Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Sprzedany spadek czyli wakacje niekoniecznie z duchami cz.1.

Autor: Anna Ciupińska 10 października 2013, Piechowice

cz.1. Anna Ciupińska

Agata z rozpaczą patrzyła na wielką dziurę w ścianie. Spod brakującego tynku szczerzyła zęby trzcina, w którą powbijano tu i ówdzie wielkie gwoździe. Jadąc do domu ojca, nie spodziewała się aż takiego pobojowiska. Jak nisko może upaść człowiek… Wszędzie walały się stosy dawno nieusuwanego śmiecia przykrytego malowniczą sadzą, połączoną z kurzem. Dziewczyna w pierwszym odruchu zerwała z okna stary koc, potem folię, założoną pewnie dla ocieplenia pokoju, na koniec otworzyła lepiące się od brudu okno. Fala ciepła zaczęła zalewać zimny i chyba od wojny niemalowany pokój. Sadze uniosły się niebezpiecznie, zawirowały, po czym zmieniając miejsca z widoczną przyjemnością osiadały, również na Agacie. W dziesięć minut od otwarcia drzwi pokoju była cała czarna. Gruba warstwa czarnej chmury, zalegająca drewnianą podłogę unosiła się przy każdym stąpnięciu. Przypominało to brodzenie w jeziorze, kiedy trafiając na muliste dno niedaleko brzegu, bardzo delikatnie stawiasz stopę, a i tak w mgnieniu oka jest brudna. Tyle, że do jeziora możesz wejść głębiej i zmyć z siebie całe to świństwo, a tu, nie było na to żadnych prawdopodobnie szans. Zrezygnowana wychyliła się z okna i zobaczyła nieopodal w sadzie dojrzewające czereśnie. Uwielbiała owoce, zatem niezmiernie ucieszył ją widok ogromnych starych drzew i krzewów. W oddali widać było jakieś poczerniałe tyczki, pewnie od pomidorów. Znaczy, ogród warzywny, a raczej jego smętne, dzikie resztki… Po ścianie komórki wijąc w wężowych splotach, pięły się winogrona. Agata zastanawiała się czy owocują. Jeśli nie, to świetnie ozdabiają komórkę. Niebiańską ciszę cudownego wschodzącego dnia urozmaicało różnorakie ptactwo, które dawało koncert pełną piersią, chwaląc ciepły letni dzień i furgając Agacie przed samym nosem. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie rozglądając po okolicy. Panoramę miasteczka miała jak na dłoni. Wyraźnie widziała kominy fabryk i zalaną słońcem wieżę kościoła. Tam tętniło życie. Kiedyś, dawno temu, jej życie. Teraz jej życie, było zupełnie gdzie indziej. A tu, przyjechała na krótkie wakacje z duchami… Machnęła ręką odpędzając ogarniający ją smutek. Wierzchem dłoni otarła toczącą się po policzku łzę i roześmiała widząc jak czarne są jej ręce. Jeśli nie będzie miała się gdzie umyć, to dopiero będzie komedia. Grzała się w promieniach słońca, obserwując niedużego, może siedmioletniego chłopca wlokącego się polną drogą. Zapewne matka wysłała go po jakieś drobne zakupy do miasteczka. Chłopak szedł znudzony mamrocząc coś pod nosem, kopiąc kamienie i wzniecając tumany piachu na polnej, żółtej, gliniastej drodze. W jego ładnym kolorowym plecaku zarzuconym na ramiona coś zagrzechotało. Agata zamarła… Ten dźwięk…

Był ostatni dzień lata. Większość matek szykowała swoje pociechy do szkoły. Na sznurach porozwieszanych na dworze suszyły się białe podkolanówki, kołnierzyki, bluzeczki. Matki gorączkowo układały na deskach do prasowania, opartych na dwóch krzesłach granatowe układanki. Roboty przy nich było, co niemiara. Z chłopcami było prościej. W końcu spodnie w kant i koszule dla mężów prasowały od zawsze, toteż mniejsze rozmiary nie nastręczały specjalnych trudności. Co innego dziewczęta. Każdą fałdkę spódnicy należało idealnie przypiąć szpilką do deski, nałożyć na to mokrą szmatkę i porządnie przycisnąć gorącym żelazkiem. I tak do skutku, fałdka po fałdce, aż będzie idealnie uprasowana. Czysta, błyszcząca i odświętnie ubrana młodzież wędrowała do szkoły przywitać nowy rok. Koniecznie z kwiatami. Kwiatami rok się żegnało i kwiatami rozpoczynało. Cała szkoła pachniała wszelakim ogrodowym i łąkowym kwieciem. Po południu matki sprawdzały fartuchy, przyszywały kołnierzyki, guziki, podłużały, podwijały i z nadzieją patrzyły na swoje potomstwo. A nuż zajdzie wyżej niż one?

Grzechot kredek w tekturowych tornistrach obwieszczał, iż rok szkolny rozpoczął się na dobre. Mała Acia z zazdrością patrzyła na dziewczynki objęte ramionami, rozgadane, zmierzające do szkoły. Niektóre szły z bardzo daleka. Wszystkie się znały. Tworzyły wspólnotę. Ona była sama jak palec. Patrząc na grupę roześmianych dziewczynek potrząsających warkoczykami, czuła się wyobcowana. Nie miała warkoczy, bo to tylko kłopot. Tym samym nie miała pięknych jak motyle kokard zdobiących wszystkie panienki w jej wieku. Nikogo nie znała. One do szkoły szły, ona nie musiała. Miała szkołę kilka metrów od domu… Znała ją jak własną kieszeń, ale to nie było atutem, to było przeszkodą. Bo nie była jedną z nich. Była obca. One od przedszkola lub z sąsiedztwa były koleżankami. Ona nigdy do przedszkola nie chodziła. A w sąsiedztwie nie było dziewczynek w jej wieku. Do tego jeszcze ten nieszczęsny tornister. Marzeniem Aci był tekturowy brązowy tornister.  Dzieciom idącym do szkoły energicznym krokiem, w tornistrach wesoło grzechotały kredki. Jej nie grzechotały. Córka nauczyciela, człowieka, który bardzo dobrze zarabiał i który w przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego zostawił żonę w służbowym mieszkaniu, ogołacając je uprzednio ze wszystkiego, pakowała idąc pierwszy raz do szkoły elementarz, w starą wysłużoną aktówkę z zepsutym zamkiem. Mało tego, dziecko wcale nie miało kredek. Całe szczęście, że nikomu nie przyszło do głowy wyśmiewać się z jej dobytku. Chyba umarła by ze wstydu. Nie znosiła tej aktówki jeszcze jak ojciec był. Żółta, skórzana, w tłoczone jakieś wężowe łuski. Obrzydlistwo. Męczyła się tak z tą aktówką chyba do czwartej klasy. W piątej odmówiła stanowczo noszenia paskudztwa i wydębiła tornister. Dumna przyszła do szkoły z tornistrem na plecach. Jakież było jej zdumienie, kiedy stwierdziła, że żadne z dzieci nie ma tornistra. Wszyscy jak jeden mąż mieli dorosłe torby na jedno ramię… I wtedy odkryła, że marzenia powinny się realizować w stosownym czasie. Inaczej przestają cieszyć. Przynajmniej niektóre.

