Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Opowieść wiecznej tułaczki - Roman Praszyński

Autor: Roman Praszyński 5 czerwca 2013,

       

— A więc pytasz mnie, czemu głośno się śmieję, gdy ty cierpisz? — mówiła Jobe do mnie — wspominała Mea Izaakowi. — Dlaczego mi wesoło, chociaż kostur żebraczy noszę w ręku? Co wykrzywia mi wesoło usta, jeżeli starość i choroba toczą moje ciało? Pytanie na miejscu, a i odpowiedź prosta. Życie jest zabawne. O tak. Jest piękne i śmieszne. Jest straszne i komiczne. Jest nudne, bolesne i wredne. I to jest właśnie przeurocze.

Byłam córką króla Damaszku. Ojciec mój przed śmiercią znalazł mi godnego narzeczonego. Wyszłam za mąż i urodziłam dziesięcioro dzieci. Przez wiele lat żyłam w szczęściu. Byłam królową, wiodłam życie pobożne i pracowite. Pieściłam dzieci, sprawiałam rozkosz małżonkowi, składałam należyte ofiary. Pan pozwolił, że wojny nie niszczyły mego kraju, ziemia darzyła dobrymi plonami, a handel kwitł. Me trzody rosły w tysiące, stodoły pęczniały od ziarna, przybywało bogactw. Pełniłam rolę sędziego, roztrzygałam spory poddanych, decydowałam, kogo powiesić, a komu darować życie. Dla mej mądrości i pobożności ludzie przyjeżdżali z daleka, chcąc poznać tak słynny wzór cnót. Lecz Szatana boli serce, gdy ludzie żyją pogodnie i snują złudne marzenia o spokoju. Któregoś razu więc, gdy Bóg nasz miłościwy wyprawił ucztę dla Aniołów, pojawił się na niej Książę Ciemności i od niechcenia zapytał:

— Panie Mój i Władco, kto jest najwierniejszym z ludzi? Kto Cię nigdy nie zawiedzie?

 Pan Bóg, który lubi hazard, postawił na mnie:

— Jest szlachetna i czysta kobieta w Damaszku o imieniu Jobe. Jej serce jest wierne, a dusza nieskalana. Dlatego darzę ją losem szczęśliwym, a ona chwali imię Moje!

— Otóż to — Szatan zakręcił ogonem. ­— Gdy dobrze się dzieje, każdy chętnie sławi Pana. Zrzuć jednak nieszczęście na jej głowę, a zapewne Cię przeklnie!

— Oddaję ją tobie, ale nie zabieraj żywota — rzekł Pan i podniósł w górę kielich.

Tak zaczęły się dla mnie gorzkie dni. Na początek mąż mój dobry, który kochał mnie nad życie i dlatego nie brał więcej żon, zadawalając się jedynie nałożnicami, skręcił kark. Przyczyną była niespodzianka, którą dla mnie przygotował. Wiedząc, że darzę miłością wierzchowce, sprawił mi pięknego gniadosza z Asyrii. Na jego, a i moje nieszczęście, diabeł podkusił go, aby dosiadł konia. Tedy stałam na balkonie naszego pałacu, a biedny mój małżonek wjechał na dziedziniec na pięknie przystrojonym rumaku. Uśmiechnął się do mnie, ja mu pomachałam, a koń spięty ostrogą, poniósł. Zaledwie kilka chwil trwała walka mego ukochanego o życie. Zrzucony z siodła, spadł na bruk i wyzionął ducha. Ogarnęła mnie rozpacz, zupełnie nie docierało do mnie wtedy, jakie to zabawne!

Och, jak ja rozpaczałam! Płakałam wiele dni i nocy, sypałam na głowę popiół, rozorałam twarz paznokciami. Na próżno. Pan nie wraca raz zabranego żywota. Ale nie skalałam się słowem pretensji.

         — Pan dał, Pan wziął, niech będzie błogosławione imię Pańskie! — powtarzałam wpółprzytomnie.

         Na tym jednak Szatan nie zakończył swego niecnego dzieła. Zanim minęła żałoba, dzieci moje zapadły na tajemniczą chorobę. I choć ukochałam je mocno, od najstarszego syna, który był już prawie mężczyzną, po najmłodszą córkę, słodką, jak aniołek, jedno po drugim, w gorączce i boleściach oddawały ducha. Tuliłam je, a one spocone z bielmem na  oczach schodziły z tego świata. Błagałam niebiosa o zmiłowanie.

