Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Córka Wokulskiego - Roman Praszyński

Autor: Roman Praszyński 5 czerwca 2013,

 

            W mieszkaniu Andrjeja było siwo od papierosowego dymu. Zebrani w pokoju mężczyźni kurzyli machorkę w skrętach własnej roboty. Gorycz szczypała w oczy. Był Jurij, syn popa, ukochany Andrjeja. Obok niego krępy Wołodia zwany Czarnym, a to ze względu na zarost i wygląd diabła. Kiedyś student uniwersytetu, dziś wędrowny sprzedawca Biblii i agitator anarchizmu. Wysoki i wiecznie ponury Cyryl Nobel, specjalista od materiałów wybuchowych. Pierwszą bombę sklecił w dzieciństwie. Posłał nią do diabła ziemianina, który przeleciał jego matkę, chłopkę. Wypachniony Subiekt Kiejdanowicz w modnym surducie, o jasnych włosach monoklu w oku. Jedyny w tym towarzystwie posiadacz cylindra. Fascynat socjalistycznych komun, zwłaszcza obietnicy wspólnych żon. Aktualnie bezrobotny, utrzymujący się dzięki pomocy pewnej starszej, acz namiętnej mieszczki. Hieronim Wasal, uczestnik Komuny Paryskiej, gdzie nauczył się mordować gołymi rękami. I kilku innych, wśród nich student Polak z petersburskiego uniwersytetu, żyjący z handlu naftą Ormianin i trzech nieortodoksyjnych Żydów. Grupa wyznań różnych, różnych wiar – prawosławni, protestanci, ateiści. Zwolennicy Bakunina, Marksa, Darwina. Wszyscy gotowi na wszystko.

            Siedli w pokoju, na czym kto mógł. Na krzesłach, łóżku, na podłodze. Siedzieli gęsto, podnieceni chwilą, spoceni. Nawet dym nie tłumił męskiego zapachu. Andrjej stał pod ścianą i stamtąd patrzył na przybyłych. Młode, zdecydowane twarze, oczy rozmarzone, serca gorące. Kwiat rosyjskiej młodzieży. Od miesięcy urabiał ich dusze. Lepił jak wosk z pragnień, kompleksów, pożądań. Dziś nadszedł dzień próby.

– Bracia moi… – zaczął powoli. Głos miał cichy, ale dźwięczny.  – Świat jest zły… świat trzeba zmienić…

– Tak!... – wrzasnął student Polak.

– Gorąca krew… – Andrjej pokiwał głową. – Rosja, nasza mateczka cierpi i kona pod knutem barbarzyńcy. Woła o ratunek. Lecz znikąd pomocy. I tylko my, ludzie zdecydowani na wszystko, dusze przepełnione odwagą, serca ofiarne – możemy coś zrobić. Podpalić lont…

W mieszkaniu na rógu Jamskiej i zaułka Kuzniecznego spiskowcy zabuczeli, podnosząc kułaki w górę.

            – Tak, tak… na pohybel carowi!... – rozległy się okrzyki.

            Andrjej z uśmiechem uciszył zebranych.

            – Ściany mają uszy... a już na pewno stróż domu, który bierze pensję od ochrany… Miejcie to na uwadze. Wezwałem was, bo czas się wypełnił. Mamy już wszystko, by zadać cios w samo serce systemu…

            Odwrócił się w stronę sypialni i zawołał:

            – Możesz wejść…

            Klamka poruszyła się, drzwi skrzypnęły i w progu stanęła Natalia. Miała na sobie fioletową suknię z bufiastymi ramionami, odsłonięty dekolt, na głowie mały kapelusz z woalką. Przez łokieć przewiesiła torebkę z aksamitu na srebrnym łańcuszku. Mogła wrócić do ponętnej kobiecej postaci, bo u Andrjeja trzymała swoje ubranie.

Weszła do salonu i zmrużyła oczy, bo szczypał ją dym. Z przyjemnością odnotowała zdumienie na męskich twarzach.

