Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

That ole devil called love

Autor: Bożena Łozińska 9 listopada 2013,

Amadeusz Kuś rozparł się wygodnie w fotelu. Z lubością przymknął oczy i oparł głowę na splecionych dłoniach. Z głośników sączył się aksamitny głos Alison Moyet:

            It´s that sly old son of a gun again

            He keeps telling me I´m the lucky one again

            But I still have that rain

            Still have those tears

            And those rocks in my heart

Dobre, stare przeboje… Ile to już lat minęło, kiedy słuchał tego po raz pierwszy? Po raz kolejny doświadczał uczucia pogrążania się w fioletowo-granatowym aksamicie, pachnącym zdecydownie Opium Yves Saint Laurent. Lubił takie zmysłowe kawałki… Miał ich w biurze całą kolekcję – od Elli Fitzgerald, Louisa Armstronga, Nata King Cole´a, poprzez  Franka Sinatrę, Alison Moyet, duet Kidman & Williams, aż do Great American Songbook Roda Stewarta. Ale najbardziej lubił klasykę. Scarlatti, Bach, Corelli, Vivaldi, Händel,  Mozart, Gluck... Gęsty płaszcz harmonijnych dźwięków odgradzał go od hałasu ulicy, trąbienia klaksonów,  odgłosów młota pneumatycznego wwiercającego się w zniszczoną nawierzchnię drogi, urywków rozmów,  »buf – buf« dobiegającego z włączonych na maksa głośników sportowego samochodu – niepożądanych efektów dźwiękowych, które osaczały go wszędzie, nawet w tym obrotowym fotelu obitym miękką, kunsztownie wyprawioną skórą.

            Poprawił mankiety ekstrawaganckiej czerwonej koszuli i lekko drżącymi rękami zapalił papierosa. Wiele lat temu, kiedy przyjmował klientów w małym, zagraconym mieszkanku, dysponując tylko paru taliami kart, starymi mapami nieba, kryształową kulą i komputerem z programem do sporządzania horoskopów, czuł się dosłownie bombardowany ich myślami, ich oczekiwaniami i podejrzeniami. Kim jest? Szarlatanem czy człowiekiem obdarzonym zdolnością jasnowidzenia?  Guru czy oszustem, który zbija majątek na wierze w moc tarota? Klientki zadręczały go pytaniami o wierność partnerów. Koniecznie chciały wiedzieć, kiedy wreszcie nadejdzie ta wielka, prawdziwa miłość. Ile będą mieć dzieci? Czy będzie bogaty, czy będzie je kochał do grobowej deski?  Panowie pytali głównie o powodzenie w grach losowych i prosili o poradę w interesach.

Niektóre kobiety, szczególnie te po czterdziestce, rzucały mu zalotne spojrzenia. Bez wątpienia, był przystojnym i dobrze utrzymanym mężczyzną, a co najważniejsze – nie miał nawet śladu obrączki na palcu. Czytał w nich jak w książkach. Ich myśli i pragnienia atakowały go mimo stawiania mentalnych barier, którymi próbował się odgradzać.  Jedna z nich przychodziła do niego kilka razy w miesiącu i zadawała mu bzdurne pytania. Tylko że on wyraźnie słyszał jej myśli. Te myśli krążyły wokół niego, przyklejały się do jego szyi, barków i ust. Nagabywała go w nieprzyzwoity sposób; w myślach dotykała jego kolan, siadała na nich, ocierała się o niego sporym, apetycznym biustem, zawisała mu na szyi. Ustami dotykała płatka ucha… Posunęła się nawet do nocnych mentalnych wycieczek po jego mieszkaniu. Ledwie zmaterializowana, przysiadała na łóżku, wciskała się pod piżamę...

Strzepnął popiół z tlącego się papierosa i wolną ręką rozluźnił schludny węzeł krawata. Taak, bez wątpienia miała talent, ale wykorzystywała go w zdecydowanie niewłaściwy sposób. No  a przede wszystkim – nie wiedziała, z kim ma do czynienia! Pewnego wieczora zaczaił się na nią  i przegonił zjawę sobie tylko znanym, sekretnym sposobem. Nie przyszła już nigdy więcej. Kiedy w kilka miesięcy później zauważył tę panią na ulicy i jak gdyby nigdy nic grzecznie się ukłonił - wydęła wargi i przeszła na drugą stronę. Nie dziwił jej się;  skutki działania zaklęcia były wyjątkowo nieprzyjemne i odczuwalne jeszcze po upływie pół roku…

Do sekretnych sposobów uciekał się niezwykle rzadko. Bał się zdemaskowania, bał się utraty przywilejów, do których już przywykł. Cenił sobie życie w dużym mieście, wśród tłumu ludzi, mimo że większością tych ludzi pogardzał. Tak jak tym żałosnym, początkującym satanistą, który na swoje nieszczęście  wszedł mu w paradę w nieodpowiednim miejscu i czasie i zobaczył coś, czego nie powinien był widzieć. Biedny głupek! Przyparty do muru, Amadeusz potrafił być groźny, chociaż nigdy nie posuwał się do rozwiązań ostatecznych. Czasami wystarczyło drobne natręctwo, zasugerowanie jakiejś małej fobijki – no, w ostatecznym wypadku jakieś drobne opętanie, skutkujące zapakowaniem w kaftan bezpieczeństwa. Żadnej przemocy!

