrywając oczu od swego tworu, Juda wziął do ręki kawałek gliny. Ukształtował go ściskając rękami, a potem na gładkiej powierzchni nakreślił pajęcze znaki hebrajskich liter.

Podniósł kąsek gliny i pokazał go posągowi.

  • Teraz masz słuchać tylko mnie powiedział z mocą. – Gdy będę trzymał w ręku tę magiczną pieczęć i powiem, że masz przybyć, by wysłuchać mych rozkazów, wykonasz to!

Cienie przeleciały po zniekształconej mordzie postaci. Szeroko otwarte usta drgnęły.

  • Jesteś dla mnie – oświadczył Jehuda. Buńczuczny głos tnący bezsensem bezradną twarz.

………………

 

Wyprowadzali ludzi zza drutów. Najpierw silnych mężczyzn. Byli brutalni i spięci, Kazali im kłaść się na usypanej glinie. Głowy schylone w stronę wykopu. Szyje doskonale widoczne. Kręgosłupy układające się w wyraźny cel w przyrządach celowniczych.

Gdy padała komenda, po której drgało powietrze od skondensowanych strzałów, tłum drgał, a potem zastygał. Ciała były spychane kopniakami w dół wykopu.

Potem dobierali nowe ofiary. Już mniejsze i słabsze. Onieśmielone śmiercią silniejszych od siebie. Przyuczone do agonii.

Sami kładli się na zakrwawionej glinie, schylając głowy. Kręgi doskonale widoczne. Kostna struktura, na której pleni się życie. Do momentu, gdy chytrze opracowany system nie nakaże położyć się na brudnej glinie.

 

…………………………….

 

Obudził się w nocy, próbując zrozumieć, co go zbudziło.

W końcu pojął.

Ramię, do tej pory sztywno oporujące jego ręce, zmiękło.

Opadło, wraz z barkiem.

Leżąca postać stała się niesymetryczna. Jak lalka, której złośliwe dziecko wykręciło rękę.

Przesunął dłoń na biodro, ale palce zapadły się w zwiotczałe mięso.

Usiadł otępiały, wdychając gnilny cuch.

Mimo odrazy wciąż znany.

 

…………………………….

 

Ludzie na placu szybko się uczyli. Przyswajali sobie śmierć, jak uczniowie tabliczkę mnożenia.

Już po drugim dniu znali procedurę.

Wychodzili przez otwartą bramę. Spokojnie. Bez burd, jak na przyzwoitych Żydów przystało.

Szli w kierunku wykopu, mijając szereg morderców, którzy rozstępowali się grzecznie, przepuszczając ich między sobą.

Kładli się karnie, wypinając karki i wątłe pośladki. Spięci do bólu. Jak na dentystycznym fotelu.

Potem, gdy już mijał huk w uszach, rozluźniali się.

Leżeli w końcu swobodni i obojętni.

Wokół nich kawałki czerepu i niezbyt przenikliwego mózgu.

 

…………………………….

 

Tulił się do jej pleców, choć straciły swój kształt i stały się podobne bukłakowi wypełnionemu fermentującym winem.

Opowiadał jej o sobie. Cicho. Tak cicho, by nie mogła usłyszeć. By mógł powiedzieć, że nie słuchała, choć chciał jej powiedzieć wszystko. Całość skrywanych sekretów. Tak, by mogła go w całości zaakceptować lub odrzucić.

 

…………..

 

Czasami szli do wykopu parami. Małżeństwa lub rodzeństwa. Trzymali się za ręce, jakby byli na karuzeli w wesołym miasteczku. Kładli się karnie, nie wypuszczając spoconych rąk.

A potem, w jednej chwili, zamieniali się w mięso.

Nie rozumieli, że już przed śmiercią nie żyli. Że nieważne, kiedy się umiera, ale JAK się umiera. Przyjmowali śmierć tak, jak ich nauczono żyć: pokornie. Pełni wiary, że tak być musi. Niezdolni do oporu. Wykastrowani z dumy. Z człowieczeństwa.

 

……………………….

 

Na czwarty dzień Jehuda ukończył rzeźbę.

Posąg siedział przed nim, zaciskając na kolanach szponiaste dłonie. Cienie pieniły się w oczodołach i w zapadniętym brzuchu.

Juda leżał przed swoim tworem, ściskając w ręku kąsek schnącej gliny z literami alfabetu hebrajskiego.

  • Gdy podniosę prawą dłoń z pieczęcią – powiedział - i wykrzyczę wezwanie, pojawisz się przy mnie, by spełnić me życzenie. Zaklęciem dałem ci życie, a ty w zamian, dasz mi swą siłę.

Drgnął, gdy za oknem gruchnęły strzały. Głowa niemal ukryła się w podniesionych, chudych barkach.

Na zewnątrz, przed kamienicą, Żydzi płacili za największe złudzenie swojej rasy- za wiarę, że można wykupić się od śmierci. Że spolegliwość, w połączeniu z łapówką, pozwoli przeżyć.

Semicki zdrowy rozsądek przegrywał z nordyckim szaleństwem berserkerów.

…………

 

Siedzieli na swoich tobołkach, w których ukryli wszystko, co zdołali. Złote ruble i dolary zaszyte w kurtki. Akty notarialne wsunięte w szpary tekturowych walizek. Papier z pieczęciami, który miał dawać im wieczne prawo do budynków i ziemi.

Słowa, mające dać namiastkę tożsamości, ukraść prawo do życia wśród obcych.