            – Kto to?... – krzyknął ze złością Ormianin, który połowę życia spędził na zesłaniu. Wszędzie węszył agentów.

            Natalia czuła, że serce bije jej szybko. Poszukała oczu Andrjeja. Ten uśmiechem dodał jej odwagi.

            – To moja… siostra – wyjaśnił.

            Zdumiała się. Ale nie zaprotestowała. Czyż nie byli duchowym rodzeństwem?

            Ktoś zagwizdał z uznaniem, ktoś chrząknął znacząco.

            Andrjej uciszył zebranych wzrokiem.

            – Kilku z was zna Kibalczycza… – zaczął. – Naszego towarzysza, którego konstrukcji bomba rozerwała Aleksandra II nad kanałem Gribojedowa. Złapany dwa tygodnie po zamachu został skazany na śmierć. Lecz wyroku nie wykonano. Osadzony w tiurmie warszawskiej, opracował tam plany potężnej broni. Od dawna ludzie marzą o czymś takim. Tym z nas, którzy studiowali, może powie coś słowo rakieta. Już starożytni Chińczycy próbowali wykorzystywać rakiety do straszenia przeciwnika. A Anglicy walczyli nimi z Napoleonem pod Lipskiem. Ponad 200 lat temu polski inżynier wojskowy Kazimierz Siemienowicz napisał w Amsterdamie wielkie dzieło Artis Magnae Artilleriar pars prima. Przez wieki była to Biblia wszelkiej artyleryjskiej wiedzy. On pierwszy opracował ideę skutecznej broni rakietowej. Opisał, że musi składać się z kilku korpusów, które po wypaleniu odpadają od całości. On zaproponował deltowy kształt stateczników. To zapewnia, że rakieta leci dokładnie tam, gdzie chcemy. Jednak do tej pory konstrukcje były prymitywne. Bardziej fajerwerki niż bomby. Kubalczycz to zmienił. Opracował wspaniałą broń przyszłości. Na miarę XX wieku. Można nią przenosić wielkie ładunki wybuchowe na ogromne odległości. Można zbombardować odległe miasta. Obce państwa. Ale można też… – zawiesił głos, pewien efektu – zabić nią cara…

            Uśmiechnął się. W pokoju słychać było wstrzymywane oddechy. Wyobraźnia rewolucjonistów ruszyła. Nikt nie śmiał przerywać pięknej wizji.

            – Można zabić nawet trzech carów… – dodał, powiększając oszołomienie. – Jesienią w Warszawie, podczas spotkania Franciszka, Wilhelma i Aleksandra…

            – Ale jak? – Cyryl Nobel, znawca nitrogliceryny stęknął orgiastycznie. – Kubalczycz gnije za kratami… Nie mamy planów, rysunków, obliczeń…

            Andrej spojrzał na niego poważnie.

            – Kubalczycz nie żyje…

            Nobel złapał się za głowę

            – Jezu… Taki talent… Niech ziemia pochłonie tych drani! Wszystko na nic…

            Siadł na ziemi i zaczął się kiwać, jak dzieci w sierocińcu. Kibalczycz był jego mistrzem.

            – Bracia… – głos Andrjeja był znów słodki, jak migdały na miodzie. – Zmarł towarzysz naszej rewolucyjnej walki. Uczcijmy go chwilą milczenia…

            Wszyscy wstali i każdy pomodlił się w duchu do swojego boga. Dla wielu miał on na imię nienawiść.

Jednak śmierć zawsze ustępuje przed życiem. Gdy chwila rozpaczy minęła, Andrjej podszedł do Natalii i wziął ją za rękę. Stanęła obok niego.

            – Otwórz torebkę – poprosił.

            Natalia w milczeniu, świadoma napięcia chwili, jak w cyrku na linie, rozpięła niewielką, atłasową torebkę z kwietnym haftem. I wyjęła z niej zielony zeszyt.

