Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Sprzedany spadek czyli wakacje niekoniecznie z duchami cz.2.

Autor: Anna Ciupińska 10 października 2013, Piechowice

cz.2. Anna Ciupińska

Gdzieś daleko dał się słyszeć pomruk nadchodzącej burzy. Jednak. Pognała w podskokach do źródełka, umyła się, głównie włosy i z mokrym warkoczem wskoczyła do samochodu. Jakieś zapasy przydadzą się skoro ma tu jeszcze zostać kilka dni… 

Zmrok zapadał szybciej niż zwykle, duszno było, że skórę by zdjąć. Wanna pełna ciepłej wody tylko czekała, ale Agata bała się, że jak tylko do niej wejdzie, burza rozpęta się na dobre, a miała ochotę podelektować się kąpielą. Tymczasem musiała zadowolić się moczeniem nóg w źródełku i płoszeniem żab. Koty za to przepadły i nie pokazały więcej.

Niebo gwałtownie pojaśniało przecięte szaloną, złotą błyskawicą o wielu odnóżach. Grzmot wstrząsnął powietrzem jakby ziemia pękała na dwoje, jakby milion prześcieradeł rozdarto w tym samym czasie, a za chwilę rąbnęło tak potężnie, że Agata podskoczyła, co najmniej metr w górę. Przynajmniej takie miała wrażenie.  Echo zaś z upodobaniem powtarzało łomot jeszcze przez długą chwilę, a może to były tylko słabsze grzmoty. Tego Agata nie wiedziała, ale przezornie wyjęła nogi z wody i wsiadła do terenówki. Uchyliła okna, bezkarnie podziwiając piękno rozszalałej już na dobre burzy. Trawa miotana silnymi podmuchami kładła się na ziemi. Suche konary drzewek jak papierowe samolociki szybowały w gęstym powietrzu na tyle wysoko, iż nie zagrażały terenówce.  Przerażony ptak, miotany porywami szalonego wichru, nie był w stanie wrócić do gniazda. Łupnęło nim o dach, z którego z rozłożonymi skrzydłami zsunął się bez życia i legł pod ławeczką. Jeszcze przez chwilę widziała w gęstniejącym mroku jego do góry uniesione łapki. Przy akompaniamencie kolejnego grzmotu wyprysnęła z samochodu i w trzech skokach dopadła rannego biedaka. Wróciła cała mokra, a nie było jej tylko kilka sekund.  Ułożyła pieczołowicie szpaczka na dyżurnym swetrze i głaszcząc uspokajająco, odsunęła maksymalnie fotel, odchylając jednocześnie siedzenie. Leżąc sobie jak hrabina, tuląc mokrego, przerażonego ptaka, wdychała świeże ozonowe powietrze.  Zauroczona szaleństwem burzy, ulewy walącej kroplami deszczu tak wielkimi, że odskakiwały od ziemi wraz z kawałkami trawy, zupełnie zatracona w przedstawieniu, jakie zafundowała jej natura, nie zauważyła nawet, że tuż za jej plecami zaparkowała bliźniacza terenówka…

 

Wacław pędził, co koń wyskoczy. Przez pół Polski goniła go wściekła, szalona, nieposkromiona burza. Raz ona była szybsza, raz on. Patrząc na jego rozemocjonowaną twarz, można by nawet sądzić, iż stan jego ducha był adekwatny do rozszalałej natury. Gdybyż tylko uciekał przed burzą, jednak ci, co go ścigali byli dużo bardziej niebezpieczni. Jednak w zaistniałej sytuacji nie mieli żadnych szans. Znał ten rodzaj ludzi. Wykazują się niezwykłą odwagą w terenie zabudowanym. Tam gdzie można ukryć się za jakimś krzakiem, wleźć na drzewo, bądź przekupić sąsiada. Zawsze gotowi do strzału, za który będzie można kupić, co najmniej autko, rozwydrzonemu bachorowi. Ale nie po to kupił chałupę aż na Dolnym Śląsku, by dać się złapać. Co to to nie. Pędząc jak wicher na pozór zdezelowaną terenówką, nawet nie oglądał się za siebie. Wiedział, że jedna pogoń ustała jakiś czas temu tuż za Warszawą, a druga, dużo groźniejsza, gdzieś w okolicy Wrocławia. Jednak teraz, wiał głównie przed nawałnicą. 

Z racji wykonywanego zawodu, Wacław był osobą publiczną. Młody, przystojny, niegłupi, miał dar do pieniędzy. Właśnie nie dalej, jak przedwczoraj odebrał bardzo prestiżową nagrodę z dziedziny literatury. Wawrzyn Kursywy był międzynarodową nagrodą literacką, sowicie wynagradzaną. Nagrodę ową przyznawano raz na pięć lat. Konkurencja ostra, ale tym większy prestiż. Wygraną zarówno zdobywca Wawrzynu jak i przegrani zwyczajowo oblewali w kasynie. Tak było i teraz, kiedy rozochocony dobrą passą Wacław postawił całą nagrodę… a dlaczegóż by nie? Przy pierwszym stoliku obstawił czarne, przy kolejnym, jedenastkę. Ta kombinacja miała zapewnić pomyślność. Zresztą zawsze zapewniała, tyle, że bywał tu rzadko i stawiał drobne kwoty, wystarczające na zaspokojenie chciwych, plastikowych panienek, którymi się otaczał, kiedy nie pracował. A, że pracował dużo, toteż niewiele tracił. Natomiast to, co zyskiwał, chwilowo starczało na zaspokojenie podstawowych potrzeb takiego jak on mężczyzny. I jeszcze trochę zostawało. Niestety, coraz częściej ten młody jeszcze mężczyzna był zniesmaczony sam sobą. W uszach coraz częściej słyszał głos ojca:

-Nie tak cię chowaliśmy synu. Nie tak - A on coraz częściej przyznawał mu rację i niby chciał zmienić swe dotychczasowe życie, ale tak chciał, jakby nie chciał. Postanawiał, że od jutra, od następnego jutra i jeszcze od następnego. Mijały lata, zapukała czterdziestka a on niczego nie zmienił. Teraz jednak, kiedy pędził przez dziurawe i wyboiste drogi Dolnego Śląska, kiedy goniła za nim już tylko wściekła burza, zatęsknił za czymś innym. Ciepłym, puchatym i pachnącym. Wacuś - rzekł sam do siebie- ty chłopie koc sobie kup. Jak raz ciepły, puchaty i pachnący, bo nowy. Pękając ze śmiechu rzucił wzrokiem w lusterko i zmartwiał. Więc jednak, mają go…

