Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Mirosław Osowski - Bal mistrzów sportu (fragment powieści „Nowe czasy”)

Autor: Mirosław Osowski 14 maja 2013, Stalowa Wola

Prezes Garbaty dwoił się i troił, osobiście doglądał przygotowań. „Pańskie oko konia tuczy”, mówił do siebie. Niczego nie wolno zaniedbać ani zlekceważyć! W „Stalowniku Gościnnym” siedział już od rana i nadzorował wszystko: jakość zakąsek, potraw i napitków. Każdej potrawy próbował osobiście. „Bal to bal!”

  • No, wspaniale, wspaniale! – zachwalał co chwilę degustowane potrawy. A że był wielkim smakoszem, to się na tym wielce znał. Czyż nie prowadził w „Drużynie” rubryki „Gotuj z nami”? A jakże! I podpisywał ją „Ferdynand Bigos”.

 Garbaty uwielbiał przyjęcia i towarzystwo. To najlepszy sposób zdobywania dla gazety sponsorów. Plebiscyt w istocie był tylko pretekstem. Bo na balu sportowców zawsze gościły najważniejsze osoby, czyli tzw. elita miasta: prezydenci, prezesi i dyrektorzy. Ostatnio także miedzianowolscy biznesmeni, liczący na bliskie kontakty z władzami. Bo to przecież rączka rączkę myje. Bale sportowców to tylko pretekst do nawiązywania kontaktów i więzi, przeliczanych na gotówkę. Dobrze to rozumiał Kłosek, były przewodniczący rady, zamieszany zresztą w przekręty bankowe, gdyż świadomie poręczył kredyt złodziejowi, który zwinął interes i uciekł przed wierzycielami za granicę. Kłosek, aby znaleźć się na balu, dał nawet dwanaście milionów.

   Garbaty spodziewał się, że i tym razem sponsorzy go nie zawiodą, i dotrą na bal wszyscy bez wyjątku. Miał zresztą kilka spraw, które zamierzał przy wódce z nimi załatwić.

 

    Garbaty ubrany w ciemny garnitur, w białej koszuli i w krawacie stał pod drzwiami, czekając na swoich gości. Zerknął jeszcze przez otwarte drzwi gospodarskim okiem na salę, aby nacieszyć się widokiem jadła i napitków. „Wspaniałe, wspaniałe!” Mlasnął jęzorem po grubych, wywiniętych wargach.

   Stół biesiadny ustawiony w podkowę, obok złożono przywiezione prezenty dla dziesięciu najlepszych sportowców Miedzianej Woli. Wszystko jest o´key! Na jego twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia. Znów będzie komitywa! Dwa dni temu przygotował starannie scenariusz imprezy. Siedział nad nim cały wieczór. Miał go w swojej teczce, która leżała na stoliku.

   Spojrzał na szerokie schody, czy nikt przypadkiem nie idzie. Właśnie szedł. Dostrzegł z daleka Żegotę. Garbaty uśmiechnął się i nisko się kłaniał.

  • Witamy serdecznie! - powiedział całując delikatną rączkę Żegociny.
  • Co tam słychać? – zapytał totumfacko Żegota.
  • Wszystko idzie dobrze, prezydencie – odparł Garbaty. – Jak po maśle.
  • To cieszę się. Bo myślałem, że gorzej! – uśmiechnął się, puszczając perskie oko.
  • Prosimy na salę! – Garbaty wskazał ręką miejsce prezydenta i prezydentowej.

 Ledwie odprowadził Żegotów, a już pojawili się Kurdeszowie. Tym razem Garbaty był jeszcze bardziej wylewny i uprzejmy. Kłaniał się prawie do stóp. Uściski, całowania, dusery. I znów prowadził do olbrzymiego stołu pełnego przysmaków.

 Kiedy najważniejsze osobistości życia miedzianowolskiego zasiadły przy stole, resztę obowiązków zostawił Dupisowi, który pełnił rolę gospodarza przy wejściu, przyjmując spóźnionych gości i wskazując ich miejsca. Wreszcie wskazówki zegara stanęły na dwudziestej. Garbaty wstał i rozpoczął część oficjalną.

  • Witam wszystkich drogich gości: miedzianowolskich sportowców laureatów naszego plebiscytu i sponsorów, a szczególnie witam prezesa Stalowni doktora inżyniera Kurdesza wraz z małżonką... – mówił podniosłym głosem jak ksiądz na odpuście do tłumu wiernych.

Żegota się lekko zarumienił. Od razu poczuł, że to nie jest tak, jak być powinno. Zdawało mu się, że ktoś uderzył go w policzek. To zwykły afront Garbatego. W końcu to on jest tu pierwszą osobą i gospodarzem miasta. Milczał wściekły na to, co się wokół niego działo. Ale Garbaty nawet się nie zająknął i nie zamierzał niczego naprawiać.

  • A teraz proszę o wręczenie przez sponsorów upominków dla najlepszych sportowców w mieście. Pierwsze miejsce i główną nagrodę otrzymuje Waldemar Zielony, podpora naszej miedzianowolskiej drużyny piłkarskiej, która wywalczyła wejście do pierwszej ligi. Proszę o jej wręczenie prezesa doktora inżyniera Kurdesza.

Żegota wściekł się na całego. Mój prezent wręcza Kurdesz? Z jakiej racji, do jasnej cholery? Miał już ochotę natychmiast opuścić tę imprezę. Wstrzymał się jednak ze względu na syna, również laureata plebiscytu. Starał się też pohamować swoje emocje. Ale jutro rozprawi się osobiście z tym sukinsynem Garbatym. Tak przecież nie może być! I do końca balu siedział Żegota bez humoru.