            – Kubalczycz zdołał przed śmiercią dokończyć swe wspaniałe dzieło – oznajmił triumfująco Andrjej. – Imperialne psy ostrzyły sobie zęby na ten wynalazek…  Lecz nie mogłem pozwolić, aby niszczycielska broń dostała się ręce cara. Dzisiejszej nocy Natalia wykradła plany oberpolimajstrowi Warszawy, Buturlinowi. I zapewniam was, panowie, dokonała tego w mistrzowski sposób. Żaden z nas nie dałby rady…

            – Ho, ho… – rozległy się słowa uznania.

            Cyryl podskoczył i wyciągnął łapczywie rękę.

            – Pokaż… – chciał wyrwać Natalii zeszyt.

            Andrjej był pierwszy.

            – Chwileczkę… – przystopował Nobla. – Wszystko w swoim czasie. Jeszcze niejedną noc spędzisz nad tymi zapiskami…

            Cyryl podenerwowany cofnął się pod okno.

            Andrjej zwrócił się do gromady towarzyszy. Machał im zeszytem przed oczami.

            – Nie mogłem wcześniej zdradzić wam swych planów, wybaczcie. Im mniej osób o nich wie, tym lepiej dla sprawy.

            – Nie ufasz nam? – groźnie zapytał Polak.

            Andrjej uśmiechnął się, jak do dziecka.

            – Nie wiesz ty, jakim potworem jest ochrana? Wszędzie ma swych szpicli, wszystko wywęszy. Szepczesz coś w tajemnicy ukochanej, a agenci już słyszą. Już biegną z kajdanami…

            – A więc nie ufasz! – buńczucznie oznajmił polski student.

            Andrjej rozłożył bezradnie ręce.

            – Miałem kiedyś przyjaciela – mówił powoli, z rozmysłem. – Mieszkał on w kamienicy nad Newą, a tak nieszczęśliwie, że obok fałszerza pieniędzy. Gdy ochrana wtargnęła do domu, aby zaaresztować fałszerza, gdy rozległy się okrzyki, strzały, przyjaciel przestraszył się, że idą po niego. Wyskoczył przez okno. A tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Komisarz zainteresował się, czemu to zwykły obywatel skacze na bruk. Może ma coś na sumieniu? I wzięli go w obroty. A tak się nieszczęśliwie złożyło, że tamtego dnia szedłem z nożem na generał–gubernatora. Jak zwykle miał przechodzić przez plac Admiralicji sam, bezbronny. Skoczyłem i jak spod ziemi wyrośli żandarmi. Pojmano mnie i skazano na śmierć. A dlaczego? Bo przyjaciel nieszczęśliwie lokum wybrał…

            Polakowi zrzedła mina. Zebrani byli wstrząśnięci. Andrjej pokiwał głową ze współczuciem.

            – Nie winię go – powiedział. – Śledczy mają swoje metody. Ale nauka z tego taka, że lepiej wiedzieć mniej…

            Wołodia zwany Czarnym przeżegnał się i splunął.

            – Na psa urok. Jednak zebrałeś nas dziś, aby zdradzić sekret.

            – Tak – w głosie przywódcy była radość. – Teraz, gdy mamy notatki Kibalczycza, niech drżą tyrani. Mamy czas do jesieni, aby w Warszawie przygotować hekatombę. Wysadzimy trzech carów. Ach, co to będzie za fajerwerk!

            Spiskowcy patrzą na siebie niepewnie. Powoli dociera do nich wyjątkowość chwili. Oto los pozwala im zmienić bieg historii. Wreszcie, po latach upokorzeń, mają szansę spełnić swe pragnienia. Zaspokoić głód marzeń. Dla nich przecież porzucili rodziny i swe środowiska. Dla nich znoszą biedę, głód i wieczny strach. A teraz – świat, jak jabłko zawisł na drzewie okazji. Trzeba tylko wyciągnąć rękę. I zerwać. Nie byliby godni zwać siebie rewolucjonistami, gdyby nie wykorzystali takiej sposobności.