W sali kasyna zapadła cisza. Gracze zastygli z kieliszkami w dłoniach, tylko ich oczy żyły śledząc grzechoczące kulki. Te podskakiwały sobie wesoło nieświadome zupełnie, napięcia panującego w sali. Zielony coraz bardziej krupier, dziwnym zrządzeniem losu, przewidując bardzo bliską przyszłość, przechodził w agonalną biel. Zimny pot zrosił mu czoło. Wiedział, że była to ostatnia noc jego życia. Zapomniał, zapomniał, na śmierć zapomniał. Na śmierć, to prawda. Zlodowaciałymi nagle rękami nie mógł wykonać żadnego ruchu. Jedna z kulka wskoczyła na czarne pole...Za chwilę, druga zatrzymała się na jedenastce. W Sali zapanowało poruszenie, a tłum wokół szczęśliwych stolików gęstniał z każdą chwilą. Nie tracąc zimnej krwi, Wacław błyskawicznie zgarnął żetony w papierową torbę, nie wiedział czyją, ale leżącą obok stołu. Przez mgnienie oka wydawało mu się, iż pusta to ona nie była. Jednak nie było czasu na dochodzenie. Runął w drzwi nie zważając na osłupiałych gości. W mgnieniu oka załatwił, co trzeba, tym razem upychając w reklamówce, piękne równiutkie paczuszki. Omiótł jeszcze wzrokiem pomieszczanie, na ułamek sekundy zatrzymując oczy na rozpartym w fotelu, bezczelnym, pewnym siebie, palącym cygaro, gościu w kapeluszu. Gość nie odezwał się ani jednym słowem, za to patrzył z pobłażliwością na Wacława. Jednak w jego wzroku, mężczyzna, oprócz pobłażliwości dostrzegł wyraźne ostrzeżenie. Zmartwiał. Teraz miał stuprocentową pewność. To był jego szef…  Nareszcie, wszystko miał jak na dłoni. Nie miał już żadnych wątpliwości, że szef Wydziału Przestępstw Gospodarczych jest właścicielem nielegalnego kasyna. Dawno to podejrzewał . Skrzyżowali spojrzenia ziejące wzajemną nienawiścią. Mam cię! Mówił wzrok zarówno jednego jak i drugiego. Słowa już były zbędne. Jeśli to było to, czego się domyślał, biada mu. Z niezwykłą zwinnością Wacław wycofał się i runął do terenówki w ekspresowym tempie próbując wyjechać z parkingu. Nie wiadomo skąd, niczym stado karaluchów obsiedli go paparazzi. Skąd oni się tu wzięli, tylko ich jeszcze brakowało. Co tu się do cholery dzieje? Z wizgiem opon i palcem na klaksonie wyjechał przed siebie prosto w ciemność burzliwej nocy. To już koniec, pomyślał, jestem spalony. Przynajmniej ty nie zawodzisz i pogłaskał czule deskę rozdzielczą, tam deskę, pulpit sterowniczy zgoła.

 Mając wcześniej jakieś niejasne przeczucie, oddał terenówkę znajomemu samochodziarzowi z dokładnymi instrukcjami, co do zmian, jakich należy dokonać. Znajomy pan Witek spisał się na medal. Silnik Volvo w wersji Lux, chodził jak złoto. Inne gadżety też, chociażby jak kamerki, specjalnie ukryte w lusterkach, by widziały więcej niż zwykłe, czy specjalne siedzenia, nie wspominając o tablicach rejestracyjnych. A komputera pokładowego nie powstydziłby się najnowszej generacji samolot wojskowy.  Kosztowało to fortunę, ale warto było. Teraz gnał jak wicher, jakby go sam szatan gonił. Dopiero przed Gryfowem zwolnił, zatrzymując na parkingu przed sklepem. Błyskawicznie dotknął zielony sensor i tablice rejestracyjne zmieniły się na lokalne. Oblewając samochód specjalnym płynem, zachwycony patrzył jak jego samochód zmienia się niczym kameleon. Wcześniej nie wierzył, że coś takiego jest możliwe, teraz stał zszokowany podziwiając swoje dzieło. Kolor karoserii zaczął się zmieniać niepostrzeżenie. Wcześniej na popielatym tle były żółte i zielono-brązowe łaty. Teraz kolory bladły powlekając się jednolitym czekoladowym brązem. Ach, ten Witek. Geniusz. Wacław sceptycznie patrzył na niewielkie puszki z rozpylaczem, upchnięte w bagażniku sądząc, że kolega wciska mu jakiś kit. Teraz byłby go ucałował za przezorność. Tfu, bez przesady Wacuś z tymi czułościami, mitygował się, parskając cicho. Zdaje się, że wykonując usługi dla poszczególnych dygnitarzy, Witek był istną skarbnicą wiedzy…, ale też on, jak nikt, umiał z ludźmi rozmawiać. W zasadzie sami mu wszystko mówili. Tak to już jest, nadmiar tajemnic ciąży, a i chęć zaimponowania, jest nie bez znaczenia. Szczególnie jak się popełnia podstawowy błąd i uważa, że wszyscy są głupsi od niego. Widać Wacława lubił i szanował, bo jak sięgnąć pamięcią, zawsze robił dla niego więcej niż należało. Tak, zdecydowanie Witkowi mógł wierzyć. Taki biały kruk dzisiejszych czasów. Dyskretny, uczynny, pracowity, czysty, wesoły i uczciwy. Świetny kumpel, choć nie nachalny w przyjaźni.

Tymczasem zupełnie zmieniwszy design, zarówno samochodu jak i swój, utykając na lewą nogę i szarpiąc sztuczną brodę, wszedł do sklepu.

