Kalendarz » Polska

Misjonarze z Dywanowa Pinky tom pierwszy cz.II

Autor: Władysław Zdanowicz 7 lipca 2014, Kwidzyn

Dla przypomnienia pierwszy fragment: http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/855/misjonarze-z-dywanowa-fragment-pinky.html

 

– Tak jest, panie plutonowy… Jedno okrążenie wokół? – spytał domyślnie szeregowy.
– Jedno? – zdziwił się plutonowy z uśmiechem. – Jastroń, lepiej was oceniam.
– Dwa? – spytał Jastroń z nadzieją w głosie.
– To tylko jeden kilometr, więc co najmniej pięć – jedno spojrzenie wystarczyło, aby zauważył, że nikt z poborowych nie stoi na baczność. – Nie pamiętam, abym podał komendę „Spocznij!” – zaznaczył, spoglądając na nich surowo. – Żołnierz nic nie robi bez rozkazu, więc aby ta reguła weszła wam w krew i żeby waszemu koledze nie było nudno, pozostali będą mu towarzyszyć przez cztery okrążenia. Ostatnie pobiegnie na czas, sprawdzimy jaki jest dobry.
Dokładnie w tej samej chwili odezwała się komórka w jego kieszeni. Nie krępując się, wyciągnął ją z kieszeni, zerknął kto dzwoni, ciężko westchnął i schował go z powrotem.
– Idę do szefa. Dawniej to przysłaliby dyżurnego, a teraz wysyłają SMS-a na prywatną komórkę. Nic dziwnego, że wojsko się nudzi i głupoty im chodzą po głowie – nie krył goryczy w swoim głosie. – No, panowie poborowi, pora na zaprawę. Jedno okrążenie tak jak stoicie, a następne w stroju do zaprawy. Czy ktoś wie, jak wygląda strój do zaprawy? – zapytał retorycznie, nie spodziewając się odpowiedzi. –
Szeregowy Jastroń, skoro jesteś taki mądry, może nas oświecisz?
– Tak jest, panie plutonowy. Trampki – moro, góra – skóra, dół – BeGieEsy!
– Co? – zdziwił się, słysząc poprawną odpowiedź. – Co to było ostatnie?
– Bojowe Gacie Sportowe.
Poborowi zaśmieli się cicho, jakby nie byli pewni, czy mogą, i poganiani przez kaprali ruszyli wykonać swoje pierwsze zadanie w wojsku.
Wchodził na kompanię, gdy coś go tknęło. Przystanął w drzwiach i spojrzał na nowych poborowych biegających po placu. Nie zdziwił się, gdy dostrzegł kaprali stojących razem w jednym miejscu i palących papierosy, zamiast nadzorować poborowych. Tam gdzie stali, widzieli cały plac i w każdej chwili mogli interweniować, choć według regulaminu powinni biec z poborowymi. To było po
prostu silniejsze od nich, przyzwyczajenie wyssane z mlekiem matki, taki program w głowie: nie napracować się powyżej tego, co musisz, i zorganizować pieniądze, aby starczyło na następną butelkę. Nazywał to syndromem małego pijaczka, choć oni na pewno nie byli pijaczkami, po prostu utożsamiali się z zasadą: jak najmniej pracy, jak  najwięcej korzyści. Obiecał sobie, że popracuje nad kapralami i przypomni im, jak ma wyglądać wzorowa służba, bo to, że on wyjeżdża, wcale nie znaczy, że można
olewać służbę. W każdym razie w jego plutonie, bo on tu wróci po misji i chce mieć wojsko, a nie zgraję niedopieszczonych chłoptasiów.
Zerknął jeszcze na biegnących. Tak jak przypuszczał, na czele biegł szeregowy Jastroń i Krawczuk, dyktując ostre, ale stałe tempo więc tylko kilku kolegów próbowało dotrzymać im kroku, ale od razu było widać, że brak im treningu. Po nich – spora przerwa, a później długi szereg, który był zainteresowany wszystkim, tylko nie tym, co w tej chwili wykonywali. Na samym końcu dreptało dwóch najgrubszych spośród poborowych, próbując co kilka kroków podbiec, aby za bardzo nie zostać z
tyłu. Jednym słowem – kolejni ministrowie plotą bzdury na temat wychowania patriotycznego zamiast przekazać pieniądze na przygotowanie fizyczne przyszłych poborowych.