            Natalia widzi, że Andrjej jest wzruszony. To najważniejszy moment jego życia. Życia, które już raz stracił. Po ataku na generał–gubernatora postawiono go przed plutonem egzekucyjnym. Gdy pop odmówił modlitwę, zapytano go o ostatnie życzenie. „Róbcie swoje” – odpowiedział ze złością. Założono mu worek na głowę. Żołnierze zarepetowali karabiny, usłyszał strzał. Wtedy osiwiał. Ale wciąż stał. Żołnierze mieli rozkaz strzelać w powietrze. Car darował mu życie. W drodze łaski został skazany na dożywocie.

            – Tak, tak, tak – ręce uniosły się w górę i zabrzmiały głosy zachwytu. Pod karcącym okiem Andrjeja obalacze starego porządku ściszyli głosy do szeptu. „Tak – mamrotali – zabić cara”, „tak” – wzdychali –  uwolnić lud”, „tak – chrypieli – zbudować nowy, wspaniały świat!...” Natalia patrzyła ze wzruszeniem na ich podniecone twarze, oczy ogarnięte szaleństwem, zniszczone kołnierze surdutów zasypane łupieżem z przetłuszczonych włosów.

            „A więc to są moi nowi bracia – myślała z mieszaniną zachwytu i niepewności. – Mam swoją rodzinę…”

            Czuła się jak na linie. W samym jądrze tajfunu.

            Podobał jej się Czarny, krępy chłopak o twarzy diabła. Było w jego ciele coś, co ją przyciągało. Jakaś dzikość, ruchomość członków, drżenie skóry. Miała ochotę dotknąć go, poczuć mięso, oszaleć. Aż w duszy roześmiała się z siebie.

            „I na pustyni znalazłabym obiekt do westchnień…”.

Amory postanowiła odłożyć na później.

Może na nigdy? Przecież rewolucjonista to trup na urlopie. Wiedziała o tym. Ale nie chciała teraz o tym myśleć.

„Po zabiciu carów wszystko się zmieni” – pocieszyła się. Co? Nie miała pojęcia. Żyła złością. Pamięcią pogromu, w którym zginęła jej babcia. A ona sama… nie, o tym nie chce pamiętać…

– Bracia… – Andrjej podniósł rękę by uciszyć emocje. – Przed nami wiele pracy. Do jesieni musimy zbudować w Warszawie mocną siatkę. Przygotować się na godne powitanie carów…

Cezary Nobel zaśmiał się rubasznie na te słowa. On najlepsze miał pojęcie, co może sprawić pocisk rakietowy odpalony w kierunku karocy przewożącej monarchę.

Wtedy zadzwonił dzwonek u drzwi.

Roześmiany twarze bojowników natychmiast stężały. Kilku odruchowo sięgnęło do kieszeni obciążonej przez rewolwery. Reszta rozejrzała się bezradnie wkoło, szukając dróg ucieczki.

Andrjej skinął na Natalię.

– Wracaj do pokoju – pokazał na sypialnię, skąd niedawno wyszła.

– Panowie – to do współtowarzyszy. – Bawimy się…

Na stole stała butelki wódki, półmisek ze śledziami. W razie czego wszyscy mieli udawać, że świętują dobry interes, jaki odniósł Ormianin w handlu naftą.

– Chodź ze mną – Andrjej wskazał Jurija.

Syn popa zawachał się. Przez twarz przebiegł mu skurcz.

Oczy przywódcy ściemniały.

Sięgnął po pistolet do kieszeni marynarki.

Jurij zbladł. Posłusznie wyszedł do przedpokoju.

Andrjej szedł z tyłu, mierząc w plecy kochanka.

Spiskowcy patrzyli oniemiali. Ktoś westchnął.

Andrjej obejrzał się przez ramię.

– Wesoło – krzyknął. – Pijcie, śmiejcie się… riebjata!...

Ze swego ukrycia, siedząc na twardym, wąskim łóżku z rozkopaną pościelą, Natalia łowiła uchem dźwięki dobiegające z korytarza.

– Kto tam? – zapytał Andrjej głosem rozbawionego, lekko podchmielonego człowieka.

Po krótkiej pauzie z klatki schodowej dobiegły słowa starszego mężczyzny.

