Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

PROROCZY SEN

Autor: Helena Kołodziej 9 maja 2013, Kurów

   Przed 1939 rokiem w naszej wsi  były radia lampowe, ale na to mogli pozwolić sobie tylko nauczyciele. W moim domu było radio kryształkowe z długa rozciągniętą anteną i słuchawkami. Z gazet, ojciec prenumerował „Plon”, a ja w szkole „Płomyk”. Czytania tego było niewiele. W wolnych chwilach kobiety z sąsiedztwa spotykały się u nas na pogawędki. Często opowiadały sobie swoje sny. Ojciec, gdy   przypadkiem to słyszał przechodząc, tylko się uśmiechał.  

   Niedługo po wybuchu wojny przyśnił mi się Ojciec w trumnie, która  była wystawiona w półleżącej pozycji, oparta o południową ścianę kościoła w Kurowie. Wokół trumny były portrety polskich patriotów. Te portrety pochodziły z mojej książki do historii, nie pamiętam, z której klasy. Na początku książki była taka kartka z portretami. 

   Obudziłam się przerażona i zaraz poszłam do Ojca, żeby mu opowiedzieć. Tym razem potraktował mnie poważnie, sen kazał mi powtórzyć i z powagą tego słuchał. Ojciec mój nie zdążył być zmobilizowany na wojnę, chociaż na to czekał. Po wejściu okupantów zaczął działać w konspiracji, nawiązał łączność z Warszawą. Pod pozorem handlu, co pewien czas jeździł do stolicy pociągiem, a do nas tez przyjeżdżali ludzie z Warszawy. Najbardziej zapamiętałam pana Piotra Tuchowicza. Nie wiem czy to było prawdziwe nazwisko. Przyjeżdżał rowerem zawsze w niedzielę. Ojciec wtedy gdzieś znikał na pewien czas. Pan Piotr nocował u nas, a rano brał na ramię małe dziecinne krzesełko i szedł do Markuszowa na targ. Tam sprzedawał klej do zaklejania dziur w ubraniach. Byłam kiedyś na targu i widziałam, jak otoczony grupą ludzi reklamował ten klej. Na dziurawej skarpetce naciągniętej na drewnianym grzybku, przylepiony kawałek materiału zaklepywał drewnianym młotkiem. Po tym utargu wracał do nas i odjeżdżał do Warszawy.  

   Po którymś wyjeździe do Warszawy Ojciec nie powrócił. Z przerażeniem oczekiwaliśmy od niego wiadomości. Był wrzesień 1940 roku. Po dwóch tygodniach przyszedł list z Oświęcimia pisany po niemiecku. Mama poszła do Kurowa, gdzie mieszkał Niemiec Urlich. Listy były pisane na specjalnym papierze o szeroko rozstawionych linijkach, tak by było miejsce na napisanie tłumaczenia po polsku. Wolno było napisać dwa listy w miesiącu do domu i do obozu też dwa tylko po niemiecku. Urlich listy pisał i tłumaczył, ale pomóc nie próbował. Mówił , że to ciężkie więzienie i  trudno z niego wyjść.    

   W ostatnim liście Ojciec pisał: „ całuję swoje dzieci, które bardzo kochałem” – to brzmiało jak przeszłość. Pewnie wiedział, że jest już źle i na pewno wspomniał opowiedziany przeze mnie sen. To była pierwsza łapanka z Warszawy, a w obozie stał się numerem 4988 i mieszkał w bloku nr 2. Niemcy wszystkie formalności załatwili. Przyszedł telegram o śmierci. Wezwali mamę do Warszawy i  wydali świadectwo zgonu, w którym pisało, że zmarł na serce, i który doktor go leczył (niestety świadectwo gdzieś zaginęło). Przysłali też ubranie, w którym w obozie nie chodził, bo koszula była już mocno znoszona, ale nie zabrudzona i w paru praniach by się podarła. Na nogach miał skórzane kamasze, a ich skórzana podeszwa była zdarta i bardzo cienka. Normalnie, to długo można było chodzić  w takich butach, a tu w przeciągu trzech miesięcy tak zdarte zostały na żwirze. W tym czasie zabijali zastrzykami fenolu w serce.

   Po wojnie pojechałam do Oświęcimia. Obóz już był uporządkowany, mieli tylko rozmontować drugi blok. Miał być międzynarodowy. Byłam drugi raz i jeszcze nic nie zrobili. Po Ojcu niewiele pozostało wiadomości, bo to były początki. Każdemu więźniowi roboli zdjęcia gdyby chciał uciec, ale Ojca zdjęć nie było. Opowiadali, że dużo zdjęć zostało nieświadomie zniszczonych. Jakaś kobieta z  pobliża Oświęcimia, która straciła męża w obozie, przychodziła i zbierała nieświadomie klisze ze zdjęciami, żeby je przemalować i robić z nich dziecinne wiatraczki na sprzedaż. A zdjęć swego męża też nie miała, być może nieświadomie sama je zniszczyła.       

   Dyrektorem  obozu był pan Kazimierz Smoleń. Był dla mnie bardzo dobry. Informował mnie gdy coś udało się odnaleźć i przysyłał mi za zaliczeniem pocztowym książki o obozie pisane przez więźniów, którzy przeżyli. Ja w dowód wdzięczności wysłałam mu swój wiersz o Ojcu. Odpisał mi, że złożył go w archiwum obozowym. W międzyczasie powiadomili mnie, że Ojciec został pośmiertnie odznaczony Medalem Oświęcimskim. Osobiście po niego pojechałam do Warszawy. W tym czasie miała miejsce awaria w Czarnobylu i bardzo źle się czułam. Pojechałam na Żoliborz i zabrakło mi sił żeby obejrzeć wszystko w kościele. 

   Należałam do poszkodowanych przez Trzecią Rzeszę i parę lat płaciłam składki, ale nic nam się nie należało. 

Byłam najstarsza i od 16 roku życia zajmowałam się gospodarstwem. Nakazy na  kontygent przychodziły na nazwisko nieżyjącego ojca, a ja z młodszym bratem oddawaliśmy zboże i żywiec. Jest  też siostra, która nie pamięta rodziców, bo jeszcze nie miała dwóch lat, jak złapali Ojca, a za kilka  miesięcy umarła Mama. Dla nikogo z nas nie było prawa do odszkodowania. Długo leżały kwity za zboże zabrane przez Niemców.

Oddaj swój głos:
(12)
(>1)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...