Uśmiechnęła się smutno do swoich wspomnień. Potoczyła wzrokiem po zapuszczonym pokoju i ruszyła na poszukiwanie wody.

Jedyny kran obrośnięty suto kamieniem znajdował się w kuchni. Woda z niego i owszem ciekła, kroplami mniejszymi od deszczu. Podstawiła jakiś garnczek i wyszła na podwórze. Zaglądając do licznych komórek, płosząc pająki dotarła do podziwianych wcześniej winorośli, a tu wśród listowia, mało,że zobaczyła pełną deszczówki starą, dębową beczkę, to jeszcze dorodne kiście granatowych,o lekko winnym smaku winogron. Były wyborne, do pleśniowego serka jak znalazł. Kawałkiem kory przegoniła ślizgającą się po powierzchni wody florę i jakąś inną faunę, i czerpiąc wodę garściami próbowała zmyć z siebie tłustą, czarną jak meksykańska noc, sadzę. Niestety, ta mazała się koncertowo. Agata wycierała ręce w kępki zielonej soczystej trawy tak długo, aż ukazała się na dłoniach odrobina, brązowej opalonej skóry. Brodząc wśród wysokich na ponad metr chaszczy, dotarła do końca ogrodu. Była zachwycona skarbami kryjącymi się wśród wysokich traw. Ogromny zdziczały maliniak, krzewy czarnej i czerwonej porzeczki, różne odmiany jabłek i prawdziwa śliwka węgierka. Agata już widziała ogromną blachę, kruchego ze śliwkami, z taką skośną krateczką na wierzchu i posypany grubym cukrem. Pycha… Wizja ciasta uprzytomniła jej, że nie jadła śniadania. Chce, czy nie chce, musi pojechać do miasteczka po zakupy. Urwała kilka ogromnych chrzanowych liści, wyłożyła nimi siedzenie w samochodzie i zamknęła chałupę.

Szczęśliwie nie spotkała nikogo ze znajomych. Dzisiaj i jeszcze przez kilka dni chciała być sama. Przyjechała tu, bo nowy właściciel prosił o uprzątnięcie domu. Wprawdzie uprzedzał, żeby nie spodziewała się cudów, jednak rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. Nawet jej wybujała wyobraźnia nie sięgała tak daleko. Uginając się pod ciężarem zaprawy murarskiej, mocując z baniakami wody i koszem innych zakupów typu szpachelka, pędzel, wiadro, łopatka, miotła i worki na śmieci, oraz suchy i mokry prowiant, wnosiła wszystko i układała w obszernej sieni. Nie wiedzieć, czemu, uparła się załatać ową dziurę w pokoju na piętrze. Wszak nikt tego nie żądał. Jednak w niej obudziła się jakaś zaciętość, jakby od tej zamurowanej dziury miało zależeć jej dalsze życie.

Targanie ogromnych budowlanych worów pełnych wszelakiego śmiecia, a głównie butelek i słoików nie należało do przyjemności. Czuła się jak chłop po całodniowej harówce na placu budowy ale jeden pokój miała już z głowy. Omiotła pajęczyny ze ścian, umyła jeszcze okno i obrzucając pomieszczenie wzrokiem gospodarza, zatrzymała spojrzenie na dziurze… Jutro się nią zajmie.

Brak elektryczności nie ułatwiał życia. Na dworze zmierzchało, światła nie było, woda w butlach zimna. Dobrze przynajmniej, że wychodek w miarę, przyzwoity w przybudówce był. Tam też odkryła fantastyczną wannę. Ogromna, ocynkowana, mająca ponad dwa metry, głęboka gdzie trzeba z odpływem zatkanym dębowym szpuntem, wykończonym bawełnianą szmatką w czerwoną niegdyś kratkę. Nie była specjalnie ciężka, miała uszy i bez problemu dała się wywlec na zarośnięte chaszczami podwórze. Jutro zrobi sobie kąpiel jak się patrzy, a dzisiaj posiedzi i pomyśli w spokoju, co dalej.

Popijając czerwone wino, pogryzając bagietkę z wędzonym kurczakiem, siedziała na zmurszałej ławeczce przed domem. Z parapetu okiennego zrobiła sobie stół i zapatrzona w niebo usiane gwiazdami, dumała. O wszystkim i o niczym. Co by było gdyby i tym podobne. Myślała o swoim dzieciństwie, że w sumie nie znała babci ani dziadka ze strony ojca i samego ojca też prawie nie znała. A dzisiaj, siedzi tu w ich rodzinnym domu i wymiata stuletnie śmieci. Dlaczego to robi? Czego szuka w zmurszałych ze starości gratach i pożółkłych książkach? W starych wiekowych pierzynach i poduchach, które pewnie będzie musiała niechybnie spalić. Ile dzieci się w nich urodziło, wychowało i wychorowało? Ile było pod nimi miłości, a ile nienawiści? Kto to wie? Gdyby ten dom umiał mówić – myślała - pewnie niejedną historię by opowiedział. A tak, sprzątnę, wymiotę, włożę klucz pod wycieraczkę i wyjadę tak głupia jak przyjechałam.