Wózek zgrzytał pod ciężarem zakupów a z nieba zaczęły leciały już na dobre, grube krople deszczu. Waliły o blachę samochodu, jak młoty. Odbijały się, dzieliły na dziesiątki mniejszych opryskując wszystko wokół. Na horyzoncie szalały błyskawice, słychać też było dalekie grzmoty. Byle jak wrzucił zakupy do bagażnika i szybko wskoczył za kierownicę. Wklepał w komputer adres posesji i już, już miał ruszać, kiedy auto miauknęło ostrzegawczo, dodatkowo pulsując żółcią. Zobaczył na wyświetlaczu znajome numery. W jego samochodzie jasne szyby z zewnątrz, ciemne w środku, skutecznie uniemożliwiały inwigilację wnętrza. Mało, one je wręcz fałszowały. Ot, taki nowoczesny bajer. Pogratulował sobie przezorności. Zniknął goniącym na dobre w okolicy Wrocławia, gdzie na autostradzie, tuż przy zjeździe w kierunku Jeleniej Góry, dotknął czerwonego napisu „puff”. Autko nabrało przyspieszenia, zrobiło dokładnie puff gdzieś tam z tyłu i za Wacławem delikatnie i niezauważalnie rozprzestrzeniała się mgła, najpierw niczym chmurka, potem gęsta i biała identyczna z naturalną, mleko, można by rzec. Ten efekt dał mu zdecydowaną przewagę. Skręcił z autostrady i pognał przed siebie. Jechał drogami, po których oni nie są w stanie się poruszać. Jego adresu w Olszynie też nikt nie zna. Raczej macają na oślep, niż są pewni. Mogą też podejrzewać, że zechce przekroczyć granicę, ale tymczasem jest bezpieczny. I ma czas. Mnóstwo czasu. Nareszcie. Wyłączył i zabezpieczył telefon oraz karty płatnicze. Prosty sposób a skuteczny. Wiedza nabyta od Witka okazała się nieoceniona. Wystarczy trochę plasteliny… Nie namierzą go, bez obaw. Łatwo skóry nie sprzeda. Musi tylko działać bardzo ostrożnie i dobrze zastanowić, co dalej. Tymczasem nawigacja głosem policjantki informowała:

- Za osiemset metrów skręć w lewo - posłusznie skręcił - jedź prosto. Zawróć, jeśli to możliwe! Sama sobie zwróć torbo, klął pod nosem. Skołowany długą jazdą, zmęczony do granic zamiast w lewo, skręcił w prawo. Dokładnie, tuż przed nosem ścigających.  Klawisz pulsował wściekle, wydając ostrzegawcze pomruki, a on wszystkimi siłami starał się utrzymać dystans. Radio natychmiast zaczęło się przestrajać na inną częstotliwość. Usłyszał głosy. Zbladł. Sprawa wyglądała na poważniejszą, niż sądził. Pomyślał, że jeśli nawet przeżyje i napisze jakąkolwiek książkę, nie odważy się jej wydać… Tymczasem skulił się w sobie widząc jak to z tyłu, równa się z nim. Wiedział, jakie ma szyby i jakie dają złudzenie, ale jednak strach przed śmiercią wziął górę. Jeśli będą chcieli zgładza go bez mrugnięcia okiem, a potem w gazetach ukażą się nagłówki: Pisarz Wacław X. Laureat prestiżowej nagrody o Wawrzyn Kursywy 2012. Znany playboy zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.  Krople zimnego potu, spływały po skroniach, łącząc się w rzekę na szyi i spływając niżej moczyły koszulę. Nie miał, dokąd uciekać, po obu stronach drogi ciągnęły się pola i rowy. Niebo grzmiało i płakało rzewnymi łzami, kiedy policjantka w nawigacji uporczywie wzywała do zawrócenia. Klawisz dalej pulsował jak wściekły. Za kilka kilometrów Lubań. Jeśli oczywiście dojedzie żywy…

Wtem upiorne babsko poinformowało:

-Za dwieście metrów Stacja Paliw. Skręć w lewo. Zdębiał, jaka stacja paliw, od kiedy to nawigacja troszczy się o stan paliwa? Myślał zszokowany - jego widać, myślała. Nie mógł być niegrzeczny. Przyspieszył delikatnie i bez problemu zawrócił wjeżdżając na stację. Tymczasem jego prześladowcy pojechali dalej, prując w stronę granicy z Niemcami. Do Zgorzelca. Prawdopodobnie nie mieli pojęcia, kto jechał tak blisko. Mężczyzna odetchnął z ulgą, dotknął sensora z literą „g” i bez żadnych już przeszkód dotarł do celu. Samochód sprawował się jak marzenie. W zasadzie należało go tylko wspomagać w działaniach. Jeden impuls w odpowiednim punkcie powodował, iż komputer pokładowy podejmował właściwe decyzje. Bardziej z ostrożności niż strachu dotknął lampki „sprawdzaj” Temperatura, warunki, rodzaj nawierzchni, wszystko to w mgnieniu oka wyświetliło się na ekranie. I dziwne dodatkowe informacje też. Znów spięty, czujny, niczym żbik na polowaniu, podał półgłosem odpowiednią komendę. Na hasło „czuwaj” zostały wygaszone światła i uruchomiony autopilot. Bez jednego szmeru, czekoladowa terenówka wsunęła się przez otwartą bramę i zatrzymała tuż przy tylnim zderzaku równie czekoladowej terenówki. Kolor, numery, identyfikacja właściciela, łącznie z datą urodzenia i wykształceniem i kilkoma jeszcze przydatnymi informacjami. W mgnieniu oka wszystko jak na dłoni. Tyle, że coś nie grało do końca. Albo zawodził system, albo w terenówce było coś nie tak. Postanowił sprawdzić. Burza osiągnęła właśnie apogeum, kiedy eleganckim trzewikiem dotykał mokrego stopnia samochodu. Zaklął cicho cofając nogę. Bez zbędnych ceregieli pozbywał się kolejnych warstw ubrania, wyhamował dopiero przy spodenkach, machnął na nie ręką, „Piotr & Piotr” do wody w końcu przywykły. Nie zważając na strugi wody zalewające mu oczy, ślizgając w mokrej trawie, skradał się, próbując zajrzeć przez tylnią szybę bliźniaczej terenówki. Niestety lejące, niczym z cebra strugi wody, uniemożliwiały jakiekolwiek podglądanie.  Podkradł się jeszcze bliżej, próbując zajrzeć tym razem przez boczną szybę, tu niewiele lepiej. Jedyne, co dostrzegł, to jakąś jasną zmazę, na tle której, tkwiło coś ciemniejszego. I tyle. Stał zrezygnowany, ociekający wodą, wgapiając się z natężeniem we wnętrze samochodu, tymczasem strumyk, utorował sobie drogę poprzez trawy i rwał teraz miedzy jego nogami jak szybki, górski potok. Czuł stopami siłę wody spływającej ze zbocza. Pioruny waliły coraz bliżej a i błyskawice jakby bliższe i jaśniejsze były. Cofnął się do swojego samochodu, pogmerał w schowku i z latarką w ręku, zakradł się ponownie do auta. Zapalił latarkę, dokładnie w momencie, kiedy cała seria błyskawic rozświetliła niebo. Zrobiło się jasno jak za dnia. Zbliżając twarz do przedniej szyby, wyglądał jakby zamiast włosów, miał ogromną świetlistą perukę. Nagle niebo rozdarło milion świetlnych zygzaków wijących się po niebiosach niczym świetliste węże ziejące ogniem piekielnym, po czym piorun jaśnisty łupnął tuż za plecami Wacława z takim hukiem, że latarka wypadła mu z rąk prosto do topieli, a on sam wyrzucony jakąś niewidzialną siłą w powietrze, wylądował na masce terenówki. Gruchnął jak wór kartofli, robiąc nie mniejszy łomot niż burza i szorując twarzą po całej szybie przy akompaniamencie ssania. Darł się jak opętany, myśli niczym błyskawice szalały w jego głowie. Zamach, on już nie żyje. Piekło i szatani. Amen. Wewnątrz samochodu coś czarnego chlastało o szybę a jakaś dusza potępiona darła się nie mniej od niego, tylko, widać przyduszana jeszcze była, bo wrzask jakby z zamkniętego pomieszczenia dochodził. Widać tu komnaty kaźni też mają. Ogień buchał wszędzie, czuł gadanie palonych drew, kilka nawet iskier przypiekło mu plecy… Matuchno moja, ratuj mnie biednego, jeszcze chwila i popiół po mnie tylko zostanie. Wyrok, bez sądu? Ratunkuuuuuuuuu.