Nie nam, Wiekuisty,

Nie nam, lecz imieniu Swemu

Daj cześć dla łaski Swojej i

Prawdy swojej, Dla czegóż

Mówić mają narody: Gdzież

Jest ich Bóg? A Bóg nasz

Jest w niebie, wszystko,

Co mu się podoba, czyni. Ich

Bóżki są srebrem i złotem,

Dziełem rąk ludzkich. Mają usta

A nie mówią, oczy a

Nie widzą, uszy a nie słyszą,

Nos a nie wąchają; mają ręce

A nie dotykają się, nogi a

Nie chodzą. Nie wydają głosu

Gardłem swojem. Im podobni

Staną się ich wykonawcy,

Każdy, który im ufa. Izraelu,

Ufaj Wiekuistemu!

 

Wykopane rowy były wypełnione ciałami. Splecione dłonie i wypięte pośladki. A na brzegach porzucone mienie. Tobołki i walizki. Kurtki i marynarki. Rozbebeszone przez morderców czyjeś życie. Nagle bez wartości. Jak jaja ptasie rozgryzane przez kunę.

 

………………

 

Juda obudził się przed posągiem. W ręku ściskał kawałek twardniejącej gliny.

Pod ścianą leżała spuchnięta i sczerniała Anna.

Z kącika ust ciekła purpurowa, leniwa struga.

Powietrze było ciężkie, duszące.

Przypełznął do niej. Kucnął obok, wpatrując się z natężeniem w opuchniętą twarz.

Kiwał się na piętach, jak oszalały pustelnik.

W końcu przemógł się. Najpierw patrzył długo w twarz żony. Potem delikatnie dotknął jej głowy. Przejechał palcem po rozdętym policzku. Zanurzył palce w krwistym ścieku.

  • Całe życie byłem tchórzem – powiedział miękko. – Wyssałem tchórzostwo z mlekiem matki, wraz z nim dostając dziedzictwo żydowskości. Chciałem być inny…Uczyłem się, studiowałem, gimnastykowałem się i brałem zimne prysznice…Ale nie umiałem być jak oni. Głęboko we mnie był ukryty strach.

Chwilę milczał, jakby się zastanawiał. Kiwał się przy tym cały czas na piętach.

  • Oni czerpali odwagę z tego, że byli u siebie – wyszeptał.- W swoim domu. Otoczeni przez swoich. Myśmy zawsze byli obcy, a przez to bezbronni…Nikt za nami nie stał. Ani człowiek, ani tradycja. Urodzeni do tego, by być ofiarami. Moje pragnienie było za słabe, by uwolnić się od przekleństwa rasy.

Wstał i zaczął chodzić, wymachując trzymaną w ręku gliną.

  • Nie można trzymać się kurczowo życia – powiedział nieoczekiwanie silnym głosem – jeśli się wierzy w nieśmiertelność.

Ukląkł przy Annie. Zbliżył twarz do jej ociekającej rozkładem twarzy.

  • Ale ja nie odejdę bez oporu – wyszeptał.- Ja mam Golema!

Kiwał z zapałem głową, jakby sam sobie przytakiwał.

  • Zapłacą za wszystko, co zrobili!- wykrztusił w końcu.- Golem odpłaci im za wszystko! Umrą za swoje zbrodnie! Słyszysz mnie, Anno?!?

Żuchwa trupa opadła znienacka, wykrzywiając zwiotczałe rysy w parodię śmiechu.

  • Nie wierzysz we mnie- powiedział powoli. – Ale ja ci udowodnię. Pokażę, że mogę umrzeć jak człowiek.

 

……………………

 

Siedzieli na swoich tobołkach, w których wywozili złudzenia upostaciowane w złotych dolarach wszytych w płaszcze.

Nad trupimi dołami krążyły wielkie muchy o metalicznie błękitnych odwłokach.

Żołnierze wokół byli zmęczeni. Grali w karty i klęli. Męczył ich smród rozkładu.

Nie zwrócili uwagi na zgrzyt żeliwnej bramy.

Juda podszedł do grupy żołdaków skupionych wokół wytłuszczonych kart.

Z boku stał na workach z piaskiem ciężki karabin maszynowy. Lufa w otoczce z dziurkowanej blachy. Jak porzucony chitynowy odwłok monstrualnego owada.

Spocone dłonie zacisnęły się na drewnianych rączkach. Ścisnęły czarno oksydowany spust.

Broń zadrgała jak dźgnięty ostrogami koń. Wypluła złote iskry.

Identyczne ciała rozbryznęły się na boki, plując krwią na skatowaną szpadlami ziemię.

Dalsze posterunki zdołały się zerwać, ale żołnierze nie zdążyli dobiec do ustawionych schludnie karabinów.

Oni także zamarli w ruchu. Pokazując w ostatniej chwili prawdę o sobie.

Mosiężny pas nabojów dobiegł końca.

Iglica uderzyła w pustkę. Żelazny owad zamarł. Nad lufą uniosło się rozgrzane powietrze.

Zza szeregów milczących, otępiałych ludzi wyłonili się niemieccy żołnierze z pistoletami maszynowymi w rękach.

Biegli w milczeniu.

Coś krzyczeli bezgłośnie. Słowa bez znaczenia. Niesłyszalne.

Juda podniósł się zza karabinu.

Ścisnął kawałek gliny i podniósł go ku górze.

  • Wzywam cię, przybądź!- krzyknął i stanął prosto, zasłaniając się mocą trzymanej w dłoni magii.

Słońce oślepiło go. Zatarło sylwetki biegnących.

Coś go uderzyło w pierś.

Upadł, mając w uszach głuchy łomot.

Kroki nadchodzącego Golema.

 

Maj 2011

 

Oddaj swój głos:
(3)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...