 Noc rozpanoszyła się na dobre. Na niebie migały złote gwiazdy. Lubiła gapić się w niebo wieczorami. Miała nawet swoją ulubioną. Nie wiedziała jak się nazywa, to nie było ważne. Ważna była świadomość, że gdziekolwiek nie rzucił jej los, jej gwiazda zawsze na nią czekała. Siedząc tak, zachwycała się ciszą nocy. Jaką ciszą – parsknęła śmiechem. Jaką ciszą? Koniki polne zaiwaniały jak szalone, jakieś ptactwo też dawało koncert godzien salonów. Wysoka trawa zakończona pędzelkami podobnymi do pszenicy leciutko szumiała przy delikatnym powiewie wiaterku. Dawno niekoszona, zdziczała, podchodziła pod sam dom. Schowana w tej trawie Agata była zupełnie niewidoczna dla kogoś z zewnątrz. Zachwycona patrzyła w rozgwieżdżone niebo, na płynący, chwilami jakiś pierzasty obłoczek, na trawę poruszaną wiatrem i wydało się jej, że siedzi w łodzi. Płynie nią. Obłoczki, delikatnie sunęły po niebie, zapach łąk odurzał, niedaleki lasek choinkowy szumiał w specyficzny sposób, taki, w jaki tylko choinki potrafią. Wyglądało to tak, jakby rosły na bezludnej wyspie a wkoło bezkres, ocean falujących traw. A w tym całym trawiastym bezkresie, ona, Agata. Nie czuła lęku ani samotności. Była zmęczona, na lekkim rauszu i szczęśliwa. Tak, tego wieczoru, zupełnie szczęśliwa, oczarowana i zaczarowana. Otuliła się szczelniej kocem, oparła o ciepłą ścianę domu i już nie myśląc o niczym, poddała urokowi letniej nocy. I nagle nie tyle zrozumiała, co fizycznie poczuła zachwyt i tęsknotę Mickiewicza, wyrażoną w sonetach „Stepy Akermańskie”.  Poczuła się prawie jak on, zasłuchana i zapatrzona w falujące trawy, zaczęła półgłosem recytować:

 

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,

Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,

Omijam koralowe ostrowy burzanu.

 

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;

Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;

Tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi;

To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

 

Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie,

Których by nie dościgły źrenice sokoła;

Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

 

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.

W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie,

Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.

 

 

Coś ją nagle zaniepokoiło. Poczuła się niepewnie, czujnie rozejrzała wokół. Wydawało się jej, że usłyszała skrzypnięcie drzwi. Nie należała do strachliwych, ale zrobiło się jej nieprzyjemnie. Jakiś zimniejszy podmuch sprawił, że zadrżała i poprawiła osuwający się z ramion koc. Ściana była już zdecydowanie chłodniejsza, ale nie chciało się jej wchodzić do domu. Nigdzie się nie spieszyła, ten czas należał tylko i wyłącznie do niej. Jednak w pewnej chwili zobaczyła dwoje świecących oczu. Patrzyły na nią z pomiędzy traw, bardzo nisko, prawie tuż przy samej ziemi. Nafosforyzowane świeciły jakimś upiornym żółtawym jak jej się wydawało blaskiem. Kompletnie ogłupiała wgapiała się w te żółte oczy, a żółte oczy w nią. Miała nawet wrażenie, że oczy niepostrzeżenie przybliżają się do niej. Spięła się w sobie, gotowa do obrony, serce waliło jej niczym młot pneumatyczny, strużka potu leciała po plecach wsiąkając w spodnie od dresów. Włosy lekko się uniosły i zrobiły mokre przy skórze…

Potężny kich, wstrząsnął jej ciałem ni z tego, ni z owego. Zaskoczył ją samą tak, jak i niedoszłego napastnika. Kichnęła tak potężnie, aż wydarła sobie struny głosowe z gardła, a przy okazji wyrżnęła głową o ścianę budynku, raniąc się tyleż boleśnie, co niegroźnie o rozsypujący baranek elewacji. Gwiazdy na niebie były niczym, w porównaniu do gwiazd, które się ukazały Agacie. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że widzi nie tylko gwiazdy, ale i odkryła nowe planety. Huk, jaki wydało jej skądinąd mikre ciało, przeraził nie tylko ją samą. Niedoszły napastnik, dla którego jak sądziła, była łakomym kąskiem, a co najmniej jej aorta, z przeraźliwym miauczeniem rzucił się w gęstniejącą ciemność. Jeszcze przez chwilę zanim ochłonęła, śledziła jego lot ponad trawami. Wyraźnie widziała w świetle księżyca zadarty ogon i rozczapierzone łapy. Miauk z zakrętasem, jaki towarzyszył lotowi brzmiał imponująco. Ale nie tylko kota przeraziła. Chmury przestały płynąć, gwiazdy jakby przybladły, powietrze zgęstniało, trawy stanęły na baczność a koniki polne skończyły koncert w pół dźwięku. Zdawało się jej, że widziała spadające gniazdo z drzewa i spłoszone ptaki lecące gdzie pieprz rośnie ale głowy by nie dała. Może to były tylko nietoperze? Rozchichotała się jak wariatka, rycząc już pełnym głosem, nie troszcząc się zupełnie, że wprawia w przerażenie całą leśną i łąkową zwierzynę w okolicy.

Kota zapewne zwabił zapach wędzonego kurczaka. Pewnie głodny był biedaczek, wyszedł sobie na polowanie taki lew, zapolować na myszkę polną, tam myszkę, sarnę zgoła. „Już był w kurniku, już witał się z gąską” a tu, bliżej nieokreślony wystrzał pokrzyżował mu szyki. Trzęsąc się od śmiechu, rzuciła za nim udkiem. Niech żre, skoro nic nie upolował. Nie będzie taka „chitra” Kurczaka starczy dla niej i kota. Co tam, przecież i tak nie ma lodówki. W kolejnym ataku śmiechu ryknęła za kotem:

- A może wina ci polać? – Chodź, dobre jest, półsłodkie, pasuje do kurczaczka. A może kąsek bagietki? Francuska. Pychoza. Kici, kici, kici  –  zataczała się ze śmiechu. Odpowiedziała jej tylko jakaś kotłowanina w chaszczach.