Piękna smutna brzoza dopalała się i tylko spopielone listki fruwały w powietrzu, kiedy Wacław słysząc duszę cierpiącą piekielne męki, nabierał świeżego powietrza. Zdziwiony, że nie czuje na sobie ognia piekielnego, wrzeszczał, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Ostatecznie odessał twarz od szyby. Policzek bolał go jakby nim po kamieniach szorował. Badając ogrom zniszczeń na twarzy odwrócił się i skamieniał… Otóż brzoza rosnąca ze trzydzieści metrów od samochodów, została złamana wpół jak zapałka i doszczętnie spalona. Tylko resztki pnia bieliły się żałośnie wśród poczerniałych traw. Złamany swoim strachem i głupotą przysiadł na stopniu cudzego samochodu z ulgą opierając plecy o drzwi. Łokcie oparł na kolanach a zbolałą twarz schował w dłoniach. Musi, koniecznie musi, spokojnie pomyśleć. Mało na zawał nie zszedł… Tylko, dlaczego cały czas słyszy ten przerażony, budzący grozę i wywołujący ciarki na krzyżu wrzask i jakieś szamotanie?  Już chciał się uszczypnąć, by upewnić, że żyje, kiedy drzwi samochodu, na którego stopniu siedział otwarły się gwałtownie. Jego plecy przeszył piorunujący ból, klamka boleśnie walnęła w ciemię a stopy w śliskiej i mokrej trawie pojechały przed siebie. Runął tyłkiem prosto w rzeczkę i pięknym ślizgiem leciał z prądem jeszcze kilka metrów. Gatki bardzo znanej firmy miały już tylko tył, ciekawe gdzie podział się przód? I gdyby nie to, że jego własne klejnoty, niezwyczajne, na co dzień do takiej wolności, zaczęły ziębnąć, nigdy by sobie tego pytania nie zadał… Wyłuskał w końcu brakującą część bielizny, próbując logicznie myśleć. Niestety, uwolniona już, z okowów grzechu, pokutująca dusza była nadal słyszalna, a nawet widzialna. Trochę. Rzucała się w ciemności po trawie, świecąc bielą ciała, równie goła jak on. Coś było z nią nie tak, to wstawała, to nurkowała w trawie, wyraźnie czegoś szukając… Przypomniał sobie jak w chwili uderzenia drzwiami, coś mu furgnęło nad głową. Myślał - nietoperz, ale przecież nietoperza nie szukałaby z takim poświęceniem. Zatem czemu się tak rzuca, padaczkę ma czy pchły ją oblazły? Ruszył na pomoc dziewczynie. Rozpoznał ją po długim jasnym warkoczu. Miotając się po łące, wyglądało jak by tańczyła dziki taniec na dodatek własnej choreografii. Zachwycony, nie mógł oderwać oczu od tańczącej w towarzystwie piorunów i błyskawic, dziewczyny. Rozcierając pośladki ruszył do niej. Kiedy tylko zorientowała się, że ją goni, zaczęła wrzeszczeć jeszcze głośniej i uciekać coraz prędzej. Już nie miotała się po łące, lecz gnała niczym gazela… On, też zaprawiony w bojach, coraz bardziej ochoczo pędził za nią. W jednej sekundzie, niespodziewanie wyhamowała zdejmując coś czarnego z gałęzi i tuląc do łona. Niestety, Wacław nie wyhamował, nogi weszły mu jak w masło i z całym impetem wpadł na dziewczynę. Ta widać zapomniawszy przez chwilę o napastniku, zaskoczona, wypuściła czarne coś z rąk i próbując złapać równowagę wyrzuciła ręce na boki a plecami usiłowała oprzeć o drzewo. Wacław padł na nią aż jej oczy wyszły na wierzch. Przejechał dłońmi po całym ciele, kończąc u jej stóp, w jakiejś śmierdzącej, winem mazi. Ona przyklejona do drzewa, ogłupiała doszczętnie, goła prawie, patrzyła na dzikiego, ścigającego ją po nocy wampira. Ten podniósł się z niejakim trudem. Patrzył na nią jakoś tak dziwnie, jakby wolał nie widzieć. Omiatał spojrzeniem tylko twarz… nie spuszczał wzroku… milczał. Cicho zrobiło się nad łąką jak makiem zasiał. Tylko odchodząca już na dobre burza pomrukiwała gdzieś o w oddali. Deszcz też przestał padać a szum spływającej wody urozmaicał nocną ciszę. Jakoś tak gęsto się między nimi zrobiło, oblało ich gorąco i Agata nie wytrzymując hipnotyzującego wzroku nieznajomego, na ułamek sekundy zasłoniła oczy powiekami, by potem spojrzeć w dół wprost na jego… Wyrżnęła go w szczękę aż coś huknęło w nadgarstku. Rzuciła się do ucieczki wrzeszcząc i zagłuszając skutecznie błogą ciszę. Oczywiście rzucił się za nią, podciął nogę i wykonał tygrysi skok. Walnęła na trawę aż zadudniło, on na nią. Tarzali się niczym dwa wściekłe psy, paprząc się w śmierdzącej zgniliźnie Ona próbowała mu za każdym razem coś wydrzeć z rąk. On, oczywiście nie dawał. A niby, dlaczego miałby? Zaciskał pięść, chroniąc to, czego pożądała i tylko wygnieciona trawa świadczyła o zaciętej walce kobiety i mężczyzny. Wykorzystując jego chwilowe rozproszenie, znowu rzuciła się na niego, siadła okrakiem próbując dosięgnąć lewej dłoni. Odruchowo wyrzucił rękę ponad głowę, nachyliła się nad nim, wyciągnęła na całą swoją długość… Była pełna uroku, oczy jej płonęły, rozplątany warkocz tylko dodawał ognia, oddychała szybko falując piersiami… Zagrzany walką znów zareagował prawidłowo, w końcu był tylko mężczyzną. Wrzasnęła jak poparzona, znów chcąc uciekać. Tym razem był szybszy, zablokował jej nogi swoimi.  Rzucała się jak ryba w sieci, niestety, nie dając mu rady. Skutek był taki, że przywarła mocniej do niego i potoczyli się niczym wcześniej koty, po trawie, ostatecznie lądując w źródełku. Nie było ono zbyt wielkie, jedna osoba mieściła się znakomicie, natomiast dwie… no cóż, musiały być odrobinę splątane i też doskonale się zmieściły. Gwałtowny chlupot, otrzeźwienie i… cisza. Błoga, spokojna, piękna, ciepła, parującymi emocjami noc. Ze też wcześniej tego nie zauważyli… Odwróceni, nagle zawstydzeni oboje, zmywali z siebie zgniłe jabłka. To znaczy ona zmywała, on próbował. Ręce mu się trzęsły, oddech szalał, no i w ogóle. Na dodatek zaciskał w dłoni jakiś mikry kawałek szmatki, czy tasiemki. Rozwarł tę dłoń z niemałym trudem i ku swemu zdziwieniu zobaczył górę od opalacza. Chryste Panie, zdarł z niej to świństwo nie wiedzieć, kiedy. I dlatego tak zaciekle z nim walczyła. Zaczął się śmiać. Pękał ze śmiechu, tupał nogami wychlapując resztki czystej wody ze źródełka…

