Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

CENA

Autor: Bożena Łozińska 7 lipca 2014,

- Milate anglika, milate anglika? – Martyna rozglądała się bezradnie, uparcie nie wypuszczając z rąk medalionu, który wpadł jej w oko. Sklep leżał co prawda w bocznej uliczce, ale mogła przecież oczekiwać, że dogada się z każdym sprzedawcą na Place – jeżeli nie po polsku, to przynajmniej po angielsku. Tymczasem tutaj, w małym sklepiku z antykami, wśród zabytkowych krzeseł, orientalnych dywanów, obrazów, książek, starej biżuterii i podrabianych amfor, w półmroku pachnącym kurzem, skórą i szlachetnym drewnem, przystojny młody sprzedawca o  dziwnie drapieżnym uśmiechu uparcie potrząsał  głową i powtarzał w kółko, że medalion nie jest na sprzedaż i nie chciał nawet rozmawiać o cenie.

            Już od kwadransa łagodnie, ale stanowczo usiłował wyjąć medalion z zaciśniętej pięści Martyny, a Martyna upierała się, jakby chodziło o jakąś niesamowitą okazję, chociaż miała w torebce tylko trzysta marek a przed sobą jeszcze tydzień pobytu w Grecji. Przyjechała w odwiedziny do koleżanki, która kilka lat temu wyszła za mąż za Greka. Po kilku dniach szalonego biegania po Atenach miała już dość muzeów i zabytków. Postanowiła powłóczyć się po starej dzielnicy i zajrzeć na pchli targ. Prawdę powiedziawszy, trochę pogubiła się wśród wąskich uliczek. Ale w końcu miała wrażenie, że znalazła coś naprawdę interesującego. Medalion wygrzebała wśród zapięć z kutego srebra do orientalnych szerokich pasów, sznurów korali i ciężkich bransolet. Przyciągał ją w tajemniczy sposób.

            Prosty, srebrny cieniutki krążek o nierównej, miejscami zatartej fakturze był niewątpliwie stary. Na awersie miał dziwaczny rysunek: połowa głowy młodzieńca, uchwycona en face, z dumnymi, pogardliwie wydętymi ustami przechodziła w odwróconą w lewo paszczę zwierzęcia – psa lub wilka. Pod spodem był napis, coś w starej grece, co nie kojarzyło się Martynie z niczym znanym. Za to na rewersie  było zdecydowanie wyryte imię Apolla, chociaż do psiej paszczy z awersu połączonej z połową głowy młodzieńca pasowało jak pięść do nosa.

            Martyna obejrzała sobie ten motyw dokładnie i była zdecydowana zaryzykować za to kuriozum nawet sto pięćdziesiąt marek. Dziwaczny motyw obudził w niej ducha odkrywcy. A odkrywcy nie poddają się tak łatwo. I gdy rozglądała się po sklepie w poszukiwaniu przygodnego tłumacza, jej nos wylądował nagle na kieszeni zniszczonej skórzanej kurtki. Podniosła głowę i otworzyła usta ze zdumienia:

  • Ned, to ty?
  • Dziewczyna z krainy bigosu...Martyna? Skąd się tu wzięłaś?

Chociaż minęły już trzy lata, przygarnął ją ramieniem, a ona poczuła, że serce zaczyna jej łomotać jak oszalałe. Znów był maj, Warszawa i jakaś imprezka u Amerykanów. Trochę nieobowiązującej wymiany uprzejmości, jakieś drinki, zakąski i nagle – olśnienie! On! Wysoki, lekko przygarbiony, w zniszczonej skórzanej kurtce narzuconej na niebieską koszulę. W klubie nie był chyba po raz pierwszy; przeciskał się między stolikami, witając się z większością gości jak ze starymi znajomymi. Co to za facet, zapytała wtedy Mary-Louise, a ta zrobiła okrągłe oczy: - Co ty, nie znasz Neda?