– To ja, Andrjeju Pawłowiczu, dozorca. Czynsz zbieram. Zarządca chory…

– Przyjdźcie kiedy indziej, dobry człowieku.

– Nie mogę… Sergiusz Władymirowicz, znaczy się zarządca, głowę mi urwie, jeśli obowiązku nie dopełnię. Zlitujcie się, Andrjeju Pawłowiczu, otwórzcie…

– Pieniędzy nie mam. Zajęty jestem…

– Kiedy ja muszę teraz…

I zdesperowany stróż walnął pięścią w drzwi.

– Wy mi tu nie hałasujcie, bo policję wezwę – zezłościł się Andrjej.

„Potrafi zachować zimną krew” – przebiegło Natalii przez głowę. Poczuła, że dłonie, które zacisnęła na atłasowej torebce ma całe mokre. Wstała, podeszła do okna. Uchyliła je. Zobaczyła, że w bramie wyjściowej stoi żandarm. Patrzy w jej stronę. Szybko się cofnęła.

„Niedobrze…” – zdążyła pomyśleć, gdy od klatki doleciały odgłosy szurania butów. Ktoś jęknął. Ktoś zaklął.

– Otwierać, policja! – rozległ się gardłowy krzyk.

W drzwi załomotało wiele pięści.

– A to co innego… – głos Andrjeja nie tracił nic z tonu rozochoconego młodzieńca. – Panowie dobrze trafili… zabawa na całego…

– Otwierać, bo wyważymy drzwi!

– Ależ oczywiście… – Andrjej grał na zwłokę. – Gdzie ja te klucze podziałem?...

Odbezpieczył rewolwer. Uciekł z katorgi. Nie zamierzał tam wracać.

            Machnął do Jurija bronią, żeby otworzył drzwi.

            Syn popa dotknął klamki ostrożnie, jakby paliła ogniem. Przekręcił klucz w zamku. W tym czasie Andrjej przysunął mu lufę do głowy. Jurij obejrzał się. Zbladł. Poszukał wzrokiem oczu Andrjeja.

            – Andrzejku… – szepnął. – Co ty robisz?...

            Andrjej miał twarz kamienną, jak zbocze Uralu.

            – Kocham cię…

Pociągnął za spust.

Głowa Jurija wybuchła, jak kwiat nasturcji. Szaro czerwona miazga spłynęła po ścianie. Jego ciało opadło na podłogę. Kopał w drgawkach.

Andrjej czuł, jak pękają mu aorty.

„Jestem trupem – pomyślał. – Niedługo się spotkamy…”

            Zaczerpnął powietrza w płuca i wrzasnął:

            – Siostro, uciekaj!...

            Po czym szarpnięciem otworzył drzwi na rozcierz i wypalił w mrok klatki schodowej. Natalia usłyszała okrzyk bólu i odgłosy walki. Ktoś zbiegł po schodach. Znów padł strzał. Jeden, drugi. W brzuchu czuła kamień.

            „Uciekaj, ale jak?... – pomyślała. – Pobożne życzenia…”

Skoczyła do okna. Trzy piętra w dół. Pionowa ściana. Żadnych balkonów. Na dole ubita ziemia. W mieszkaniu rozległy się wołania: „Strzelaj, strzelaj!”. Znów palba pistoletowa. „Moja noga, moja noga!...”, wrzeszczał Ormianin. Ktoś wywrócił stół, pękła rozbijana szyba. Sapania, stękania walczących, przepychających się mężczyzn. Wskoczyła na parapet. Niżej o arszyn biegł gzyms szeroki na trzy cale. Dla zwykłego śmiertelnika ostrze brzytwy. Lecz ona była powietrzną baletnicą. Ściągnęła buty, złapała zębami za paseczki i wyszła w trzypiętrową przepaść z wolnymi rękami. Żandarm stojący w bramie zaalarmowany strzelaniną wbiegł na klatkę schodową. Podwórko było puste. Rozłożyła ręce i przykleiła się do muru. Szukała palcami zagłębień między cegłami. Kapelusz miał małe rondo, nie przeszkadzał, wystarczyło lekko odchylić głowę do tyłu. Powoli sunęła w lewo. Podwórko oficyny nie było zamkniętą pułapką. W jedną stronę otwierało się na plac budowy. Szła tam. Odgłosy walki zwabiły ciekawskich.