Kiedy już ochłonęła i zaczęła logicznie myśleć, uprzytomniła sobie, że sekundę przed jej niekontrolowanym kichnięciem, poczuła delikatne łaskotanie w nos. Nie była to pajęczyna, nie było to też piórko. Więc co? Włosy też nie. Miała je, co prawda, długie, ale porządnie splecione w warkocz. Jutro dokładnie się temu przyjrzy, ma nadzieję kotu też, a tymczasem idzie spać. Pada z nóg.

Nie wiedziała, która jest godzina. Wylegiwała się na pięknym starym łóżku podziwiając obraz wiszący w sypialni. Święta rodzina wisząca nad jej głową odbijała się w zamglonym lustrze szafy. Wygramoliła się ze śpiwora i jakimś kawałkiem szmatki przetarła lustro. Piękne, kryształowe ze ściętymi brzegami samo w sobie stanowiło ozdobę. Patrząc w nie uważnie widziała mikroskopijne świetliste punkciki. Doskonałe, przedwojenne lustro, miało w sobie coś magicznego, ono kusiło, zachęcało, aby w nie wejść, zanurzyć się i znaleźć po drugiej stronie… Po prostu hipnotyzowało. Wyzwoliła się jednak z pod jego uroku i przetarła również obraz. Teraz odbijał się doskonale. Przynajmniej kolory szat były widoczne i giezło dzieciątka. Leżąc sobie tak z rękami splecionymi pod głową, myślała o babci i dziadku. W tym domu była zaledwie kilka razy. Nigdy chyba nie nocowała, a przynajmniej nie pamięta. Zawsze panował tu porządek. Babcia częstowała ją kisielem z żurawin, a dziadek grzybkami marynowanymi, które sam zbierał. Były inne, niż znane jej grzyby dzisiaj. Inny kolor i kształt, ale były pyszne. Do dzisiaj Agata przepada za marynowanymi grzybkami. Później babcia prowadziła ją do właśnie tej sypialni i z przepastnej komody wyjmowała zawsze jakieś „dobroci” na drogę. Agata na zawsze zapamięta zapach ziół z otwartej komody babci.

 Kiedyś babcia dała jej żywą kaczkę. Dziewczynka targała kilka kilometrów ciężkiego ptaka, który w konsekwencji ze stresu chyba, narobił jej na nowe sandałki paprząc całą stopę. Wściekłość matki nie miała granic. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Długo już później u babci nie była. A kaczkę matka musiała zabić. Kaczka po śmierci się wściekła i ganiała po całym podwórku brocząc krwią. Agata płakała, matka złorzeczyła, kaczka szalała. Potem padła bez ducha. Kaczka oczywiście. Została przerobiona na obiad i jaśka pod głowę. Za karę za głupie pomysły Acia musiała drzeć pierze. Co to za upiorna robota, nie wie ten, kto tego nigdy nie robił. Należało każde piórko osobno tak chwycić, żeby oderwać część z puchem. Każde dwa razy. Goły trzon pióra do niczego nie służył, więc się go wyrzucało. Natomiast z puchu i piór robiło się beciki, poduchy, jaśki i pierzyny. Puch unosił się przy najlżejszym oddechu. Wciskał się wszędzie niczym piasek na pustyni. Pełno go było we włosach, nosie, oczach… Łaskotał i drażnił. Oczy łzawiły, nos swędział. Nie daj boże kichnąć w puch. Tragedia. Znudzona do granic Agata darła to pierze w nieskończoność. Tam na dworze świeciło słońce, a ona niczym wcześniej kaczka, cała w pierzu. Ale matka, wyraźnie kazała to dzisiaj podrzeć. Niewiele myśląc wzięła ciężkie krawieckie nożyczki i pocięła wszystkie. Rany boskie… Dość powiedzieć, że musiała potem spać na poduszce, z której wnętrza przebijały się, ostre jak gwoździe pióra.

Słońce już mocno grzało, kiedy wyszła w końcu przed dom. Brodząc w wysokiej trawie, myła nogi resztkami rosy. Cytrynki figlowały na polnych kwiatach aż miło było patrzeć. Przypomniawszy sobie nocne przygody, uważnie się rozejrzała. Najpierw obejrzała ścianę budynku poszukując jakiejś sieci pajęczej. To by tłumaczyło łaskotanie w nos. Przynajmniej chciała w to wierzyć. Ale żadnej sieci nie było. Ani tu, ani nigdzie. Nagle, spojrzała na parapet okienny i zdębiała. W pełnym słońcu suszyło się jakby nigdy nic, źdźbło trawy. Wzięła je do ręki. Jeszcze nawet świeże, nie całkiem suche, przełamane w połowie, wykończone puchatym pędzelkiem. Ona, Agata nigdy nie rwała, ani polnego kwiecia, ani żadnych traw! Żal by jej było patrzeć jak więdnie i marnieje w oczach. Wolała je podziwiać na łące lub w ogrodzie, więc skąd się to tu wzięło? Odpowiedzi brak. W zamyśleniu odłożyła trawkę na powrót i ruszyła jak jej się wydawało śladami szalonego kota.

Skradając się jak pantera, zastygała wręcz chwilami, nie chcąc płoszyć ptaków i motyli, których z każdą chwilą było więcej i więcej. Wyglądało to tak, jakby kwiaty unosiły się nad łąką w jakimś sobie tylko znanym radosnym tańcu. W zachwyceniu obserwując łąkowe gody, dotarła do starej jabłoni. Przyglądała się jej przez chwilę próbując odgadnąć gatunek. Wydawało się jej, że to szara reneta, ale część gałęzi miała jabłka zdecydowanie złociste. Zastanawiała się czy to wskutek bardziej nasłonecznionej strony ale nie, przecież gdyby nawet, to jabłka nie powinny aż tak się różnić. Teraz już wyraźnie odróżniała dwa gatunki. A to spryciarz z tego dziadka. I nagle przypomniała sobie jak pokazywał jej kiedyś obandażowane drzewko i coś tam z ożywieniem tłumaczył, a potem w domu jeszcze książkę otworzył i oglądali razem fotografie szczepionych drzewek. Bo to się tak nazywa. Szczepione. Żeby było szlachetniejsze, albo dwa gatunki z jednego pnia.