Ned należał do klasyki. Fotograf, korespondent wojenny, współautor paru znakomitych książek podróżniczych. Dobra partia, ale bez szans na dłuższą znajomość. Obieżyświat. Czarujący, ale zbyt lotny. Kobiety traktował jak obiekty sztuki: poznać, zaliczyć, sklasyfikować, odstawić na półkę. Pochodził z Denver, Colorado. I nagle z tłumu znajomych twarzy wybrał właśnie ją – przypadkowego gościa, który właśnie zbierał się do wyjścia.

  • Hej, chyba się jeszcze nie znamy? – rzucił wesoło, wyciągając rękę do powitania. Jestem Ned, Ned Marsas.
  • Martyna Pawłowska.
  • Martyna jak? Nie jesteś Amerykanką? Skąd jesteś?
  • Poland.
  • Holland? Kraina serów?
  • Nie, Polska, Warszawa. Z kraju bigosu... A ty jakoś nie masz typowego amerykańskiego

nazwiska?

Ciemnobrązowe oczy z jaśniejszymi plamkami zatrzymały się dłużej na jej twarzy i rudych włosach.

  • Masz rację, mój pradziadek pochodził z Grecji. Na Bałkanach zawsze wtapiam się w tło,

uchodzę za miejscowego. Musiałem się nawet nauczyć greki, bo nikt mi nie wierzył, że nie rozumiem...Hej, mogłabyś popilnować mi sprzętu? Zaraz wracam...

Bez zbędnych ceregieli, nie czekając na odpowiedź, zrzucił przed nią na stolik torbę z dwoma aparatami, kilkoma obiektywami i notatnikiem niewiele lżejszym od książki telefonicznej i za chwilę zniknął w tłumie. Martyna miała wrażenie, jakby zakręciła nią trąba powietrzna. Stała jak wmurowana, z otwartymi ustami, ale jakoś podejrzanie nie czuła pod sobą ziemi. Cholera, pomyślała, czy tak właśnie dopada człowieka prawdziwa miłość? Obok, jak drugi słup soli, stała Mary-Louise, której tornado w skórzanej kurtce nie zaszczyciło nawet jednym spojrzeniem.

Minęło półtorej godziny i szeregi bywalców klubu wydatnie się przerzedziły. Co z tym fantem zrobić?

  • Violet, nie wiesz, dokąd Ned poszedł? Muszę się zbierać do domu, a nie bardzo mam ochotę sterczeć tu z tą torbą do końca świata.

Pociągnięta za rękaw granatowej garsonki, drobna brunetka w okularach parsknęła śmiechem.

  • Ale cię zrobił, co? On jest znany z takich dziwacznych numerów... Właściwie mogłabym to przechować u siebie, bo na pewno wpadnie jutro do Ambasady, ale wiesz co? Na twoim miejscu nie pozbywałabym się tej torby tak łatwo... Wiesz co? Dam mu twój numer telefonu... Dziewczyno, wykorzystaj szansę!

Martyna przypominała sobie wydarzenia sprzed trzech lat i czuła, że policzki zalewa jej fala gorąca. Trudno, pal diabli... Wtedy wpadła po uszy. Następnego dnia Ned zadzwonił koło południa i umówił się z nią w Hotelu Marriott. Zapytał, czy mogłaby wpaść do jego apartamentu na drinka. Przywitał ją w białym szlafroku, boso. Rozgrzany kąpielą, jedną ręką wycierał włosy ręcznikiem, a drugą odbierał jej torbę ze sprzętem. Chyba z niejaką ulgą. Miała wrażenie, że się narzuca. Po licha właściwie dała się zaprosić do apartamentu? Szybkim spojrzeniem omiotła pokój. Na oparciu fotela leżały byle jak rzucone spodnie i gatki. Skarpety rozrzucone po podłodze, na stoliku do połowy pusta butelka Whisky i dwie szklaneczki. Obok opróżnione opakowanie aspiryny i popielniczka pełna niedopałków.