            – Niezłe nogi masz, mała – usłyszała z dołu.

            Ktoś się zaśmiał. Ktoś wołał policję.

            „Prawdziwa dama jest sobą w każdej sytuacji” – w jej głowie pojawiły się słowa babci. Pomyślała, że bardzo bolą ją stopy.

            Nie patrzyła w dół na gapiów. Sunęła w kierunku ratunku. Była już blisko węgła, gdy z okna, które opuściła, wyjrzała głowa agenta.

            – Stój – krzyknęła głowa.

            Nie zareagowała. Delikatnie, rytmicznie przesuwała nogi w lewo.

            – Ostanowkie, żieńszczina – wołał mężczyzna o włosach zaczesanych do tyłu i przylepionych brylantyną. – Ja budu strielat!...

            Nie docenił dziewczyny. Sądził, że umiera ze strachu na wysokości. Dał jej czas. Gdy powtarzał swoje groźby, ona dotarła do rogu budynku. Widząc, że traci przewagę, agent wychylił się maksymalnie i pociągnął za spust. Musiał strzelić lewą ręką. Natalia właśnie przekładała nogę za narożnik. Zdążyła się schować. Jednak kula dopędziła ją. I przedziurawiła atłasową torebkę. Natalia poczuła szarpnięcie. Pocisk zawadził o schowany wewnątrz nóż sprężynowy. Dar od Andrjeja.

            „Czy ja naprawdę chciałam rewolucji?... – przeleciało jej przez głowę. – I gdzie można się wypisać?...”

            Za węgłem czekał anioł. Tym razem miał kształt pionowej rury spustowej od rynny. Natalia złapała się jej jedną ręką. Drugą wyjęła buty, które ściskała w zębach. Wypluła nagromadzoną ślinę, a buty rzuciła na dół, na pryzmę piachu. Złapała się rury dwoma rękami i zaczęła opuszczać się w dół. Syczała, kalecząc bose stopy na śrubach, którymi przykręcono rurę do muru. Na drugim piętrze minęła w oknie twarz kucharki. Mimo grozy sytuacji rozbawiły ją wytrzeszczone w zdziwieniu oczy kobiety.

            – Wpadnę na omleta później! – krzyknęła do odrętwiałej kuchty. To był jej sposób na strach.

Zaraz krzyknęła drugi raz. Z przerażenia. Gdy poczuła, że odsuwa się od ściany. Śruby trzymające rurę nie były obliczone na taki ciężar. Zaczęły puszczać. Próbowała złapać się jakiegoś występu, aby przyciągnąć się z powrotem, ale paznokcie tylko rozorały cegłę. Wtedy obrała inną taktykę. Gdy rura łamała się i odlatywała od muru, odepchnęła się od niej. W ten sposób zyskała siłę potrzebną do obrotu. Pamiętała, że pod nią jest pryzma piasku, gdzie rzuciła buty. Leciała tam z zadartą i trzepoczącą suknią. Na szczęście nie było wysoko. Jakieś dziesięć arszynów. Upadła na stok pryzmy bosymi nogami i walnęła całym ciałem w piasek. Do oczu i ust dostały się jej drobne ziarenka. Szybko się poderwała, złapała buty i już biegła przez plac.

            „Archaniele Michale… – błagała w duchu – …ocal Andrjeja…”

            Słyszała za plecami pogoń. Agenci ochrany zorientowali się, że ptaszek wyfrunął z klatki. Dwóch z nich – ten z brylantyną na włosach i jeszcze jeden, w długim płaszczu – wybiegło z mieszkania, gdzie aresztowali spiskowców. Wpadli na podwórko i zobaczyli, że obok jest plac budowy oddzielony od nich wysokim płotem. Po prawej stronie placu stała prawie skończona kamienica. Po lewej rosło kilka drzew. Chwilę trwało zanim przedostali się przez wysoki, drewniany parkan. Podstawili sobie beczkę i zdobyli przeszkodę. Gdy znaleźli się po drugiej stronie, zaraz zaczęli krzyczeć, żeby zatrzymać uciekinierkę. Wymachiwali pistoletami. Obawiali się strzelać, bo na placu było sporo robotników.