         — Weź mnie, a je oszczędź! — wołałam.

         Na próżno. Myślałam, że wiem, co to ból straty. Byłam naiwna. Moje wycia słychać było w całym Damaszku. Niosły się nocą ponad dachami, budząc dreszcze przerażenia w sercach mych poddanych.

  • Panie — krzyczałam. — Zabierz ode mnie ten kielich goryczy!

         Lecz Ten, Który Był Zawsze nie usłuchał. Jednak nie wystąpiłam przeciwko niemu. Jeżeli sławiłam go w chwilach szczęśliwych, nie chciałam odwrócić się w momencie próby. Błąkałam się po pustych salach pałacowych — służba uciekła w lęku przed epidemią — i modliłam się o siłę do wiary. A Szatan chodził za mną krok w krok i łowił słowa w nadziei, że bluznę żółcią. Jakież to zabawne!

Którejś nocy przybrał postać mego męża i wodził mnie na pokuszenie.

— Pan cię skrzywdził — syczał mi do ucha. — Jego rządy niesprawiedliwe. Wystąp przeciwko niemu, a będziesz w prawie!

— Nie jesteś moim mężem! Nie posłucha moje serce twego podżegania — broniłam się. — Odejdź, skąd przyszedłeś, duchu zatracenia!

 Och, czemuż nie dostrzegałam komizmu tej sytuacji?!

Po upływie czasu Pan wezwał Nieczystego na konfrontację.

— To zbyt łatwe — bronił się Ten, Który Jest Brudem Świata. — Jobe żyje zdrowa i bogata. Ześlij na nią biedę, wpędź w  chorobę, a zejdzie z Twojej ścieżki!

— Przed tobą ostatni ruch — zezwolił Pan.

Następnego dnia Szatan wcielił się w trąbę powietrzną i zniszczył mój pałac. Rozgromił moje stada i spalił zbiory. Z jego podpuszczenia władca sąsiedniego królestwa najechał na mój kraj na czele zbrojnych mężów. Łupili miasta, palili wioski. Po mych włościach rozszedł się płacz osieroconych dzieci i pomstowania zgwałconych kobiet. Ja ocalałam, bo taki był  piekielny zamysł, ale żyłam z jałmużny, a  moim krajem rządził obcy król. W dzień siedziałam na kupie gnoju, skrobiąc skorupą wrzody i liszaje, którymi zakwitło moje ciało. W nocy wyłam do księżyca.

— Naga przyszłam na świat i naga z niego zejdę — powtarzałam wiernopoddańczo. Ale duch uleciał z mego serca.

Odwiedziły mnie trzy przyjaciółki i tydzień biadały nad mym nieszczęściem. Długowłosa Bildada radziła, abym wyrzekła się Pana:

  • Odpłać pieknym za nadobne. Przeklnij Go!

Pięknooka Elifaza płakała, że wielkie muszą być moje winy, skoro Jedyny tak mnie doświadcza:

         — Wyznaj nam wszystko, siostro, a doznasz ulgi. Czy byłaś wierna swemu małżonkowi?

         A  z kolei Sofara o spiżowym sercu nawoływała mnie do wytrwałości:

  • Niezbadane są ścieżki Pańskie!

         Było to zabawne, ale nie było mi do śmiechu. Czułam się robakiem, niegodna nawet by mnie zdeptać.

 — Uprzykrzyło mi się życie, moje ciało gnije, dusza ma dogorywa. Zaniechajcie mnie, bo moje dni są tylko tchnieniem! — prosiłam.

Lecz one wciąż powtarzały swoje: „Przeklinij!”, „Wyznaj!”, „Wytrwaj!”.

         — Kim jest człowiek? — płakałam. — Pyłem jedynie pod stopami Przedwiecznego! Na co mu nasza wiara i pobożność? Jaki ma zysk z naszych modlitw i ofiar całopalnych? Czy wygląda na nas zza zasłony z chmur? I czy nie traktuje jednako złoczyńcy i kobiety sprawiedliwej?

         — Źle z tobą, siostro. Smutkiem przepełniasz moją duszę — płakała nade mną spiżoserca Sofara. — Bezbożność wkradła się w twoje usta!