 Zagrała muzyka. Rozpoczął się prawdziwy bal. Teraz Garbaty poszedł w ruch. Musiał z każdym wypić kielicha, z każdym pogadać, każdego poklepać. Był w swoim żywiole. Teraz wszyscy byli u jego stóp. To on był tu prawdziwym gospodarzem. Chodził po całej sali roześmiany od ucha do ucha. Wszystkim gratulował wysokiego miejsca i nagrody. Wznosił toasty. Przepijał z tym i tamtym sponsorem brudzia.

Żegota udawał, że też się bawi, choć wcale tak nie było. Od czasu do czasu pogadał z Kurdeszem i sportowcami. Pomijał jednak Garbatego. Cieszył się tylko, że jego syn, Tomasz, znalazł się w gronie najlepszych. Dlatego powstrzymywał się z trudem. Ale nie wypadało mu odpowiadać na arogancję arogancją. Przynajmniej tutaj, na sali. Cały czas jednak myślał o spotkaniu z Garbatym. Chciał koniecznie omówić z nim dalszą współpracę. I powiedzieć wszystko to, co myśli o imprezie. Bo ta historia z prezentami powtarza się niestety po raz drugi lub trzeci. Nagrody ufundowane przez miasto wręcza Kurdesz. Jakim prawem? Tak dalej być nie może. Widać Garbaty lekceważy ojców miasta. Nie wolno do tego dopuścić. Bo jeśli uda, że niczego nie dostrzega, Garbaty będzie robił to nadal. Znał dobrze jego bezczelność i arogancję.

 

 Garbaty był trochę zmęczony wczorajszym balem i siedział w swoim pokoju przeglądając papiery i co chwilę sięgając po wodę mineralną i filiżankę z kawą. Leczył się po wczorajszych emocjach. Ale kac nadal nie ustępował.

  • Panie prezesie, telefon. – Usłyszał głos Teresy, sekretarki.

 Garbaty podniósł wolno słuchawkę.

  • Żegota... – Głos prezydenta brzmiał mało sympatycznie. - Chciałem wymienić z prezesem parę zdań.
  • Zapraszam – powiedział spokojnie Garbaty, spoglądając na leżące na biurku papiery. Nie wiedział, co chciał od niego Żegota. Przecież wczoraj mogli ze sobą nagadać się do woli. A on dzisiaj, i to po balu?... Cóż do cholery mogło się zdarzyć? Może chce dać pieniądze na nową książkę? A może na reklamę?
  • Czym mogę prezydenta poczęstować? Kawą, herbatą?... – zaproponował gościnnie i uprzejmie, odkładając na bok rozłożone na biurku szpargały.
  • Zostawmy na razie te sprawy, bo nie mam czasu na siedzenie w redakcji. Mam pilniejsze sprawy. – Żegota mówił wyraźnie rozdrażniony.
  • Co tam ciekawego? – zapytał z głupia frant, aby zacząć rozmowę.
  • Słuchaj, Garbaty! – ton Żegoty nie zwiastował niczego dobrego. - Nie podoba mi się to, co robisz... Powiedz no, dlaczego dajesz mi do wręczania sportowcom cudze, marne prezenty, gdy zarząd miasta zafundował najlepszemu sportowcowi telewizor za dwa tysiące złotych. Dlaczego nasze nagrody przekazuje Kurdesz? Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?... Niedługo pewnie zechcesz, abym dawał sportowcom hantle, co?
  • Chwileczkę, chwileczkę, prezydent!
  • Co znaczy chwileczkę?... Odpowiadaj na moje pytania! I to już!
  • Nikt tego nie zrobił celowo. To pewnie jakaś pomyłka.
  • Pomyłka?... Który to już raz?... Gdyby zdarzyło się to pierwszy, machnąłbym ręką... Ale ten proceder trwa już odkąd jestem prezydentem... Dzwonisz do mnie, upewniasz się, co kupiliśmy, lub co zamierzamy kupić, a potem robisz z tym, co zechcesz. Co to, kurwa, znaczy?
  • To jakieś przeoczenie.
  • Gówno mnie to obchodzi.
  • Zaraz, zaraz... W taki sposób, prezydent, kurwa, nie będę rozmawiać.

Żegota naprawdę się wściekł.

  • Słuchaj, grubasie! – Żegota  chwycił Garbatego za kołnierz. – Uważaj, uważaj! Bo popamiętasz na zawsze, kim jestem. I choć nie byłem bokserem, to jednak sportowcem. Inaczej jak ty! Gnoju!...

 Garbaty autentycznie wystraszył się, gdy Żegota potrząsnął nim i pchnął na krzesło. Ten dawny piłkarz miał blisko sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu.

  • To jest zwykła napaść! - krzyknął. – Jeżeli prezydent nie opuści natychmiast mego gabinetu, zaraz wezwę policję!
  • Dzwoń, chuju!

Żegota wychodząc trzasnął drzwiami.

  • Teresa! - Garbaty był cały roztrzęsiony. – Połącz mnie natychmiast z prokuratorem... Ja mu tego, kurwa, nie podaruję... Zawołaj też Arnolda Tłustego.
  • Siadaj! – powiedział przytłumionym głosem. – Napiszesz notatkę do jutrzejszego numeru, że prezydent Żegota napadł i znieważył fizycznie prezesa Wydawnictwa „Drużyna” w jego gabinecie i że pokrzywdzony prezes Garbaty oddał sprawę do prokuratora.

 


Przesyłam  fragment mojej niewydanej jeszcze powieści “Nowe czasy”.

Mirosław Osowski

Oddaj swój głos:
(10)
(>2)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...