Z przyzwyczajenia przeszedł pokój ogólny i bez pukania wszedł do gabinetu zajmowanego przez szefa kompanii, ignorując rozpaczliwe gesty jednego z jego podwładnych. I po raz kolejny stwierdził, że w końcu musi się jednak nauczyć pukać.
Starszy sierżant Zdenkiewicz gorączkowo wciskał coś pod biurko, zaskoczony jego nagłym wejściem. To, co z takim mozołem wciskał, przypominało Leńczykowi ostatniego „Playboya” lub podobne pisemko. Odczekał, aż szef wciśnie dowód zbrodni w szufladę biurka, udając, że nie dostrzegł nic dziwnego w tym, że sierżant w godzinach urzędowania ma czas na oglądanie prywatnych czasopism. Każdy mógłby powiedzieć „A jaki to kłopot, schować w szufladzie biurka jakąś tam gazetę?” i
zapewne miałby rację, ale jak się ma czterdzieści, pięćdziesiąt kilogramów nadwagi przy wzroście stu siedemdziesięciu centymetrów, a pokój, w którym się urzęduje, nie jest salonem w eleganckiej willi, lecz przypomina spiżarkę w zapomnianym domu ogrodnika, to wtedy jest to problem. Już sam sposób, w jaki sierżant szef wciska się w niewielkich rozmiarów fotel za biurkiem, powodował że jak najrzadziej się z niego podnosił. Kiedyś chcieli mu wymienić fotel na nowszy, większy model, ale okazało
się, że wtedy musiałby zrezygnować z biurka, albo z szafy z dokumentami stojącymi tuż za fotelem, a na to sierżant nie wyraził zgody. Tak samo zresztą jak odrzucił propozycję przejścia do innego, większego pokoju, co wiązało się z tym, że musiałby częściej przemieszczać się po korytarzach. Nie było możliwości, aby przeniósł tam całą swoją kancelarię, nad którą miał skrupulatną i wnikliwą pieczę.
Wojsko wszystkim kojarzy się z grupą mężczyzn, którzy są cały czas sprawni fizycznie, szczupli – oczywiście bez przesady – i gotowi do ciężkiej, wydajnej pracy, wykonywanej bardzo często w ekstremalnych warunkach; którzy dla współobywateli i ojczyzny są gotowi na wiele wyrzeczeń i cierpień. I mają jak najbardziej rację, bo to jest idealny wizerunek żołnierza, do którego nie pasuje niestety sylwetka starszego sierżanta sztabowego Zdenkiewicza. Z jakichś genetycznych powodów, sylwetka starszego sierżanta upodobniła się do sylwetki: falite. Dokładnie oznaczało to, że
sierżant miał sylwetkę najbardziej zbliżoną do gruszki. Czyli mówiąc wprost, dupę miał jak szafa czterodrzwiowa, podczas gdy reszta ciała nie odbiegała od normy.
Szczególnie, gdy siedział za biurkiem, częściowo ukryty za komputerem, wtedy nikt nie mógł podejrzewać, że coś jest nie tak z jego gotowością bojową. Gorzej było, gdy ktoś spotykał sierżanta podczas jego przemieszczania się po korytarzach jednostki.
Tajemnicą poliszynela pozostawało, jak sierżant przechodził obowiązkowe w wojsku testy sprawnościowe. Szczerze mówiąc, nikt nie pamiętał, aby wyżej wymieniony był w ostatnich dziesięciu latach kiedykolwiek na strzelnicy, nie mówiąc już o basenie, choć wielu chciałoby to zobaczyć. Jednakże wszystkie testy miał zawsze zaliczone z oceną „dobry” – i każdy, kto miał kapinkę oleju w głowie, nie próbował negować tych wyników, nawet jeśli sam otrzymywał słabą trójkę i dowódca jednostki pozbawiał go premii.