  • Przepraszam - powiedział wtedy, zauważając jej zażenowanie - przegadaliśmy z kumplem do rana... Dzięki, że przechowałaś mi torbę... Poczekaj chwilkę, zaraz się ubiorę i skoczymy może gdzieś na lunch...

Martyna jak zahipnotyzowana gapiła się na lewe kolano Neda, po którym ściekała smużka wody. Zaraz pod kolanem zaczynała się szeroka, brzydka blizna, która kończyła się nad kostką. To chyba ślad po kuguarze. Violet zachwalała jej Neda jako bohatera, którego jako nastolatka zaatakował kuguar. Wyobraziła sobie piętnastoletniego chłopaka, którego rozwścieczony kugar trzepnął łapą. Czy ma jeszcze jakieś blizny? Jak udało mu się uratować? Mocne, opalone nogi. Duże stopy...

I nagle poczuła, jak ramiona Neda zamykają się wokół niej, a nozdrza wypełnia jej zapach wody po goleniu i silnego, rozgrzanego męskiego ciała. Ned... Sztywniała w jego ramionach, a uszy wypełniał jej odgłos przyśpieszonego oddechu i szalonego pulsowania własnej krwi. Gorące, trochę zbyt natarczywe usta, kępki ciemnych włosów na muskularnej piersi. Nagle przestraszona, zaczęła się niezdarnie wyrywać, ale otulił ją połami własnego szlafroka i przycisnął do siebie. Spadające z jego włosów krople wody podniecały ją równie mocno jak bliskość tego mężczyzny, o którym wiedziała tylko tyle, że ciągle jeździł po świecie, narażając własną skórę dla paru dobrych ujęć i że mile wspominało go całkiem spore grono pań.

  • Ned...

Czuła gorący oddech na swojej szyi i wcale jej się to nie podobało. Przez zapach pasty do zębów przebijała woń whisky. Chyba ta na wpół opróżniona butelka nie była jedyna...

  • Co, kotku?
  • Nie chcę, żebyś sobie pomyślał...
  • Ciii, nic nie mów...

Delikatnie, ale stanowczo popychał ją w kierunku sypialni. Martyna wpadła w panikę. Nie chciała być tylko kolejną zdobyczą. Obu rękami odsunęła od siebie jego twarz, walcząc z zalewem obezwładniającego podniecenia.

  • Ned!!!

Leżeli w skłębionej pościeli. Ned sapnął i potrząsnął głową.

  • Sorry... Zachowałem się jak idiota. Bóg raczy wiedzieć, co sobie teraz o mnie myślisz...

Poprawił szlafrok, zawiązując pasek. Wyciągnął do niej rękę, pomagając jej wstać. I wtedy Martyna, niespodziewanie dla samej siebie, przytuliła się do jego piersi i pocałowała go w ramię. Pogłaskał ją po rozczochranych włosach , a potem ujął jej twarz w obie ręce i jeszcze raz sięgnął do jej ust. Już nie tak drapieżnie i agresywnie jak kilka minut wcześniej. Przyjrzał się dokładniej jej twarzy, a potem dotknął pulsującej tętnicy na swojej szyi. Pokręcił głową:

  • O Boże, co się ze mną dzieje? Zachowałem się jak idiota, ale wcale tego nie żałuję.

Prawdę powiedziawszy, wcale nie mam ochoty wypuścić cię z tego łóżka... Martyno, możesz tu ze mną chwilkę zostać? Przyrzekam, nie zrobię nic, na co mi nie pozwolisz...

Martyna poprawiła zsunięte ramiączko stanika. Siedziała na łóżku po turecku i dygotała, a w rozchyleniu rozpiętej koszulowej bluzki kołysał się na łańcuszku mały złoty krzyżyk.

  • Zapalisz? – podsunął jej pod nos paczkę papierosów.
  • Nie, dzięki... Nie palę...
  • A ja właśnie rzuciłem... Ależ ze mnie dureń!