-Oddaj to zboczeńcu- powiedziała do niego prawie z płaczem.- Oddaj, bo tak cię walnę, że kości połamię.

Nie chciał ryzykować-oddał.  Śmiejąc się serdecznie, przerzucił jej przez głowę i jakby nigdy nic zawiązał. Najpierw na szyi, odgarniając delikatnie mokre loczki i przeciągając czynność w nieskończoność, aż zaczęła drżeć i wiercić się, potem na plecach, muskając je i niby to przypadkiem drażnił oddechem. Burza i pioruny, łącznie z ogniem piekielnym okazały się niczym w porównaniu do tego, co się rozpętało a do czego żadne z nich nie przyznałoby się pod karą śmierci. Przynajmniej teraz.

Wracali cisi, zawstydzeni, każde pogrążone w swoich myślach. Dwoje zupełnie obcych sobie ludzi, którzy nie wiedzieć, czemu, stali się sobie bardzo bliscy. Ona, idąc omiatała wzrokiem wszystkie drzewa jakby czegoś szukała. Patrzyła uważnie też w trawę pochylając głowę i ukrywając twarz we włosach. On, też jakoś tak bokiem wykręcał się zażenowany, ale wykorzystując momenty, kiedy nie widziała pasł oczy widokiem dziewczyny. W czerni nocy widział niewiele, jednak od czegóż wyobraźnia. I kiedy tak podglądał bezczelnie jak idzie kołysząc biodrami, w krzakach coś zaszeleściło. Nadstawił ucha, wyraźnie słysząc głosy. Agata też przystanęła zatrwożona. Szybko skorzystał z okazji, obejmując dziewczynę uspokajająco. Bała się, ale tylko chwilę, po czym uwolniła z uścisku i ciągnąc go za sobą runęła w trawę. Mokra i zimna łaskotała ich goliznę, dodatkowo kropiąc wodą. Nie wiadomo, kiedy zrobiło się chłodno, a oni chwilę temu wyleźli ze źródełka. Wtedy rozgrzani walką nie czuli chłodu, ale teraz w obliczu nowego zagrożenia zaczęli szczękać zębami. Czołgali się najciszej jak tylko można było, chwilami zastygając w zadziwiających pozach. Agata posuwała się pierwsza. Zepchnięty z frontu, najpierw się oburzył, ale później już nie narzekał podziwiając jej dosyć udane tyły. Gdybyż wiedziała. połamałaby mu kręgosłup nie zważając na bliskość ewentualnego wroga. Głosy były coraz lepiej słyszalne, jednak dalej niezbyt wyraźne. Przeczuwając bliskość obcego, Agata szorowała już brzuchem po trawie, co chwilę sięgając do tyłu i podciągając zsuwające się majtki.

Wacław pękał ze śmiechu, zapominając o głosach ukrytych w trawie. Oto kobieta, która w każdej sytuacji chce pozostać damą. Damy nie gubią majtek ani staników. Dżentelmeni zresztą też, staników, bo nie używają a majtki, no cóż, różnie to bywa. Schował twarz w trawę śmiejąc się coraz bardziej idiotycznie. Wściekła Acia, nie wytrzymała, podniosła się i wrzasnęła.