— Dobrze czynisz — przekonywała Bildada o włosach, jak rzeka. — Taki pomiot, jaka suka!

  • Wyznaj swe błędy, siostro — błagała Elifaza i zasłaniała powiekami szmaragdowe oczy.

A żadna nie widziała o czym mówi. Czyż to nie zabawne?

         — On jest Wszechmocny — dyszałam swoją litanie na tronie z nieczystości. —Prędzej mrówka pojmie zamysły góry, niż człowiek zbliży się umysłem do Jego Potęgi! On może wszystko. Może nawet czynić zło, jeżeli taka Jego wola! Może karać za grzechy niepopełnione i nagradzać za niecne uczynki!

Wtedy przyskoczył do Stwórcy Szatan i zarechotał:

  • Służka Twoja już moja! Posłuchaj, jak bluźni!

Ale Pan był dobrym graczem.

— Pójdę do niej — rzekł. — Teraz mój ruch.

I pojawił się w obłoku ognistym. Kupa gnoju, na której siedziałam, wyparowała w oka mgnieniu. Moje przyjaciółki zemdlały. Ja trwałam nieporuszona.

         — Wybieraj — powiedział Pan, a głos jego brzmiał jak grzmot burzy. — Te oto kobiety, które tu leżą, nie znalazły uznania w mych oczach. Ukarzę je. Powiedz, na którą z nich mam przerzucić Twoje cierpienia? Ty wyjdziesz z tego bez skazy!

         — Panie — pochyliłam głowę. — Dziękuję Ci za wszystko, czym dotknęły mnie Twoje dłonie. Ale nie wymagaj, bym swoje szczęście okupiła cudzym bólem!

  • Zastanów się — huknął Pan. — Daję ci powtórne życie w promocji!

Odmówiłam po raz drugi.

         — Dobrze — odezwał się Stwórca Niebios i świata. — Wygrałem. Gratuluję.

         I zniknął.

         Wszystkie sfery zatrzęsły się od jego śmiechu. A Szatan, jak niepyszny podkurczył ogon i uciekł na pustynię. Goniły go błyskawice rzucane przez rozbawionych Synów Bożych.

         A gdy moje przyjaciółki odzyskały zmysły, ja stałam już na własnych nogach, zdrowsza i piękniejsza, niż kiedykolwiek w najlepszych dniach swojej młodości.

         — O kurczę! — powiedziała Bildada, której włosy zszarzały. — Masz chody u Najwyższego!

         Szybko odzyskałam władzę i królestwo. Stanęłam na czele wojska i przepędziłam najeźdźców. Odbudowałam pałac. Pan sprawił, że kobiety były płodne, a mężczyźni pracowici, więc bogactwo i siła mojego  kraju znów stały się sławne na całym świecie. Wieść o mym upadku i cudownym ocaleniu przysporzyła mi jeszcze więcej szacunku i miłości. Na pozór wszystko wróciło do normy. A nawet było lepsze. Pełniejsze. Mnie jednak toczył robak zabawy. Znów byłam młoda i piękna, o moją rękę ubiegali się najwspanialsi mężczyźni z wszystkich krain. Mogłam znów rodzić, pocieszyć się po stracie martwych szczeniąt. Faraon chciał uczynić mnie sobie równą. Legendarny Salomon błagał, abym przyjęła go na nauki. Ja miło z nimi rozmawiałam, ale szybko wracali do siebie, urażeni moja wesołością. Ich zaloty przyprawiały mnie o skurcze przepony. Patrzyłam na zakochane pary i śmieszył mnie ich widok. Oglądałam rodziców ciężko pracujących, aby swym dzieciom zapewnić utrzymanie i uśmiech podnosił me wargi. Widziałam mędrców zgłębiających tajniki bytu i parskałam śmiechem. Wojownicy, ciężarne matki albo kupcy goniący za groszem przyprawiali mnie o paroksyzm chichotu, rechot pełnym głosem, rżenie ze środka brzucha!

         I nie zrozum mnie źle. Nie uważałam ich za gorszych. Ich istnienie jest wszak tyle samo warte, co moje, twoje lub tej muchy, która krąży nad naszymi głowami. I to jest właśnie zabawne. Śmieszne. Komiczne. Prze—u—ro—cze!

         Ja po prostu byłam Tam. I wróciłam. A po takiej wędrówce już nic nie jest poważne. Choć wszystko jest bezwzględne.