Położył się na plecach i oparł głowę na jej kolanach. Brązowe oczy z plamkami na tęczówkach zakryły powieki. Zasnął. A Martyna siedziała na odrzuconej narzucie i modliła się, żeby ta chwila trwała i trwała w nieskończoność.

            I teraz nagle to spotkanie tutaj, na Place, w tym małym sklepiku z antykami. Po trzech latach, w ciągu których przypominała sobie jego oczy, jego usta, jego ręce i bliznę pod kolanem. W ciągu których żałowała, że nie pozwoliła mu na więcej. Jemu, a może raczej sobie? Kiedy zasnął, delikatnie ułożyła jego głowę na poduszce i wyszła. Wyjechał nazajutrz. Żadnych telefonów, żadnych listów, żadnych adresów.

  • Martyna? Ale traf! To naprawdę ty? Chcesz coś kupić?
  • Chciałabym kupić ten medalion, ale ten sprzedawca mówi, że mnie na to nie stać – Martyna otworzyła zaciśniętą pięść i pokazała Nedowi medalion.- A co gorsza, nie chce

nawet powiedzieć, jaka byłaby cena.

Ned roześmiał się  i sięgnął do kieszeni.

  • Ile za ten medalion? – zapytał po grecku.
  • Właściwie to ten medalion nie jest na sprzedaż – odpowiedział sprzedawca.

Przyglądał się Nedowi spod zmrużonych powiek, a na jego ustach powoli rozkwitał drapieżny uśmiech. Gdyby nie ten nieprzyjemny grymas, nadający jego twarzy jakiś dziwny rys okrucieństwa, jego twarz można by uznać za klasycznie piękną; ładnie wyrzeźbione nozdrza, oczy w ciemnej oprawie, mocno zarysowane brwi i mocny zarys szczęki... Wysoki, przystojny brunet nieco po trzydziestce, ubrany w lniane spodnie i  rozpiętą białą koszulę, z szerokim złotym łańcuchem na opalonej, gładkiej piersi. Szerokie bary, dłonie o starannie opiłowanych paznokciach i jasnobrązowe mokasyny na bosych stopach.

Stali obok siebie jak dwaj bracia, obaj przystojni, podobnej budowy i wzrostu, chociaż w ciemnobrązowych włosach Neda widać już było sporo siwych nitek. Ned, starszy brat... Martyna przypomniała sobie zdanie o »wtapianiu się« Neda w tło. Wyglądał jak Grek, był pewny siebie jak Grek i zamierzał się targować jak Grek.

  • No więc jak będzie? Podaj cenę. Chcę to kupić dla mojej dziewczyny.

Sprzedawca uśmiechał się cały czas, ale przyglądał się  bardziej Nedowi niż stojącej obok niego rudowłosej dziewczynie.

  • Pan nie jest Grekiem, prawda? – zapytał, muskając przelotnie palcem niedużą

alabastrową figurkę, przedstawiającą splecionych w uścisku kochanków.

  • Nie. Jestem Amerykaninem, ale mój pradziadek był Grekiem.
  • Nieźle pan mówi po grecku....
  • No to jak będzie z tym medalionem?
  • Właściwie to mógłbym porozmawiać z właścicielem, może zechciałby go sprzedać...

Niech pan przyjdzie do sklepu późnym wieczorem, może się dogadamy... Ale uprzedzam, że cena może być  wysoka...

  • Ile?
  • O pieniądzach nie mówmy przy damie. Przecież to ma być prezent, prawda?
  • W porządku, wpadnę około 21. Czy to za późno?
  • Ależ nie, będzie mi bardzo miło.

Martyna przyglądała się obu mężczyznom, nie rozumiejąc ani słowa z ich rozmowy. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że kurczowo zaciska palce na dłoni Neda.

Ned skinął głową młodemu człowiekowi za kontuarem i pociągnął Martynę do wyjścia.