Tymczasem zauważyła, że motyle jakoś dziwnie omijają część łąki, chociaż zieleń tam była jakby ciemniejsza trochę, soczystsza. Kwiatów tam też nie brakowało. Zaintrygowana wyciągnęła szyję, ale niewiele dało się zauważyć. Wyraźnie czuła, że tam coś jest. Może jakaś padlina leży, albo, co? Rozszalała wyobraźnia podsuwała różne warianty. A może nieboszczyk? Albo żmija jaka? Jej ciekawość osiągnęła punkt kulminacyjny. Pojawił się dreszczyk emocji. Poczuła przypływ adrenaliny i zaczęła niezdarnie wdrapywać się na jabłonkę. Szło jej niesporo, w końcu chyba ze dwadzieścia lat będzie, jak kradła cudze śliwki, ale co tam, podrapawszy stopy jakoś dała radę. Właśnie usadowiła się w rozwidleniu gałęzi. Jedną nogę opuściła, strząsając ze stopy jakieś oślizłe coś, drugą zaparła o pień i zabrała do rozcierania nadwyrężonego nadgarstka, kiedy jej oczom ukazał się widok niezwykły. Tak niezwykły, że dech jej zaparło ze zdumienia. Gdyby nie to, że zaczęła się dusić, co zmusiło ją do zaczerpnięcia powietrza, pewnie zastygła by jak żona Lota na amen. Oczy jej wyszły nieomal z orbit, nie chcąc uronić nic z obrazu, który przedstawił się jej w całej okazałości.

Z piętnaście może kroków od drzewa, na którym chwilowo spoczywała, zobaczyła wygnieciony w trawie okrąg. Był jakby, odrysowany cyrklem. Na obrzeżu tegoż, siedziały w napiętych pozach koty. Tak koty. Było ich dużo, około piętnastu. Siedziały w równiutkich odstępach i bez jednego szmeru. Ich naprężone mięśnie i lekko położone uszy zwiastowały bliski atak. Oczy lekko przymrużone wpatrzone były w ofiarę siedzącą w centrum koła. Najdziwniejsze było to, że ową ofiarą był ni mniej, ni więcej, tylko ich pobratymiec, też kot. Piękny, duży, czarny i lśniący. Siedział, równie spięty, co tamte i jednakowo czujnie się w nie wpatrywał. Agata siedziała na drzewie, koty w trawie, motyle i inne ważki nad. A poza tym nie działo się nic interesującego. Tak mijały sekundy, minuty, godziny, doby i całe wieki, i nic, zupełnie nic się nie działo. Wszyscy tkwili na swoich miejscach jak zaklęci. Zapewne skamienieliby doszczętnie gdyby nie zwykły sęk. Otóż Agata zafascynowana widowiskiem, nie bardzo zważała, na czym siada. Dlatego teraz niewinny sęczek boleśnie uwierał ją w cztery litery.  Nie chcąc stracić ani sekundy z żywego obrazu sięgnęła prawą ręką za siebie i uchwyciła mocno gałęzi, na której siedziała, jednocześnie unosząc i przesuwając do przodu tyłek. To znaczy taki miała zamysł, bo kiedy uniosła się ociupinkę, sucha snadź gałąź, niebezpiecznie zatrzeszczała. Trzask łamanego drzewa zabrzmiał jak wystrzał, ale dziewczyna nie zważała już na konar, bo na ten niecodzienny widać odgłos, koty runęły jak szalone na tego w środku, po czym całe to dzikie kłębowisko z kocim wrzaskiem w piorunującym tempie potoczyło się kilka metrów dalej, by z przeraźliwym miauczeniem wpaść w coś, z czego wyprysnęły niczym żaby, z tak dzikim miauczeniem, że przestraszona Agata, gwałtownie drgnęła, nadwyrężona gałąź trzasnęła, Agata wrzasnęła i runęła na ziemię. Prosto w śliskie, miękkie i cuchnące jakąś kiszonką i starym winem coś. Jeszcze szybciej niż koty poderwała się z ziemi klnąc, na czym świat stoi, jednak nie miała szczęścia, stopy zaczęły tańczyć niczym na ślizgawce i szanowna pani Agatka wylądowała na pysku, prosto, w stosie zgniłych przefermentowanych, od lat niezbieranych jabłkach. Teraz już jej było wszystko jedno. Z obrzydzeniem strząsała z siebie brązowe, zgniłe resztki. Zdawała sobie sprawę, że wygląda jak upiór z Luwru i przypomniała sobie biedne koty. Lecąc z drzewa jeszcze zobaczyła przez ułamek sekundy, jak całe to kocie towarzystwo wyprysnęło chyba z wody jakiejś, bo leciały jak z armaty, o stu lufach wystrzelone. Puchate na ogół futra przylgnęły do chudych kocich ciał a rozczapierzone łapy i ogony, niczym stery ociekały wodą. Wyglądały żałośnie. Nie ma nic gorszego nad widok mokrego, przerażonego kota. I ten ich nieziemski wrzask. Acia przypomniawszy sobie całą scenkę uznała, że i tak miały szczęście, bo przynajmniej nie wpadły w zgniłe jabłka, tylko w jakąś ciecz. Ślizgając się w trawie i śmiejąc jak wariatka to szła, to czołgała się w stronę, jak sądziła źródła wody. Faktycznie, w prawie szafirowej trawie robiło się coraz wilgotniej. W pewnym momencie zaczęło pod jej kolanami nawet uroczo kląskać, a łokcie coraz głębiej zapadać. Zapach też był inny jakiś taki cięższy… Uniosła głowę i nieopodal zobaczyła strumyczek. Wąziutki był, może na pół metra. Płynął sobie środkiem całkiem wartko, jednak bokami rozlewając się na łąkę całkiem leniwie i w jakimś łąkowym widać dołku utworzył mikroskopijne jeziorko. Dalej ginął jej z oczu gdzieś w dalekiej trawie i całkiem już nisko. Bliżej uklepanej drogi, którą tu przyjechała. Uradowana stwierdziła, iż  to dość spore nachylenie terenu spowodowało, że woda utorowała sobie tędy drogę. I bardzo dobrze - myślała zadowolona. Na umycie jak znalazł. To w tę nieckę wpakowały się koty… Woda jeszcze nie uspokoiła się widać, trochę zmącona wolniutko odzyskiwała przejrzystość. W jednym miejscu nawet widać było ruchomy gejzer niewiele większych od kurzu ciupeńkich kamyczków. Przypomniała sobie od razu dzieciństwo, jak z takich łąkowych strumyczków popijało się wodę i o dziwo, nikt nie chorował. Zanurzyła ręce w lekko mętnej wodzie, zbliżyła do twarzy i poczuła świeżość. Żadnej stęchlizny, czy jakiś tam nawozów i innych gadzin. Czysta, pachnąca zwyczajna łąkowa woda. Zachęcona panującym upałem rozebrała się do rosołu i obmywała z siebie zgniłe jabłka z wczorajszą sadzą. Jabłka, jako tako schodziły, natomiast z sadzą było różnie. Nie przejmowała się, poszukała jakiegoś kijka i zanurzyła w kałuży. Okazało się, że nawet głęboka dosyć była. Najwyraźniej to pozostałość po jakimś wykopanym drzewku bądź przygotowanym dołku do jego posadzenia. Super, ucieszyła się Agata. Niewiele myśląc wlazła do dołka i z przyjemnością zażywała kąpieli. Sama rozkosz. Woda, co prawda chłodnawa, ale po wyjściu z kąpieli dziewczyna rozłożyła się na wspaniale pachnącej trawie i grzała do woli w słoneczku do czasu aż bielizna wyschła. Wokół żywego ducha. Cudnie. Szkoda że sprzedała dom, ale może właściciel pozwoli jej czasami przyjeżdżać na odpoczynek… Zobaczymy. Z jawną niechęcią wróciła do domu. Musi popakować śmieci z następnego pokoju. Uświni się jeszcze bardziej niż wczoraj, ale co tam, wodę ma. No właśnie, jest wanna, jest woda! Pognała do kuchni po jakiś garnek i już nosiła wodę do staroświeckiej wanny na lwich łapach, ustawionej niedaleko domu. W najlepszym na całym podwórzu słonecznym miejscu. No, wieczorem to ona dopiero sobie zrobi kąpiel. Będzie się tarzać w luksusach.  I ogromnie zadowolona  ruszyła podżartymi przez jakieś kołatki, schodkami na piętro. Pokój sam w sobie był niezły, tyle że okropnie zapuszczony, pootwierała okna i zanurzając się w wiekowym tłustym kurzu przez całe popołudnie wynosiła daleko od domu wszystkie niezbyt dobre wspomnienia. Pozostałości głównie po ojcu. Wielkie wory butelek i puszek oraz starych jak świat weków, w jeden kąt przy drodze. Reszta do spalenia hen na łące pod laskiem. Potem resztę zakopie, przydepnie i zarzuci nasionami trawy pampasowej, które w tym celu nabyła. I koniec… 