Po tym drobnym incydencie, w ciągu kilku dni przeprowadził się do komfortowego mieszkania w lepszej dzielnicy i postanowił zająć się działalnością, która nie kojarzyła się w żaden sposób z wiedzą tajemną. Tak… niezły był pomysł z tym biurem matrymonialnym! »Raj Odzyskany«… Ludzie nie mają dziś czasu, aby się poznawać latami. Poszukują szybkich rozwiązań: narzeczona z katalogu, kochanek o cechach określonych w kwestionariuszu. Wiek od-do, wzrost od-do, kolor oczu ten a ten, niepalący, gospodarna, wierzący, kobiecznie szczupła blondynka. Nawet cel związku określony:  sponsorowanie, seks, tylko małżeństwo, towarzyski, bez zobowiązań…

Amadeusz zgasił papierosa w popielniczce, na obramowaniu której był wyrzeźbiony kościotrup. Ot, trochę czarnego humoru… Niespecjalnie troszczył się o swoje zdrowie; kieliszeczek czegoś dobrego od czasu do czasu, paczka dobrych papierosów dziennie… O formę i wygląd dbał – w końcu był wizytówką firmy. Wysoki, szczupły, pachnący markową wodą kolońską, z nienagannie utrzymanymi zębami i paznokciami, w butach wypastowanych na wysoki połysk i eleganckich, klasycznych garniturach, budził zaufanie i sprawiał wrażenie gwaranta szczęścia we dwoje.

Po incydencie z nagabującą go seksowną rozwódką zaczął nosić na palcu nieduży sygnet z granatem – cenny drobiazg, na którego realnej wartości mogli się poznać jedynie wysokiej klasy specjaliści zajmujący się biżuterią historyczną. Dzięki temu unikał krępujących pytań o stan cywilny, chociaż zdarzało mu się kątem oka chwytać spojrzenia niektórych klientek, rozczarowanych ofertami matrymonialnymi. »O, taki facet by mi pasował…«, »Szkoda, że już zajęty…«, »A może by tak…«. Odczytywał ich myśli i intencje, ale starał się, żeby się nie zorientowały. Chociaż czasami pozwalał sobie na drobne żarciki, odczytując ukryte głęboko marzenia klientów i podsyłając im wymarzonego partnera – wbrew pisemnie wyrażonym życzeniom.

»Katolikowi o zdecydowanie prawicowych poglądach« podesłał transseksualistę z dużym apetytem seksualnym, skromnej starej pannie z prowincji zamiast »spokojnego, ciepłego, niepalącego pana zdecydowanego na małżeństwo« podesłał narwanego artystę rzeźbiarza z szerokimi barami i dużym temperamentem, popalającego trawkę, wdowcowi, poszukującemu matki dla pięciorga osieroconych dzieci – byłą kurwę, która marzyła o ustatkowaniu się i domku z ogródkiem. Reklamacji dotychczas nie było. Czasami spotykał gdzieś na mieście objęte w czułym uścisku pary, niektóre popychające wózek ze śpiącym, błogo uśmiechniętym potomkiem… Szczęśliwe, a mimo to zmuszone do ukrywania przed całym światem sekretu swojego dobranego związku. Czasami byli klienci kłaniali mu się, ale zaraz potem oblewali się rumieńcem i odwracali wzrok… a on cieszył się z udanego kawału, którym uszczęśliwiał i jednocześnie unieszczęśliwiał ludzi. Dla szczęścia musieli zrezygnować z zasad, którym hołdowali. Nic za darmo!