  • Cholerny pedał! - wybuchnął zaraz za drzwiami. – Chyba ma ochotę przelecieć jakiegoś

faceta i dlatego nie chciał ci sprzedać medalionu! Ale będziesz go miała, choćbym miał mu dać w gębę!

Przeciskali się przez tłum turystów, byle dalej od zapchanej Plaki.

  • Może tym razem jednak wybierzemy się na jakiś obiad, co o tym myślisz? Znam taką fajną knajpkę na obrzeżach miasta, na ścianach jakieś skóry, stara broń, bardzo stylowo. Lubisz greckie żarcie?

Wskoczyli w taksówkę. Kierowca słuchał radia włączonego na pełny regulator i podśpiewywał pod nosem. Martyna odkręciła szybę po prawej stronie i podziwiała migające w szybkim tempie budynki. Po chwili straciła orientację i znudzona, odwróciła głowę do Neda. Mrugnął do niej i wyciągnął do niej rękę. Oparła mu głowę na ramieniu, czując przyspieszone bicie serca i znajome ukłucie strachu. Zdecydowanie nie chciała, żeby znowu zniknął jej z oczu jak przelatująca kometa...

...............

 

Popołudnie upłynęło im w miłej atmosferze. Ned odkrywał dla niej miejsca, których nie było nawet w przewodniku. Zaciągnął ją do knajpki z kraciastymi obrusami, pełnej tytoniowego dymu, z zakurzonymi egzemplarzami starej broni i makatkami na ścianach. Od stolika, przy którym siedziało dwóch starszych Greków, powitały go radosne okrzyki i gwizdy. Dostrzeżono także urodę towarzyszącej Nedowi dziewczyny, tym bardziej, że była jedyną kobietą w całej knajpce.

Usadził Martynę przy stoliku i przeprosił ją na chwilę. Podszedł do siedzących przy ouzo i zakąskach staruszków i wylewnie się z nimi przywitał. Za chwilę był już z powrotem:

  • Ten starszy gość z laseczką to mój gospodarz.  Jest stryjem mojego kolegi z National Geographic.

 

Staruszek machnął ręką w pozdrowieniu w stronę Martyny, a potem krzyknął coś do barmana, który burknął coś pod nosem i zniknął na zapleczu. Za chwilę na kraciastym obrusie wylądowała istna bateria zakąsek – past, miniaturowych gołąbków w liściach winogron, oliwek, serów i sałatek, chleb w plecionym koszyku, butelka czerwonego wina i dwie szklaneczki z grubego szkła. Martyna jadła z apetytem, rozglądając się wokół i słuchając opowieści Neda o ostatnich miesiącach spędzonych w Grecji, o domu w Denver, którego budowę nadzorowali jego rodzice, Beth i Gregory. Przyglądała się gestykulującemu przystojnemu mężczyźnie i marzyła, żeby to popołudnie nigdy nie dobiegło końca. Pożegnali się wczesnym wieczorem przed jej hotelem, oddalonym o dwie przecznice od domu Baśki i Hristosa. Obiecał, że zadzwoni.

Nie zadzwonił. Ani tego wieczoru, ani następnego.       Zapomniał? Może coś mu wypadło?

Martyna przesiedziała w pokoju hotelowym wiele godzin, wpatrując się z nadzieją w telefon. Nie miała ani telefonu Neda, ani jego adresu w Atenach. Pożegnała się z już przyjaciółmi i trzeciego dnia doszła do wniosku, że najlepiej będzie odszukać knajpkę z kraciastymi obrusami. Nie zapamiętała nazwy ulicy ani nawet kierunku, w którym jechała z Nedem taksówką. Mogłaby za to przywołać w pamięci zapach jego kurtki, odcień opalonej skóry, policzyć kropki na jego brązowych tęczówkach. Jej ciało domagało się ramienia Neda, jego dotyku, delikatnego zapachu potu przebijającego spod dobrej wody po goleniu. Co tu dużo ukrywać – miała nadzieję na „dalszy ciąg”… Przypomniała sobie dreszcz podniecenia, kiedy stanął za jej plecami w sklepiku na Place. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że to on. Jej ciało zareagowało instynktownie. Tęskniła…