- Wyłaź, ale już, bo zabiję jak psa! Mam broń! Wyłaź mówię! – Ryknęła.

-Wylaś, wylaś, wylaś - Gdzieś z trawy ktoś ją przedrzeźniał - Puść, puść, puść mnie do chorery!

Rzucili się na ratunek, niecierpliwie rozgarniali długą, mokrą trawę, ktoś wyraźnie potrzebował ich pomocy. Przy kolejnej kępie Agata stanęła jak wryta.

- Mój malutki, przemawiała czule, zaplątałeś się, Acia cię uwolni, chodź, chodź do mamusi. No już, gotowe. Słuchaj, to ty gadałeś? Przyznaj się, ty mówisz? Od kiedy to szpaczki mówią? Ty jakiś tresowany jesteś? Komu zwiałeś łajdaku? Gadaj zaraz - przemawiała czule do ptaka. Wacław patrzył i własnym oczom nie wierzył. Tuliła ptaka jak jakieś ukochane, cudem odnalezione dziecko. Pieściła jego mokre pióra, głaskała po łebku, całowała dzióbek. Przemawiała jak do dziecka. Taaak, miała charakter, zdecydowanie mogłaby zostać matką jego dziecka. I nasunął mu się obraz jak karmi małą śliczną dziewczynkę… Tfu, zgiń, przepadnij siło nieczysta, co też mu się roi. Abstynencja widać mu szkodzi. Zgłupiał zupełnie.

 Agata łypnęła na Wacława, zdawało się jej przez chwilę, że widziała masło w jego oczach, ale spojrzawszy ponownie zwątpiła, widząc już tylko popłoch na przerażonej twarzy.

Zimny podmuch otrzeźwił oboje. Po niedawnym napięciu i strachu nie pozostało już śladu, ale drżenie pozostało, powiedzmy, że z zimna. Powoli zbliżali się do samochodów. Agata, niepewnie spojrzała na mężczyznę.

- Nie znam cię. Możesz coś wyjaśnić?

- Wacław. Od niedawna, właściciel tego domu i skłonił się szarmancko.

- Agata. Od niedawna była właścicielka tego domu.

- O, to zapraszam do środka, Wacław czynił honory domu – masz ochotę na kawę, herbatę, coś słodkiego?- Kusił – A może coś mocniejszego? Usiądź proszę, zaraz wszystkim się zajmę. –Sezamie otwórz się! – Wrzasnął i wypadł w podskokach w ciemność nocy. Zapaliła resztki świec a on wrócił po chwili obładowany pakunkami, połowę oczywiście gubiąc po drodze. Zrzucił wszystko na kuchenny stół, który w jednej chwili zrobił się za mały. Wygłupiał się jak mały chłopczyk, podśpiewywał sprośne piosenki, przytupywał, czynił jakieś wygibasy i bliżej nieokreślone baletowe figury. Wyglądał przekomicznie. Białe jeszcze niedawno bokserki były w kolorze moro. Zielone, czarne, szare, rudo-zgniłe i owszem, ale do białego było im baaaardzo daleko, a już na pewno ich projektant, widząc niewymowne swojego nomen omen projektu, padłby z wrażenia widząc swoje naderwane nazwisko zwisające smętnie gdzieś tam w okolicach rażenia ogniem, może niekoniecznie piekielnym, ale zawsze…

Zaczęła chichotać, najpierw dyskretnie, by go nie płoszyć, potem nie mogąc się opanować ryczała już pełnym głosem, łzy ciekły jej ciurkiem, przepona odmawiała posłuszeństwa a Agata w żaden sposób nie mogła opanować śmiechu. Już, już uspokajała się, nawet próbowała myśleć o przykrych sprawach, ale wystarczyło, że spojrzała na Wacława i zaczynała od nowa.

Skonfundowany Wacław patrzył na Agatę, Ta wiła się ze śmiechu i ani myślała przestać. Wściekł się, w końcu żaden mężczyzna nie lubi jak się z niego naśmiewają. Szczególnie piękne kobiety. Już miał ją ofuknąć, kiedy zobaczył jak po jej rozczochranym warkoczu lazła tłusta, zielona gąsienica. Opanował i jego zrazu śmiech serdeczny, potem wyjący i histeryczny. Zaskoczona tym wybuchem Agata, ucichła na chwilę, po czym już razem odstawiając dzikie tańce śmiali się obydwoje do rozpuku.

Świtało, kiedy w skrócie opowiedzieli swoje historie. Z grubsza. Żadne nie miało ani sił, ani ochoty wdawać się w szczegóły. Drinki wspaniale rozgrzewały. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Oczy kleiły się a słowa  umykały. Byli na etapie, że wszystko jedno, z kim, wszystko jedno gdzie, byle tylko głowę złożyć. Agata podniosła się pierwsza, owinęła szczelniej kocem i zachęcając gestem Wacława, weszła do sypialni. Wskazując małżeńskie łoże, obojętnie spytała:

- Prawa, czy lewa? Po czym nie czekając na odpowiedź, zwaliła się jak kłoda po lewej stronie.

Cóż było robić, Wacław spojrzał na dziwnego ptaka, śpiącego na gzymsie od szafy i zległ po prawej. Mimo zmęczenia nie mógł zasnąć, cały ten dzień, ogromnie emocjonalny, dał się mu jednak we znaki. Kręcił się i wiercił. Dzikie i od dawna tłumione żądze, dawały się we znaki. Wstał, uchylił okno, spojrzał łakomym wzrokiem na śpiącą Agatę. Skradając się delikatnie zdjął z krzesła śpiwór dziewczyny. Obejrzał go ze znawstwem, pokiwał z aprobatą głową. Wąchał długą chwilę, rozkoszując się zapachem a potem rozanielony, powoli, krok za krokiem, zbliżył się do śpiącej. Szkoda, ach, jaka szkoda, pomyślał z żalem, narzucając na nią śpiwór…

Widać nic nie poczuła, bo nawet nie drgnęła. Szpakowi tylko coś się chyba śniło, bo mało nie spadł z szafy, tak się kokosił, po czym furgnął tuż nad głową Agaty sadowiąc się tym razem na wezgłowiu łóżka.