Natalia biegła boso, trzymając buty w ręku. Przeskakiwała kałuże błota. Dyszała z wysiłku i strachu. Widziała obojętne twarze robotników. Stali oparci na łopatach, niechętni do działania. Jakiś mężczyzna w kaszkiecie – może brygadier – podskoczył, chciał ją zatrzymać. W ostatniej chwili tuż przed nim zrobiła zwód ciałem, jak zawodnik angielskiej rugby i minęła go z lewej, nie z prawej. Podniosła rękę i puściła wolno atłasową torebkę, trzymając ją tylko za srebrny łańcuszek. Ukryty w torbie stalowy nóż sprężynowy inkrustowany masą perłową trafił brygadzistę między oczy. Mężczyzna krzyknął z bólu i wściekłości. Natalia gnała do przodu. Nie widziała, jak człowiek w kaszkiecie łapie się za twarz i zataczając upada w błoto.

Przebiegła przez bramę prawie skończonego budynku. Dalej stał wysoki płot. Za nim słyszała gwar ulicy. Przerzuciła buty przez ogrodzenie. Podskoczyła i złapała dłońmi za krawędź desek. Podciągnęła się i prześliznęła jak wąż. Wyrwała buty z rąk małego ulicznika w podartej bluzie, który już chciał z nimi bryknąć. Rozejrzała się w prawo, w lewo. Jest wolna dorożka!

Wskoczyła, wołając:

– Na Newski Prospekt!...

Dorożkarz obejrzał się przez ramię i zapytał flegmatycznie.

– Co wam tak śpieszno?...

Natalia położyła się na siedzeniu, żeby nie było jej widać i wyjaśniła gorączkowo.

– Narzeczony mnie goni. Pijany… do bicia się wziął!

– Ot, głupek… – mruknął woźnica. – Przed ślubem…

Natalia powstrzymała się, żeby nie wrzasnąć. Syknęła.

– Jedźcie… człowieku!...

Ale woźnica ani myślał.

– Nie bójcie się, dam ja mu nauczkę. Poczekam tu i do rozumu mu przemówię.

Przy tych słowach zatrząsł wymownie batem.

Natalii chciało się płakać.

– Kiedy on ma rewolwer!... Jedźcie, podwójnie zapłacę!

– A, skoro tak…

Gwizdnął i zaciął konie. I popędził przed siebie, jakby go poborca podatkowy gonił. Szczęśliwa Natalia odetchnęła. Gdy wóz skręcił w przecznicę, rozsiadła się wygodnie i założyła buty na ubłocone stopy.

Gdy dwaj agenci zdobyli płot i wylądowali na chodniku, wóz z Natalią był już daleko. Szpicle rozglądali się bezradnie. Wokół jechało wiele dorożek, powozów i furmanek. Tłumy wędrowały chodnikiem. Po dziewczynie ani śladu. Klęli i tupali. Ich złość obserwował mały ulicznik. Chłopak w podartej bluzie, wysmarowany na twarzy.

– Szukacie dziewczyny, co biega na bosaka? – zapytał.

Wybrylantowany podskoczył do niego.

– Widziałeś ją? Gadaj, gdzie pobiegła?

Ulicznik zdjął poplamiony kaszkiet. Przez chwilę milczał napawając się poczuciem władzy. Wreszcie wyciągnął brudną łapę.

– Tam! – pokazał w przeciwną stronę, niż prawdziwa.

Agenci pobiegli, roztrącając ludzi na chodniku.

Chłopak patrzył za nimi, śmiejąc się w kułak.

 

Oddaj swój głos:
(15)
(>1)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...