Reszta pobytu w Grecji upłynęła jej na kręceniu się wokół redakcji National Geografic, chodzeniu po Place i próbach zabicia rodzącej się tęsknoty wycieczkami. W środę 11 sierpnia błąkała się po Meteorach. Wracając do hotelu w Kalambace, obserwowała w grupie podnieconych turystów zaćmienie słońca. Niesamowity moment, kiedy nagle umilkły cykady i zrobiło się chłodno. Cienki krążek słońca, zakryty przez księżyc... i poczucie bezsulnej złości, że znowu została wystawiona do wiatru. Na kilka godzin przed odlotem udało jej się odnaleźć kolegę Neda – reportera z National Geografic.

Glavkos był mocno zbudowanym, łysiejącym brunetem o dużych dłoniach. W ciągu półgodzinnego spotkania przy kawie i szklaneczce ouzo, zdążył jej opowiedzieć o gaju oliwnym w okolicy Delf i o pierwszym spotkaniu z Nedem w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Opowiadał o wojnie, jakby to była tylko męska przygoda, gestykulując muskularnymi rękoma. Dla wygody rozpiął i podwinął długie rękawy białej koszuli. Przy każdym geście wzrok Martyny natrętnie przykuwał błysk grubej złotej bransoletki na przegubie i brak serdecznego palca u prawej ręki. Mężczyzna przyglądał się dziewczynie z zainteresowaniem, chociaż bardzo starał się kontrolować i nie zatrzymywać dłużej wzroku w okolicy opalonego dekoltu dziewczyny i jej kolan, rysujących się pod cienką letnią spódnicą.

Nie, nie widział Neda od ponad dwóch tygodni.  Stryj pytał go o Neda już kilkakrotnie. Ned zostawił u niego cały sprzęt fotograficzny, wart małą fortunę – i zniknął.

 

To już tyle lat… Od wyjazdu z Aten pod koniec sierpnia 1999 roku  tyle się zmieniło… Wrześniowe trzęsienie ziemi, które zniszczyło wiele budynków na Place, pierwszy przyjazd Glavkosa do Polski, pierwszy wspólny spacer po Starym Mieście. Topniejące płatki śniegu i roztańczony Sylwester. Nowa praca Martyny, wakacje na Peloponezie. Przelotne wspomnienie Glavkosa, sterującego ku niej z zadowoloną miną pewnym, niezmiennym kursem na plaży w Tolo. Zwariowany tydzień w małej miejscowości pod Delfami i pierwszy kontakt z najbliższą rodziną Glavkosa – jego matką i dwoma braćmi. Wspomnienie chropowatej kory wiekowych drzew oliwnych i pierwszego zachłannego, niezgrabnego pocałunku. Był sierpień roku 2003. Zaskoczenie, że te kilka lat tak ich do siebie zbliżyło.

Wejście Polski do Unii. Śmierć Milewicza i Bouamrana 7 maja 2004 roku. Nowy Rok 2005 w Atenach z Glavkosem i zaręczynowy pierścionek, który ku jego zakłopotaniu okazał się za duży. Mozolnie budowane plany zburzył jego nagły wyjazd. Historyczne, pierwsze demokratyczne wybory w Iraku.  To miało potrwać tylko pół roku. W tydzień po wyjeździe Glavkosa okazało się, że Martyna jest w ciąży. Nie powiedziała mu, żeby nie zmuszać go do wcześniejszego powrotu. Dziennikarstwo było jego żywiołem. Chciał na gorąco przekazywać informacje o sytuacji po wyborach.   Trudne oczekiwanie na jego powrót. Czy powinna mu powiedzieć?