Były pewne rzeczy, które rekompensowały jego niedostatki fizyczne i powodowały, że bezpośredni przełożeni nie chcieli dostrzec niedoskonałości ciała, choć sierżant sam dbał o to, aby nikt postronny nie oglądał go w całej krasie i miał na to sprawdzony, oraz prosty sposób. Pojawiał się w jednostce przed wszystkimi i zaszywał się w swoim królestwie. Bardzo szybko okazało się, że bez niego
funkcjonujący tu system zawali się jak domek z kart, ponieważ bez zaglądania do komputera wiedział, gdzie i w którym skoroszycie są potrzebne dane niezbędne przełożonemu. Poza tym nigdy nie zawalił żadnego sprawozdania, a kończył pracę i wyjeżdżał z jednostki, gdy już nikogo z dowództwa nie było. Miał jeszcze jedną dodatkową zaletę – znał wszystkich ważnych podoficerów w armii, przez co potrafił
dotrzeć do informacji wcześniej niż specjalistyczne służby wywiadowcze, wiedział z wyprzedzeniem, kiedy i kto przyjedzie na kontrolę do jednostki, kto i kiedy dostanie awans lub przeniesienie do innej jednostki. Oraz potrafił załatwić telefonicznie każdą rzecz, jaką ktokolwiek potrzebował. Mówiło się, że zna każdego i z każdym jest na „ty”, choć tylko dwa procent tych osób widziało go osobiście.
Starszy sierżant miał swój sposób na podtrzymywanie znajomości i to im bardziej zależało, aby znaleźć się na jego liście znajomych. Każdy z listy otrzymywał raz w roku – z okazji urodzin – przesyłkę z prawdziwym rarytasem, o którym zawsze długo pamiętano, chociaż został już dawno… wypity. Nalewki, które z upodobaniem przyrządzał w domu, po służbie, były najbardziej poszukiwanym prezentem dla każdego obchodzącego jakiekolwiek święto. Legendy o zasobach jego piwniczki
były powszechnie znane, ale mało kto z jednostki mógł się pochwalić, że kiedykolwiek przekroczył próg tego sezamu, ponieważ starszy sierżant przyjmował u siebie nielicznych szczęśliwców. Odwiedzający musiał się sporo namęczyć, zanim został mu wyznaczony termin wizyty, co wcale nie znaczyło, że wychodził obdarowany jakimś skarbem z piwnicy. Nawet przełożeni sierżanta nie byli zapraszani na prywatne spotkania, a niektórzy przywykli już do tego, że sierżant przypominał sobie o służbowym wyjeździe, gdy tylko zaczynali się wpraszać z wizytą. Z drugiej strony potrafił powiedzieć w oczy dowódcy okręgu, że wyjeżdża i nie ma dla niego czasu, a na takie postępowanie niewielu miało odwagę.
Co najdziwniejsze sierżant Zdenkiewicz był abstynentem i domatorem. Zresztą nie musiał nigdzie chodzić, bo armia zapewniała mu wszystko, czego potrzebował, a ponieważ nie miał szczęścia do kobiet, dawno dał sobie z nimi spokój. Co nie znaczy, że zadowalał się sam lub przerzucił swoje zainteresowania na inną płeć. Raz w miesiącu odwiedzała go pewna pani, niekoniecznie z agencji. I to mu wystarczało, a jednocześnie nie rzutowało na jego dyspozycyjność wobec służby.
Były oczywiście osoby, które miały pewne przywileje i choć nie było ich wielu, to plutonowy był na tej liście, a dowódca jednostki i sporo wyższej kadry już nie.
– Wchodzisz jak do chlewa! – zrugał plutonowego dopychając szufladę brzuchem. – U was w domu nadal nie ma drzwi i snopkami je zawierasz?
– Przepraszam, szefie. – Plutonowy uniósł dłonie do góry w geście przeprosin, ale nie zamierzał wychodzić z pokoju. – Zamyśliłem się…
– Zamyślił się, jeszcze moment, a powie, że w ogóle myślał – sierżant zaśmiał się ironicznie, patrząc mu w oczy. – Od kiedy plutonowy umie myśleć? Słyszałem, że ten przywilej przysługuje od sierżantów wzwyż. Mogę się założyć, że właśnie tę wersję sprzedawałeś przed chwilą poborowym?