Zadowolony i odprężony w końcu Wacław dopijał kolejnego drinka. Na zewnątrz wstawał słoneczny dzień. Coraz śmielszy śpiew ptaków wdzierał się przez uchylone okno. Wacław z kuchni patrzył na łóżko, zastanawiając się, co ma zrobić z Agatą. Nie wolno mu ryzykować. Musi, za wszelką cenę musi, jakoś dyskretnie jej się pozbyć… Ale to później, teraz senność mocno dawała mu się we znaki. Położył się na swojej połowie, ale po krótkiej chwili wahania, wsunął się pod śpiwór obejmując dziewczynę w pasie. Wydawało mu się, że miała takie chłodne ciało… Ogrzeje ją trochę.

Dzień był już w pełnej krasie, kiedy szpak skaczący nad głową Agaty wrzeszczał na całe ptasie gardło:

- Wstaaawaj, wstaaaawaj, jestem głooodny!

-Wstałaby, ale jest nieżywa, a ty podła gadzino zaraz też życie stracisz, jak się nie zamkniesz.

- Gwarrrek głooodny, głoooo- nie dokończył, paczka herbatników wyrżnęła o ścianę, rozsypując się po całym łóżku.

- Nie wiem, co jedzą szpaki, czy ciasteczka, czy robaki, ale póki co, zamknij się wreszcie, bo tak się drzesz, że umarłego byś postawił na nogi. – Wrzasnął Wacław do ptaka.- Sam głodny jestem, od wczoraj nic nie jadłem. A hrabianka śpi i śpi, tylko na głowę jej nie narób, szkoda śpiwora. Drogi jest.

-, Co, jest drogie? I kto komu ma na głowę nie na robić?

Gdyby do kuchni zajrzał słoń, nie zrobiłby na Wacławie takiego wrażenia jak mokra głowa Agaty, która ukazała się w drzwiach kuchni. Mężczyzna zaciął się nożem z wrażenia w palec wskazujący, zaklął szpetnie i zbladł jak ściana widząc krew. Odruchowo wsadził palec w usta. Kilka kropel krwi potoczyło mu się po brodzie.

- Wyglądasz jak wampir. – Rzekła dziewczyna. Czekaj chwilę, przyniosę bandaż, mam w samochodzie.

Tylko na to czekał, rzucił się do sypialni, nerwowymi ruchami rozgarniając śpiwór. Niestety, oprócz pogniecionych herbatników niczego tam nie znalazł. Rany boskie, a był pewien, że jeszcze śpi…

Tymczasem Agata wróciła z bandażami. Wyglądała cudownie. Wąskie spodnie na niebotycznie długich nogach, krótka koszulka, doskonale wiedział, co ukrywała i mokre wijące się blond włosy. Wyglądała jak wcielenie marzeń każdego zdrowego mężczyzny. Sucho mu się jakoś w ustach zrobiło, kiedy ona pachnąca czystością, mocząc jego tors kroplami, spływającej z włosów wody, z namaszczeniem bandażowała mu palec wskazujący. Upajał się jej zapachem, bliskością. Wymyślał, poprawiając ciągle bandaż i przeciągając w nieskończoność czynność. Łapy go tak swędziały, tak swędziały… Połapała się w końcu i zarumieniona odsunęła. On, w przeciwieństwie do niej wyglądał okropnie, brudny, śmierdzący, z trzydniowym zarostem. Ale jej, wcale to nie przeszkadzało, mało tego, on jej się bardzo podobał.  Był taki władczy, męski, romantyczny i zabawny. Ludzie! Zna faceta kilkanaście godzin i wygląda na to, że się zakochała. Ciekawe, w którym momencie to się stało? Zadawała sobie pytanie. Czy jeszcze wczoraj? Czy dzisiaj, kiedy wycierała mu z twarzy krople krwi, a on zamknął oczy i przestał oddychać, że byłby się udusił, gdyby go nie połaskotała? Wypuścił wtedy gwałtownie, powietrze z płuc i uciekł na łąkę.

Skończyła szykować śniadanie. Posprzątała pogubione wczoraj pakunki. Wyniosła koce do wietrzenia, nakarmiła ptaka, który skakał po stole i dziobał to, na co miał ochotę. Najbardziej jednak smakował mu słonecznik z chleba razowego i zielona sałata. Agata nie chciała jeść bez Wacława, w końcu, to były głównie jego zakupy, jednak ich właściciel przepadł na dobre. Posadziła sobie ptaka na ramieniu, wzięła jabłko i wyruszyła na poszukiwanie. Śmiała się wesoło, patrząc jak wczoraj, czy też dzisiaj skotłowali trawę. Płynąca woda wyżłobiła w ziemi też całkiem spory rów. Doszła do spalonej brzozy i stwierdziła, że mieli dużo szczęścia. Gdyby paląca się część pnia przechyliła w stronę zabudowań, mogłyby się zapalić pełne starej słomy komórki, a od nich dom. Strach pomyśleć, gdyby w tym domu ona była…

Szła, kierując się w stronę źródełka, wtem usłyszała chlupot oraz popularne i dosyć prostackie przekleństwa. Ach, więc siedział w wodzie. Zapewne się kapał. Rozchyliła trawy i zamurowało ją doszczętnie. Wacław stał pochylony nad wodą, wypięty gołym tyłkiem wprost na nią. Cały tył miał zorany jakby papierem ściernym się szorował i do tego jakąś granatową sznytę w okolicach nerek, a, to chyba jak mu drzwiami przywaliła… No tak, to musiało być bolesne. Zarechotała rozbawiona trochę zbyt głośno. Wyprostował się i bardzo wolno odwrócił, również namydloną twarz, maszynka do golenia zastygła mu w ręku w pół ruchu. Po jego spojrzeniu wiedziała, już wiedziała, że popełniła kardynalny błąd. Nie powinna tego robić! Co ją napadło! Trzeba było siedzieć na tyłku w kuchni, jeść śniadanie i czekać! A nie bezczelnie podglądać! Jakby nigdy gołego chłopa nie widziała! A widziała? Zadała sobie pytanie. Nie! To, o co chodzi? Przynajmniej dokładnie sobie obejrzała. No, może nie całkiem, ale i tak znacznie poszerzyła horyzonty. Od wczoraj nic innego nie robi, tylko poszerza. W tym jednym zakresie. A tyle lat udawało jej się uniknąć, jak jej się wydawało, tej zbytecznej wiedzy… Nie, żeby była pruderyjna, ale jakoś tak nigdy nie trafiła na takiego, którego chciałaby sobie obejrzeć.-Myślała wracając tak szybko, aż szpak na jej ramieniu tracił równowagę i tłukł ją skrzydłem po głowie, próbując daremnie ją złapać.