A teraz już go nie ma. Wybuch samochodu-pułapki pod Bagdadem zniweczył wszystkie plany, zburzył poukładane życie Martyny. Zemdlała na schodach.  Krzyczała, żeby ratowali dziecko. To wszystko, co zostało jej po Glavkosie. A teraz i jego nie ma.  Prawie pół roku dochodziła do równowagi po podwójnej, bolesnej stracie.  Pogrzeb Glavkosa w jego rodzinnej miejscowości pod Delfami pamiętała jak przez mgłę. Matka Glavkosa w czerni, podtrzymywana przez najstarszego syna i jego żonę. Obok najmłodszy brat – młodsza wersja  Glavkosa. Kamienista, spalona słońcem gleba. Glavkos był kiedyś silnym, barczystym mężczyzną. Niewielka trumna wydawała się zupełnie nie na miejscu. Niewiele z niego pozostało.

Wróciła do Warszawy, ale wytrzymała tam tylko do końca czerwca. Z dnia na dzień spakowała plecak i wyjechała do Grecji.  Upał, tłumy turystów kłębiące się na ulicach, wyślizgane kamienie na Akropolu.  I ból, który wybuchł nagle w piersiach, w żołądku i gardle. Przełknęła ślinę, z trudem opanowując łzy. Postanowiła, że powłóczy się jeszcze po Place a potem zajrzy do dawno niewidzianej przyjaciółki Basi i jej greckiego męża. Basia niedawno urodziła trzeciego syna. Podróż do Delf trzeba będzie odłożyć przynajmniej do jutra. Musi się trochę uspokoić…

 

Za tydzień Glavkos skończyłby 49 lat…

Nigdy jakoś nie myślała o dzielącej ich różnicy wieku. Sama skończyła w styczniu 35 lat… Zawsze wydawał jej się taki spokojny, uporządkowany, opiekuńczy. Przypominał jej ojca, którego straciła, kiedy miała 15 lat, a którego bardzo kochała. Ojciec był nieczęstym, ale zawsze niecierpliwie oczekiwanym gościem w ich domu w Szczecinie. Pływał na statkach pasażerskich. Zmarł nagle podczas jednego z rejsów na serce.

Niechciane łzy znowu napłynęły jej do oczu. Szybko wyciągnęła chusteczkę i wytarła oczy, ale wrażenie ściśniętego gardła nie mijało. Ruszyła przed siebie i nagle ze zdziwieniem stwierdziła, że chyba się zgubiła. A wydawało się, że po kilkumiesięcznym mieszkaniu w Atenach zna Plakę jak własną kieszeń. Wiele razy starała się odnaleźć sklepik, w którym spotkała się z Nedem, ale po trzęsieniu ziemi chyba nie został odbudowany. Nie mogła znaleźć nawet tej bocznej uliczki… Skręciła w lewo, bo wydawało jej się, że gdzieś tutaj powinien być sklepik z artykułami dla zwierząt, przed którym były zawsze wystawione klatki z kanarkami. A od sklepiku to już…

I nagle  prawie potknęła się o stojącego przed sklepem młodego człowieka w rozpiętej białej koszuli. Zupełnie jakby tam czekał od zawsze.  Ten sam lekko znudzony wyraz twarzy, te same ładnie wyrzeźbione nozdrza i mocny zarys szczęki... Te same wypielęgnowane paznokcie i ani jednej siwej nitki w ciemnobrązowych włosach, chociaż jak obliczyła Martyna, powinien mieć teraz już około czterdziestu lat. Wyglądał nawet młodziej niż w roku 1999. Klon sprzedawcy sprzed sześciu lat? Może młodszy brat?

Spojrzał na nią z tym samym dziwnym, drapieżnym uśmiechem i cofnął się, żeby wpuścić ją do sklepu. Dałaby sobie rękę uciąć, że to ten sam facet i że ją rozpoznał. Dziwne, bo tego typu sklepiki z biżuterią i antykami odwiedzają co roku tysiące turystów. Przyglądał się jej przez dłuższy czas w milczeniu, jakby nie był pewien, w jakim języku powitać klientkę, chociaż greccy sprzedawcy już na pierwszy rzut oka bezbłędnie rozpoznają poszczególne nacje i od razu zwracają się do turystów w ich ojczystym języku.