– Przed szefem nic się nie ukryje. – Plutonowy z trudem sadowił się na niewielkim stołku ustawionym przy biurku. Stołek stał tam nie bez powodu: był na tyle niewygodny i na dodatek bez oparcia, że każdy, kto w pierwszej chwili chciał w tym pomieszczeniu dłużej pobyć, od razu rezygnował z tego pomysłu. Załatwiał swoje sprawy jak najszybciej i znikał w czeluściach korytarza. – Tym razem
wprowadziłem jednak pewną zmianę. – Odczekał, aż sierżant ruchem brwi wyrazi zainteresowanie. – Tak naprawdę, to myślą plutonowi, a sierżanci to taka niedopracowana namiastka oficerów, im myślenie nie przystoi. W każdym razie korzystają z tego wybiórczo.
– Uśmiałem się – stwierdził ironicznie sierżant Zdenkiewicz krzywiąc twarz z dezaprobatą. – Teraz rozumiesz, dlaczego tobie podobni są dożywotnimi plutonowymi, a tacy jak ja starszymi sierżantami.
– Ale też dożywotnimi – złośliwie zauważył plutonowy, uśmiechając się szeroko i nic sobie nie robiąc z surowej miny Zdenkiewicza.
– Owszem, ale z własnego wyboru. – Po raz pierwszy sierżant się uśmiechnął. – Tobie jeszcze długo nikt nie zaproponuje awansu, a ja przez ten czas miałem już trzy propozycje awansu na chorążego.
– I tego nie rozumiem. – Plutonowy oparł łokieć na biurku i patrzył sierżantowi prosto w oczy. – Szefie, czemu nie skorzystałeś z okazji? Chorąży to większe pobory, większa emerytura. Można powiedzieć, że to prawie oficer.
Sierżant zamiast odpowiedzieć, rozejrzał się po swoim pokoju, rozłożył ręce w geście bezradności i ponownie skupił uwagę na plutonowym.
– A co z tym? Przecież nikt poza moją skromną osobą nie jest w stanie nad tym zapanować! Dobrze, gdy człowiek wie, gdzie jest jego miejsce i nie marzą mu się salony. Jestem prostym sierżantem, który wykonuje dobrze, mam taką nadzieję, swoją pracę. Szanują mnie, więc nie widzę powodów, aby na siłę szukać awansów.
Iść w oficera i szwendać się po sztabie, szczególnie z moją sylwetką? – pokręcił przecząco głową. – To najlepszy sposób, aby załapać się na przyśpieszoną emeryturę, a mnie się tam jeszcze nie śpieszy. W domu też nikt na mnie nie czeka.
Zaśmiali się obaj i spojrzeli na siebie z sympatią.
– Jak wspomniałem – ciągnął dalej sierżant – prosty człowiek nie potrzebuje wiele do życia. Mógłbym ci wymienić wszystkich ministrów obrony, kolejnych dowódców naszej jednostki, multum politruków, którzy zostali kościelnymi klęcznikami. Wszyscy oni BYLI! A ja nadal tu jestem. Kto z nas jest bardziej
potrzebny wojsku? Ja czy oni? – spytał retorycznie. – Myślisz, że ktoś by mnie tu trzymał, gdyby znaleźli innego głupiego na to stanowisko? Ale mam nad nimi przewagę, bo wiem, że bez dobrego podoficera logistyki cała ta wielka i nowoczesna armia jest gówno warta. Gdy zabraknie mydła, paliwa, żarcia, prądu, to cała ta armia jest tylko zgrają przypadkowego tałatajstwa, która co najwyżej może się obrzucać kamieniami. Tu – wskazał ręką na półki pełne skoroszytów – jest krew wojska, dzięki
któremu ono żyje. Głupi powie, że to tylko papiery i cyfry, ale bez tych papierów żaden z tych wielkich wojaków nie miałby gaci na dupie i nadal chodziłby ubrany w skóry i machając maczugą.
– Którą zapewne ty byś musiał mu załatwić – zaśmiał się plutonowy. – Chcesz być generałem papierów i cyfr, twój wybór. Ja wolę karabin w dłoni.
– Bo jesteś młody i głupi. A co do generałów, to daj mi jednego, który byłby w stanie opanować ten bajzel, to przez tydzień będę ciebie w tyłek całował przed frontem kompanii. Oni są dobrzy w salonach, do wydawania rozkazów, ale nie tu. – Uderzył dłonią w biurko. – Tu trzeba pracować głową, nie tylko wtedy, gdy jest spokój ale także, gdy latają nad głową pociski. Choć znam kilku, którzy wolą pociski
i twardą ziemię od biurek zasłanych papierami, ale to są wyjątki wśród tej zgrai bażantów i pawi.