Czasami przyglądał się szczęśliwie skojarzonym związkom, żałując, że nigdy na dłużej nie zagrzał miejsca  przy jednej kobiecie. Pociągały go kobiety piękne i inteligentne, z silnie rozwiniętą intuicją i dużą fantazją seksualną. Przez jakiś czas spotykał się z pewną malarką aniołów. Malowała piękne, uduchowione postaci, przepojone jakimś niesłychanym, kosmicznym pięknem i dobrocią. Odsunęła się od niego, gdy w jej snach pojawił się niepokój, czerwone wiry i płomienie, ptaki przybite do krzyży. Mimo udanego seksu, zrezygnowała z niego, żeby dalej malować te swoje głupie, kretyńsko uśmiechnięte anioły. Przypominał sobie jej twarz, tak podobną do twarzy zamyślonego anioła, jej kasztanowe włosy rozrzucone na poduszce, ich zapach, pulsującą żyłę na szyi. Obiady w kuchni pełnej ziół, kwiatów i białej porcelany. Szczupłość jej ramion; duże stopy i dłonie. Czasami malowała wczesnym rankiem, stojąc boso przy sztalugach, w zsuwającej się z ramienia nocnej koszuli. Przyglądał się jej kątem oka, wtulony w poduszkę, która pachniała jej potem i ulubionym szamponem. Udawał, że śpi, żeby nieskrępowanie paść się tym widokiem. Gdyby była świadoma tego, że jest obserwowana, nie wyglądałaby tak naturalnie; poprawiłaby opadające ramiączko koszuli, przyczesała włosy, starła smugę farby z policzka.

W październiku tło obrazu, który malowała, stało się mroczne, jakby w oczekiwaniu nadchodzącej burzy. W tle pojawiły się groźne, skłębione chmury i lewitujące szarobure strzępki materii. Anioł, którego namalowała, ledwie unosił się nad ziemią, miał zmęczoną twarz i opuszczone w rezygnacji ramiona. Jakaś ciemna smuga ciągnęła się od jego lewej stopy, jakby był przykuty do ziemi, jakby jakaś niewidzialna siła ściągała go w dół. A jednocześnie ona sama stała się smutna i melancholijnie nastrojona. Jego zabawy z szarfami już jej nie podniecały, a tylko budziły w niej niepokój. Była przekonana, że od niej odejdzie, i wolała zerwać sama. Zdawała sobie sprawę z tego, że Amadeusz wnosi w jej uporządkowane, pełne boskiego światła życie element szaleństwa, nieprzewidywalności i niepewności. Czuła, że jego namiętność, jego zapach, jego hedonistyczne podejście do życia naruszają jej duchowy spokój. Wciąż o nim myślała, ciągle za nim tęskniła; wypełniał całe jej życie, nie dając pewności jutra, nie oferując nic więcej prócz szalonej przygody.

Nie chciał się żenić; kiedy wyczuł, że pragnie stałego związku i marzy o dzieciach – zaczął się od niej odsuwać. Marzył o kobiecie silnej i szalonej, namiętnej i kreatywnej, która zafascynuje go i przed którą  nie będzie musiał ukrywać swojej natury. Alicja była zbyt słaba – uzależniła się od niego do tego stopnia, że nie mogła malować,  kiedy nie było go u jej boku, a kiedy wreszcie się pojawiał – jej obrazy zdawały się odzwierciedlać tylko strach, ból i niepewność. Zamiast Aniołów Stróżów, łagodnie czuwających nad podopiecznymi i przekazujących im swoją pozytywną energię, pojawiły się anioły wątpiące, rozgniewane, w poszarpanych szatach, anioły z mieczem uniesionym do walki, pałające chęcią wymierzenia ostatecznej kary.

Zaczęła snuć się po domu blada i cierpiąca, wśród rozrzuconych pędzli i kubków z wczorajszą kawą, w niechlujnych, powyciąganych swetrzyskach. Zaniedbała nawet   rudego kota Garfielda, który po tygodniu wyniósł się do sąsiadów. Po miesiącu postanowiła, że będzie go unikać i wreszcie, z zaczerwienionymi oczami i trzęsącymi się rękami – zerwała, nie podając powodów. Powtarzała tylko, że muszą się rozstać, i widać było, że konsekwentne powtarzanie tej frazy sporo ją kosztowało. Wyszła z tego związku zdruzgotana, rozchwiana psychicznie. Od wspólnych przyjaciół usłyszał, że zarzuciła malowanie aniołów i popadła w dewocję.

Drugą kobietę poznał w internecie. Przedstawiała się jako zgrabna, bezpruderyjna blondynka, kierowniczka działu marketingu w dużym zagranicznym koncernie. Pisała dowcipne, pełne erotycznych aluzji listy, które  rozbudzały jego wyobraźnię i pożądanie. Przy spotkaniu okazało się, że jest tylko zgrabna i zdesperowana. Zdecydowana zrobić wszystko, aby nie być już dłużej sama. Kompletny brak polotu i dowcipu, którym popisywała się w listach. Rozwódka »nie z własnej winy«, wcale nie pracowała w marketingu, tylko w dziale wysyłki pewnego wydawnictwa. Listy pisała jej najbliższa przyjaciółka – dziennikarka popularnego czasopisma kobiecego, która starała się podbudować ją na duchu i rozsyłała jej oferty w internecie. Jak się później okazało, w imieniu załamanej rozwodem przyjaciółki korespondowała z blisko tuzinem facetów.