Właściwie nie miała zamiaru niczego kupować. Przez te wszystkie lata chciała odnaleźć sklepik, żeby zapytać o Neda. Czy ten młody mężczyzna będzie pamiętał Amerykanina greckiego pochodzenia, który chciał kupić medalion?  Nie bardzo wiedziała, od czego zacząć. Serce jej biło jak oszalałe. Uspokój się, kobieto, pomyślała i zaczęła przyglądać się od niechcenia półkom i gablotom, jakby spodziewała się, że czas się cofnie i zaraz w drzwiach stanie Ned w swojej starej skórzanej kurtce.

Podeszła do regału i musnęła palcami kilka grzbietów starych książek. I nagle poczuła ten dziwnie znajomy zapach, a jej ramiona pokryła gęsia skórka… Co to jest?  Z opasłego tomiska oprawnego w skórę zwisał na łańcuszku srebrny medalion. Martyna wyciągnęła drżącą rękę i zdjęła go z okładki.

Boże, to chyba niemożliwe! Przyjrzała się uważnie przykurzonemu srebrnemu krążkowi. Ten sam medalion, który Ned jej obiecał przed sześciu laty, z paszczą pół-wilka i twarzą pół-człowieka. Trzęsła się z emocji, chociaż wydawało się jej, że to nie tylko emocje związane z medalionem. Może to tylko kopia? Może tego typu wisiorki można znaleźć w co drugim antykwariacie?

Dotknęła skórzanej okładki i ściągnęła książkę z półki.

- Ta książka nie jest na sprzedaż – powiedział sprzedawca po angielsku, bezceremonialnie odbierając dzieło Martynie i stawiając je z powrotem na półce. – Widzi pani? Okładka jest uszkodzona – postukał smukłym palcem w grzbiet książki, który przecinała szeroka, brzydka rysa.

Martyna poczuła strach. Coś tu jest grubo nie w porządku. W uszach pulsowała jej krew, serce biło jak oszalałe. Przez te kilka sekund, kiedy trzymała książkę w ręku, miała wrażenie, że dotyka czegoś znanego. Ukradkiem powąchała palce. Zapach Neda – jego skóry, jego wody po goleniu. Tylko skąd ten strach, skąd ta gęsia skórka na przedramionach?

Trzymając medalion w jednej ręce, zdecydowanym ruchem wyjęła książkę z powrotem. Jezu, to jakiś obłęd! – pomyślała. Jakby z oddali, zaczęły dochodzić do niej dziwne wrażenia, jakby w jej głowie przewijał się z prędkością światła dziwaczny film. Dźwięki muzyki, monotonne cykanie cykad, powiew ciepłego wiatru… i nagle jakiś zwierzęcy krzyk, który wybuchł w jej czaszce, krzyk pełen wściekłości i śmiertelnego przerażenia. I cisza.

Musiała dziwnie wyglądać na środku tego małego sklepiku, ze zjeżonymi włosami, z oczami rozszerzonymi nagłym strachem, z otwartymi ustami. Opanowała się na tyle, żeby spojrzeć sprzedawcy prosto w oczy. Stał przed nią wysoki i szczupły, a na jego usta wpełzał powoli pogardliwy, drapieżny uśmieszek.

– Mimo to nalegam – powiedziała swoją niedawno szlifowaną greką, starając się, żeby to zabrzmiało bezczelnie i zdecydowanie. Czy to, co zobaczyła w jego oczach, to niepokój? - Chcę ten medalion i tę książkę. Cena nie gra roli…

 

A po chwili dodała po polsku: - I będę je miała, ty cholerny olimpijski skurwysynu!

 

 

 

 

 

 

 

Oddaj swój głos:
(2)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...