         Siedziałam na tronie, rozsądzałam gardłowe sprawy i chichrałam w rękaw. Ludzie patrzyli zaskoczeni, w ich oczach szacunek walczył o lepsze z wściekłością. Nie rozumieli mnie. I to było zabawne.

         Stawałam przed lustrem, patrzyłam na własne odbicie, szukałam zmarszczek. Ogarniał mnie strach. A potem śmiałam się z tego.

         Pytałam ludzi, pytałam gwiazd, co mam robić, by złapać się mocno skraju istnienia. Załóż rodzinę, mówili ludzie światowi. Czytaj księgi, pogrąż się w kontemplacji, radzili mistrzowie. Bądź i trwaj, słuchaj szumu wiatru, radziły gwiazdy. A ja wciąż płynęłam nad ziemią. I to było zabawne.

         Zawędrowałam kiedyś nad brzeg morski, gdzie pragnęłam znaleźć ukojenie w kąpieli. Lecz w zatoce, która wybrałam, zobaczyłam człowieka, co stał na skale i zawzięcie przesypywał łyżką sól z torby do wody.

  • Kim jesteś? — zapytałam.
  • Pesymistą — odrzekł.

         Człowiek ten wydał mi się zabawny. Poszłam dalej. Lecz na brzegu o jasnym piasku, który wybrałam, aby zamoczyć się w ożywczej wodzie, stał inny mężczyzny i pracowicie wybierał łyżką miód z dzbana, aby przelać go w morskie fale.

  • Kim jesteś? — chciałam wiedzieć.

Mężczyzna odpowiedział krótko:

  • Optymistą.

I on wydał mi się zabawny.

         Spotkałam Księcia Ciemności. Stał na środku gościńca. Wyglądał, jak zwykły nauczyciel jazdy konnej. Skórzane sztylpy, szpicruta w ręku. Tylko oczy paliły mu się prawdziwym ogniem.

         — Ja nigdy nie przegrywam — powiedział. — Nie będziesz moja, ale Jego też nie!

         I dał mi w prezencie wieczne życie. Taka jego zemsta. Okrutna, jak jądro ciemności. Zabawna, jak letni wiatr o wschodzie słońca.

         Nie mogłam już dłużej żyć życiem normalnej królowej. Nie mogłam żyć życiem żadnej istoty ludzkiej. Starzeję się, lecz nie umieram. Z kosturem w ręku przemierzam nieskończoność dróg. Zawsze zadowolona, zawsze uśmiechnięta. Zawsze obca. Cierpienie mnie śmieszy, a ból znaczy tyle co rozkosz. Współczuję smutkowi człowieczemu i bawi mnie on bez miary. Widzę, jak ludzie kochają się i mordują w kręgu. Jak pożądają i nudzą na powrót. Jak błądzą i szukają wciąż wracając do punktu wyjścia. Mówię im, że za bardzo sprzymierzyli się ze swym cierpieniem. Że mogą być wolni, jeżeli odpuszczą sobie siebie. Gdy pojmą żart, jakim jest istnienie. Lecz oni nie słyszą śmiechu, który przenika całe bezmiary. Nie widzą, że rechocze Ziemia i bluzga śmiechem Anioł, który dźwiga  ją na swych barkach, nie czują, że drży od chichotu rubinowa skała, na której Anioł opiera stopy, a od drgawek radości miota się pod nią byk o czterech tysiącach oczu, uszu, nozdrzy, pysków i języków — a wszystkie one płaczą, ślinią się i smarkają pobudzone kosmicznym żartem; nie wiedzą, że ryba o imieniu Bahamut, która utrzymuje byka, jest zanurzona w oceanie śmiechu, pływa w falach wesołości, skacze i wywija upojnie ogonem, zaś ciemność, która jest pod oceanem, też jest śmiechem, chcichotem, rżeniem. A sam Nieogarniony, dla którego ta Ziemia, Anioł, rubinowa skała, byk o czterech tysiącach ślepi, potworna ryba Bahamut zanurzona w oceanie podpartym przez ciemność są małe jak plamka na źrenicy, również się uśmiecha. I nikt tego nie pojmuje. Zatem jestem samotna, jak tylko samotna może być istota po okiem Nieskończonego. I to jest pyszne!


Roman Praszyński

Oddaj swój głos:
(5)
(>2)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...