Wacław postanowił ukarać podglądaczkę. Dokończył mycie. Wytarł się, przerzucił ręcznik przez ramię, tak właśnie, ramię, zgarnął do kosmetyczki przybory i pogwizdując ruszył do domu.

Pomidor, z którego Agata wysysała z lubością miąższ, stanął jej kołkiem w gardle. Gdyby nie on, rozdziawiłaby paszczę na całą szerokość. Wacław stanął w drzwiach kuchni, nagusieńki jak go Pan Bóg stworzył. Z namaszczeniem rozwieszał na żyłce ręcznik. Jak pomyślała, co on sobie musiał przed chwilą tym ręcznikiem wycierać, słabo jej się zrobiło.

-Wynieś go na dwór, jest gorąco, szybciej wyyyschnie - dokończyła słabo.

Z podstępną miną posłusznie zawrócił. Szybko powiesił ręcznik na ławeczce i jakby nigdy nic powrócił do kuchni.

-Ależ, głodny jestem. Daj coś, nie pożeraj sama. Łakomczucha. Masz szarpnięcie, powiedział patrząc z podziwem na wymiecione do czysta, talerze.

Głupio jej się zrobiło. Nie wiedzieć, kiedy, zjadła większość przygotowanego posiłku.

- Usiądź proszę, zaraz dokroję, chcesz soku, czy wody? Klepała prędko, byle tylko zatuszować zmieszanie.

Ale on, stary wróbel na takie plewy nie dał się nabrać.

-Siedź, gdzie siedzisz, nie ruszaj się! -Polecił głosem nieznoszącym sprzeciwu. -Ja sobie pokroję i naleję. Dodał, uśmiechając się szatańsko.

Spuściła oczy zażenowana, zarumieniona po same czubki włosów. A Wacław się kręcił po kuchni. Ocierał o nią przeciskając, niby to sięgał po oliwę z oliwek, to po kawałek skórki od chleba by tę, że wytrzeć z talerza. A jak się nie ocierał, tylko jadł, to tak jak by ją przy okazji miał zamiar zjeść. Wolno przeżuwał każdy kąsek, nie spuszczając z niej oczu. Popijał jakoś tak erotycznie, że czuła pod bluzką strużkę potu. Nie mówił nic, tylko patrzył. Robiło jej się coraz bardziej gorąco. Straciła pewność siebie, zupełnie jakby poddając woli mężczyzny. Dobrze, że niczego od niej nie żądał, bo kto wie, jak by to się skończyło. Odruchowo wytarła pot z czoła. Ledwie podeschnięte włosy, znowu zrobiły się mokre. A on, jakby nigdy nic wstał, spojrzał na nią przeciągle i tak jakoś, że poczuła, iż to nie on, a ona jest goła i to bardziej goła, niż by naprawdę się rozebrała do rosołu. Przeciągnął się lubieżnie, aż zatrzeszczały kości i rzekł:

- Wybacz skarbie, ale dwie noce nie spałem. Mówiąc to runął w poprzek małżeńskiego łoża jej dziadków. Żeby było śmieszniej, na plecy. Spod opuszczonych rzęs jeszcze przez chwilę obserwował jej rozczarowanie. Po chwili spał jak niemowlę.

-Dziewczyna zaparzyła sobie kawę. Siadła na progu domu i pogryzając dyniowe ciasteczka, myślała o wszystkim i niczym zarazem. Niby łapała myśl, ale prząść jej nie potrafiła. Czuła się zniewolona przez chaos. Nie potrafiła go okiełznać. Straciła kontrolę nad sobą i to ją przerażało. Nie należała już do siebie. Wzięły ją we władanie jakieś pragnienia, o których do tej pory nie miała zielonego pojęcia. Była przerażona. Musi jak najszybciej stąd wyjechać… Im szybciej, tym lepiej. W zasadzie nie ma tu już nic do roboty. I właściciel przyjechał po swoje… Łzy potoczyły się ciurkiem. Taka była tu szczęśliwa. Myślała, miała nadzieję, że zostanie jeszcze trochę. Ale wszystko zepsuł ten golas. Wszystko. Rozszlochała się na dobre.

 Gdzieś w głębi domu skrzypnęły drzwi i chłodniejszy podmuch powietrza ogarnął Agatę. Poczuła, że z obu jej stron, na progu domu, ktoś siada i obejmuje ją ramionami. Poczuła spokój i bezpieczeństwo płynące do serca. Po jakimś czasie zrobiło się jej niewygodnie, przesiadła na ławeczkę i oparła o ścianę domu, grzejąc w promieniach słońca. Zamknęła oczy i wsłuchała w siebie. Zdziwiona tym, co usłyszała, starała się uporządkować uczucia, kiedy najpierw z daleka a potem coraz bliżej i bliżej, tak blisko, że rozróżniała poszczególne słowa, usłyszała dumki rosyjskie. Rzewne, poruszające, kołyszące, tęskne… Po prostu piękne.  A potem szept dziadka:

-Nu, dziewuszka ty nie bojsia. Budziet charaszo.

Otworzyła gwałtownie oczy, nie była pewna, co było jawą, co snem. Jednak ze zdziwieniem stwierdziła, że po obu bokach ławeczki wygrzewają się koty. Biały i czarny mruczały koncertowo. I kiedy dobrze się wsłuchała, była już pewna, że słyszy kolejną dumkę…

Ptak z pomarańczowymi uszami, przyglądał jej się dziwnie przekrzywiając główkę i łypiąc oczkiem.

Po raz pierwszy spokój zagościł w jej sercu i wiedziała już, że z tym człowiekiem, nie będzie jej łatwo. Ale jej o łatwo nigdy przecież nie chodziło.

Oddaj swój głos:
(17)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...