Z pieczołowitością odkrywała tajemnice tego starego domu. W starej puszce odnalazła listy pisane przez babcię. Nigdy niewysłane, a kierowane do matki Aci. Piękne, pełne troski o rodzinę. Ciekawe, dlaczego matka tak nie lubiła babci? Pewnie swoje powody miała, a swoją drogą, dlaczego te listy nigdy nie dotarły do adresatki? Potem trafiła na dokumenty domu. Bardzo dobrze po kseruje właścicielowi, a oryginały zabierze ze sobą. A potem jeszcze książki. Osobiste matki Aci, ojca, pamiątki od byłych uczniów, od babci i dziadka z dedykacjami dla ojca. Jak prosto, nienachlanie, pisali dziadkowie  dedykacje.  Czuć było jak bardzo go kochali. Dlaczego w takim razie zniszczył sobie życie?

Odkładała na osobną kupkę widokówki z różnych państw i miast, od byłych uczniów rozsianych dzisiaj po całym świecie. Na nich krótkie informacje o sobie. Są tu i tam. Robią to i owo. Pozdrawiają, odwiedzą, kiedy będą. Chyba nie zdążyli, przynajmniej niektórzy. Zresztą jak ona Acia… Włożyła cały ten przesiąknięty, dymem papierosowym, zapachem sadzy, wspomnieniowy majdan do worów i zwlekła do sieni. Potem wrzuci do bagażnika, na zakończenie tego jakże ekscytującego dnia. Kiedy uporała się z wywleczeniem starych, nadżartych, porozbijanych gratów z domu, omiotła i w tym pokoju wiekowe pajęczyny, sadze i inne kurze.  Poczuła się wyczerpana.

 Usiadła na trzeszczącej ławeczce, zapatrzyła przed siebie. Ot, tak bez celu i myśli żadnej. Czuła się zjednoczona z tym malutkim sielskim światem i była szczęśliwa. To jej w zupełności wystarczyło. A wieczór zapowiadał się pięknie. Ciepło, pachnąco, spokojnie. Nagrzane powietrze rozleniwia napawając człowieka jakąś nieuświadomioną tęsknotą.  Czuje się słodki zapach owoców, słyszy życie łąki.  Zachodzące słońce tworzy niepowtarzalną  atmosferę. W zasadzie nic by nie miała przeciw prowadzeniu takiego życia. No, może prawie nic. Człowiek, bowiem jest zwierzęciem stadnym i czasami potrzebuje drugiego człowieka. Aby móc się w nim przejrzeć na przykład. Zaśmiała się z całego serca i podeszła do wanny. Zanurzyła rękę. Woda była cieplutka. Zadowolona przytargała stary stolik, narzuciła na niego serwetkę znalezioną w komodzie, przyniosła szampana i po namyśle utopiła go w źródełku. Niech się chłodzi. Na ogromnym płaskim białym talerzu przybranym scenką rodzajową rodem z osiemnastego wieku i wykończonym delikatnym srebrnym paseczkiem, ułożyła, ciepłe jeszcze od słońca, pachnące, trochę cierpkie w smaku kiście ciemnoczerwonych winogron. 