Violę zobaczył w styczniu, blisko swojego biura, w porze lunchu. Burza kruczoczarnych włosów, czerwona szminka, czerwony płaszcz z wielbłądziej wełny, czarne kozaki na niebotycznie wysokich obcasach. Poruszała się jakoś tak dziwnie – niby zdecydowanie, energicznie, ale jednocześnie z taką leniwą kocią elastycznością. Zbliżała się do niego od strony przystanku tramwajowego. Wchodząc na chodnik, potknęła się i wpadła mu prosto w ramiona, przepraszając za swoją niezdarność. Miał wrażenie, że po każdym jej ruchu pozostaje za nią dziwne zawirowanie powietrza, przepojone zapachem orientalnych, różanych perfum, których nie potrafił zidentyfikować. Węszył jak pies, czując, że podnieca go zapach włosów nieznajomej, zapach perfum, dźwięk kilku złotych bransoletek na przegubie ręki, którą wsparła się na jego ramieniu. Skąd mógł wiedzieć, że polowała na niego już od miesięcy  i że jej »potknięcie« było starannie wystudiowane? Zafascynowany bliskością seksownej trzydziestolatki w słonecznych okularach, nie pomyślał nawet o tym, żeby »poszperać« w jej myślach i zorientować się, z kim ma do czynienia. A gdyby nawet próbował, okazałoby się, że jej myśli na zawsze pozostaną dla niego tajemnicą.

Znakomicie zdawała sobie sprawę z tego, z kim ma do czynienia. Wiedziała o jego zdolnościach parapsychicznych, o jego ucieczce od dobrze rozwijającej się praktyki wróżbiarskiej, o jego problemach z kobietami. Podążała za nim krok w krok, konsekwentnie i zdecydowanie. Mimo swojej amatorszczyzny, był łakomym kąskiem. Przystojny, zdolny, z temperamentem… Mogliby stanowić znakomicie dobraną, szczęśliwą parę… Oczywiście, do czasu…

Niespodziewanie dla samego siebie, zaprosił ją na kawę. Wylądowali w małej, przytulnej kawiarence. Zamówili kawę, potem zdecydowali się jeszcze na coś słodkiego i koniak na rozgrzewkę. Nie pozwoliła mu zapłacić za siebie. Powiedziała : może następnym razem – i od razu dodała: oczywiście, jeżeli się jeszcze kiedyś spotkamy. Znakomicie zdawała sobie sprawę z tego, że kolejnego spotkania nie będzie mógł uniknąć. Mimochodem wspomniała, że od niedawna mieszka w okolicy. Zafascynowany wpatrywał się w jej oczy. Miała dziwne tęczówki; nie potrafił powiedzieć, czy ma niebieskie, czarne czy zielone oczy. Pełgające światełko świecy stojącej na stoliku odbijało się w tych tęczówkach, które wydawały się płonąć. Złote płomienie w błyszczących wesołością oczach, długie rzęsy, zarumienione policzki, wilgotne usta.

Założyła nogę  na nogę, odsłaniając w rozcięciu spódnicy zgrabne kolano. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w jej usta. Nie słyszał, co mówiła, ale brzmiało to jak obietnica. Nagle jego uwagę przykuł jakiś drobny błysk na jej szyi. Kiedy się pochyliła, złoty wisiorek zakołysał się w wycięciu wydekoltowanej bluzki. To było coś znanego, jakiś symbol… Poczuł nagły niepokój, ale było już za późno. Zarzucona sieć powoli zamykała się wokół upolowanej ofiary.

Kilka dni później  musiał pojechać do centrum miasta, żeby uzgodnić szczegóły organizowanej przez swoje biuro zabawy walentynkowej. Niestety, w nocy temperatura spadła do ponad trzydziestu stopni i samochód nie chciał zapalić. Sięgnął po komórkę, żeby wezwać taksówkę, i w tym momencie usłyszał pukanie w szybę. Stała przy samochodzie, roześmiana, z burzą wypielęgnowanych włosów spływającą na kołnierz długiego futra, w czerwonych rękawiczkach, z czerwoną lakierowaną torebką pod pachą. Zaskoczony, odkręcił szybę.

  • Nie chce zapalić, prawda?

Potwierdził, w jakiś dziwny sposób czując zawstydzenie, że oto jemu, mężczyźnie, nie udało się uruchomić samochodu.

  • Zaraz podjadę, to odpalimy od mojego. Mam kabelki…
  • Violu, jesteś aniołem!

Parsknęła perlistym śmiechem. Jeszcze nikt nigdy tak jej nie nazwał. No to ma go już w garści. Wsiąkł z kretesem.  I oby nikt nigdy nie wyprowadził cię z tego przekonania, kochany, pomyślała.

Oddaj swój głos:
(4)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...