Po skończonej robocie na pięterku poczuła wściekły głód. Rozpaliła sobie w starej ogromnej misce niewielkie ognisko. Na ruszcie wyciągniętym z piekarnika ułożyła kawałki ciabaty. Kwaśną gęstą śmietanę rozmieszała z drobno posiekanym koperkiem i do tego sosu wrzuciła całą puszkę czerwonego kawioru z łososia. Znalazła w domu jakiś szklany wazonik, umyła go na błysk w źródełku i postawiła na stoliczku tuż obok sosu. Jak raz, przyda, się do szampana. Skoczyła jeszcze po jej ulubiony ser pleśniowy do winogron i kilka słodkich drobiazgów na deser. Na jasnym jeszcze niebie powolutku  pokazywały się złote gwiazdki. Trawa zaczęła leciutko szumieć, świerszcze koncertować z zacięciem i o dziwo, nawet jakieś żaby było słychać gdzieś z okolicy źródełka chyba. Fakt, widziała tam rzęsę wodną to i jakieś żabki możliwe, że były. No, chyba, że piaskowe jakieś kumkały. Wieczorne ptactwo dawało taki koncert, że żałowała iż nagrać go nie może. Wniosła nagrzany, pachnący słońcem i trawą śpiwór do domu. Wróciła po chwili ze świecami, kocem i ręcznikiem. Świece rozstawiła na kamieniach, koc rozścieliła nieopodal wanny, na niego rzuciła ręcznik, po czym rozejrzała się wokół, a nie widząc nic podejrzanego zrzuciła z siebie skąpy przyodziewek i z prawdziwą rozkoszą ułożyła się w wannie. Boże, jaki cudowny wieczór - myślała, maczając ciepłą ciabatę w sosie i słuchając jak mikroskopijne jajeczka trzaskają jej na podniebieniu, a ich smak pieści, rozlewa się rozkosznie w ustach, racząc niepowtarzalną symfonią smaków całe ich wnętrze. Wszystko to popijała półwytrawnym szampanem. Od czasu do czasu skubała winogrona i kąsek sera. Jadła wolniutko rozkoszując się smakami. Syta, rozmarzona i zrelaksowana, taplała się w lawendowej pianie. Z wanny nie wystawały jej nawet palce u nóg ani inne kobiece gadżety. Paznokcie lśniły odbijając bez mała światło księżyca. Po godzinie zmarszczona jak śliwka, wyszła z żalem z chłodnawej już wody. Raźno wytarła ręcznikiem, owinęła kocem i rzuciła na pachnącą ziołami trawę.  Nie wiedziała jak długo tak leżała, ale nie chciało jej się wracać do domu. Znów jak poprzedniej nocy skrzypnęły drzwi i chłodny prąd powietrza dał się odczuć przez chwilę, tak króciutką jak mrugnięcie okiem. Będąc sama na sporym obszarze łąk i lasku miała nieodparte wrażenie, że jednak ktoś jej towarzyszy. Niewidzialny, przyjazny, ale jest. A ponieważ przytrafiało się jej to dość często, była przyzwyczajona. Tylko w jednym miejscu miała problem, bo „coś” się jej uczepiło jak rzep. I czuła, że przyjazne toto nie było. Wiała stamtąd gdzie pieprz rośnie, mając jeszcze długo wrażenie, że to „coś” siedzi jej na ramieniu. Potem przeanalizowała historię terenu i odkryła, że było to miejsce zaciętych walk partyzantów z hitlerowcami. Dzisiaj jak sobie przypomni te dziwne doznania to, chociaż do strachliwych nie należy, gęsia skórka daje o sobie znać. Ale teraz nic takiego miejsca nie miało. Wręcz przeciwnie, czuła, że to „coś” przesyła jej samo dobro, bezpieczeństwo, spokój, ukojenie. Błogość wręcz.

Rozbudziła się na dobre. Ptaki już spały. Łąkowa filharmonia również zakończyła działalność. Opatulona kocem, podeszła do samochodu i włożyła płytkę do odtwarzacza. Prosto w niebo popłynęła rzewna, tęskna, jej ukochana muzyka Chopina.  Zasłuchana, z oczami mokrymi od łez nawet nie zauważyła, kiedy zbudził się świt.

To koniec. Dzisiaj załata dziurę w ścianie. Może jeszcze zanocuje i powróci skąd przyszła…

Cały ranek myła w źródełku, różne znalezione na pięterku skorupy, pojedyncze filiżaneczki do kawy, niebieską kurkę i inne ładne drobiazgi. Wzięła nawet na pamiątkę śliczny kinkiet, który doprowadzony do porządku odzyskał dawny blask i ani kropli rdzy na nim nie było, czy innego zmatowienia. Błyszczał jak srebro. Gdzieś w kącie wśród pajęczyn, znalazła ramy od obrazów. Myjąc tłuszcz i sadze szarym mydłem ramy zaczęły odzyskiwać dawną świetność, ale największą niespodziankę stanowiła ich zawartość. Otóż spod grubej warstwy tłuszczu zaczęły prześwitywać barwy. Acia najdelikatniej jak umiała flanelową ściereczką przywracała obrazom urodę. Koniec końców gdzieś w swoim domu miejsce dla nich, na pewno się znajdzie. Już nawet widziała te miejsca.

I chociaż odwlekała ten moment najdalej jak mogła, w południe wzięła się za likwidowanie dziury w ścianie pokoju na piętrze. Tego pokoju, w którym jej ojciec… Mniejsza o to.

Na worku z gotową zaprawą zamieszczono przepis na „ciasto”.  Wsypała, zatem pylącą „mąkę”, dolała wody i wszystko porządne wymieszała. Zaprawa gęstniała w oczach. Uznawszy, iż jest odpowiednia, poszła do samochodu i włożyła ostatnią parę rybaczek przeznaczonych do prac budowlanych. Szare były, cienkie, na gumie i z kieszeniami. Wciągnęła je na siebie stwierdzając,  że guma w nich trochę luźna jest. Jednak to akurat nie stanowiło problemu. Zatrzymały się na biodrach i dobrze. Czarna koszulka dopełniła całości. Jeszcze stare trampki i już mogła ruszać do pracy. Chlapiąc wodą suchą ścianę stwierdziła, że jednak musi stanąć na czymś wyżej. Jakaś drabinka, czy co by się przydało. Ale oprócz niezbyt wysokiego taboretu niczego innego nadającego się do takiego celu nie zobaczyła. Padło na taboret. Niezbyt wygodnie było wspinać się na stołek z kielnią pełną zaprawy, ale co tam. Pokona i tę trudność. Wyciągnęła się na całą swoją długość i chlasnęła zaprawą o trzcinę. O, nawet przylgnęła. Uśmiechnęła się zadowolona i chcąc zrobić krok na podłogę stwierdziła, iż coś jej pęta nogi. W ostatniej chwili szybkim ruchem pochwyciła opadłe spodnie, podciągnęła je, zeszła na podłogę, nabrała zaprawy, weszła na stołek i chlasnęła z całej siły. Niestety spodnie znów opadły. Schyliła się szybko i podciągając je wyprostowała się jednocześnie chcąc spojrzeć na zaprawę. Niestety podczas unoszenia twarzy do góry, przeklęte ciasto oderwało się od ściany i spadło na Agatę. Prosto w twarz tym gównem dostała. Miotnęło nią do tyłu i mało brakowało a runęłaby jak długa. Nadludzkim wysiłkiem, gwałtownie pochyliła się do przodu próbując złapać równowagę i jednocześnie odzyskać wzrok. Zgarnęła z oczu, całe to świństwo i z wściekłością wrzuciła do dzieży. Chyba jednak zrobiłam za rzadkie - pomyślała. Zagęściła je dosypując trochę więcej zaprawy. Rozmieszała, odczekała i stanęła na taborecie z już nie tak pełną kielnią. Chlasnęła aż echo poszło. No, przykleiło się - stwierdziła zadowolona. Gacie opadły znowu. Schyliła się szybko je łapiąc i jeszcze dobrze nie podniosła głowy jak kolejny już raz dostała w głowę miękkim tynkiem. Onże wkleił się koncertowo w misternie zapleciony warkocz… Szlag i inne niezbyt parlamentarne słowa leciały niczym, spłoszone nietoperze, kiedy wydłubywała z włosów zastygający wolno tynk. Co jest do cholery - myślała rozczesując włosy i wytrzepując z nich pozostałości zaprawy. Teraz już się przygotowała. Jakąś ścierką owinęła głowę. Tak na wszelki wypadek i ponownie przystąpiła do murarki. Wyglądało to mniej więcej tak. Kielnia, ciasto, chlast, spodnie, głowa na dół, łaps, spodnie w górę, głowa, zaprawa na głowie. I tak kilka razy pod rząd. I coraz bardziej zawzięcie. Pokonana przez dziurę, najpierw zdumiona, potem wściekła coraz bardziej, w końcu zaczęła się śmiać. Jak wariatka. Uzmysłowiła sobie cały komizm sytuacji. To nie na robotę murarską wyglądało, lecz na jakąś szaloną gimnastykę. Dobrze, że chociaż kości sobie na tej kulawej ryczce nie połamała.  Nie mniej jednak dziurę należało załatać. Skoro postanowiła, to tak się stanie. Hawk. Siadła na stołku, wpatrzyła w dziurę i myślała. Jak długo, nie wiadomo. Dość powiedzieć, że wyraz jej twarzy był bardzo stanowczy, kiedy delikatnie, łyżką do zupy i widelcem nakładała tężejącą już na dobre zaprawę, dociskając dłonią i pryskając od czasu do czasu wszystko wodą. Dziura wyraźnie zmniejszała swoją objętość. A kiedy zatoczyła piękne murarskie koło, wzięła pacę i mocząc ją we wiaderku z pieczołowitością godną zegarmistrza pieściła ścianę do momentu, kiedy zaprawa lśniła porażając gładkością. Upewniła się, że nie odpadnie i znowu narobiła zadziorów z zaprawy, a jak podeschły zaklejała, głaskała, szlifowała i tak do końca, aż dziura zniknęła. Zadowolona z siebie przysiadła na ryczce podziwiając swoje dzieło. Gdzież by przypuściła, że umie coś takiego. Bardzo dumna z siebie zniosła klamoty i wrzuciła do samochodu. No jeszcze trochę pobobruje w szufladach na dole, póki widno jest. Może są jakieś zdjęcia, albo inne osobiste rzeczy. To zabierze do domu. Przekręci klucz, wrzuci pod wycieraczkę i powróci do swojego zapracowanego i pustego życia. Szkoda, że nie może zostawić sobie tego domu… Obrzuciła go smutnym spojrzeniem nie widząc dziur, braków elewacji, zmurszałej stolarki itp. Patrzyła na swój poniekąd rodzinny dom i widziała, jaki mógłby być i aż jej się płakać chciało. Tak dobrze się w nim czuła. Powietrze gęstniało, chyba zbierało się na burzę. Słońce parzyło, ale jakoś tak zza chmur. Było już dobrze po południu, kiedy kończyła posiłek złożony z resztek, jakie jej pozostały. W zasadzie mogłaby już wracać, ale problem polegał na tym, że wcale jej się nie chciało nigdzie jechać. Urlop jeszcze się nie skończył. Spokojnie może jeszcze zostać nawet kilka dni, albo i dłużej, jeśli tylko taką ma wolę. Nigdzie się nie spieszy przecież. Nikt też na nią nie czeka. No, to męska decyzja i od razu lżej na duszy.

cdn.

 

Oddaj swój głos:
(17)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...