– Jakoś nie wyobrażam sobie sierżanta pod gradem kul – zaśmiał się plutonowy chrapliwie, zerkając, czy aby nie uraził sierżanta swoją wypowiedzią. Uspokoił się, widząc, że na twarzy pojawił się uśmiech.
– Ja też – sierżant rechotał zadowolony. – Jakkolwiek bym nie leżał, to i tak moja dupa wystawałaby pół metra nad powierzchnią ziemi, a póki co, to w naszej armii nie przewidziano specjalnego dupnego metalowego okrycia dupnej części ciała.
Zresztą o takim obwodzie to produkują tylko kołnierze do czołgów – śmiał się coraz głośniej. – Od razu dostałbym po garach i trzeba by było wołać pluton łapiduchów, aby mnie przetoczył do punktu sanitarnego, albo zamówić SPNST. – Dostrzegł zdziwione spojrzenie plutonowego, który nie przypominał sobie takie skrótu. – Musisz się jeszcze sporo nauczyć – stwierdził krótko. – SPNST to Samodzielny Punkt Naprawy Sprzętu Transportowego. Jak widzisz, na polu walki żaden ze mnie
pożytek, chyba że… – twarz rozjaśniła mu się nowym pomysłem. – Jakimś cudem podłączycie mnie pod dyszę miotacza gazu. – Był tak uradowany, że na jego twarzy pojawiły się łzy, które począł ścierać dłonią. – Tylko, że w naszym wojsku… Zanim by mnie dopuścili do użytku bojowego… – Z trudem łapał powietrze pomiędzy atakami rechotu. – Musieliby mnie sprawdzić na poligonie. Następnie przeprowadzić badania organoleptyczne. Ustalić regulamin wykorzystania. Stworzyć listę urzędników, którzy mogliby dysponować nową bronią. Wystąpić do lekarza o zaświadczenie o stanie zdrowia i okresie używalności. Ustalić sposoby przechowywania w okresie pokoju. – Każdy kolejny punkt podkreślał podnoszeniem kolejnego palca. – I wreszcie najtrudniejsze… Przekwalifikowanie mnie z ewidencji zasobów ludzkich do ewidencji broni masowego rażenia. Stworzenie zabezpieczeń
obronnych i ochronnych mojej cennej dupy – zachłysnął się śmiechem. –
Zapomniałem jeszcze o zgodzie ordynariatu na zastosowanie niechrześcijańskiej i diabelskiej broni. Marne szanse…
W drzwiach pojawił się zaniepokojony kapral, dla którego rechot sierżanta szefa musiał być co najmniej podejrzany, skoro mimo zakazu wstępu odważył się to zrobić. Spojrzał z uwagą na swego szefa, następnie na plutonowego i wzruszywszy bezradnie ramionami uśmiechnął się przepraszająco i wycofał z powrotem do pokoju.
– Widzisz, z kim muszę pracować? – zapytał szef, z trudem panując nad kolejnym atakiem śmiechu. – Kapral w stopniu dwóch belek sprawdza, dlaczego się śmieje starszy sierżant – wybuchnął złością, łapiąc się rękami za brzuch. – Chuj mu do tego! Ma robić swoje i nie wsadzać nosa w cudze sprawy!
– Szefie, spokojnie. – Plutonowy obszedł biurko i pochylił się nad skulonym sierżantem. – Jak mogę pomóc?
– Tam – sierżant z trudem wskazał na płaszcz wiszący na wieszaku przy drzwiach. – W kieszeni są pigułki. Daj mi dwie. Leńczyk z niepokojem obserwował, jak sierżant połyka lekarstwo, popijając
wodą z butelki i przez długą chwilę chował twarz w dłoniach. Widać było, że cierpi, że nie jest to jakiś pokaz i plutonowy ze zdziwieniem musiał przyznać sam przed sobą, że polubił tego nieforemnego mężczyznę, którego widok wywoływał uśmiech politowania i sarkazmu. Dopiero z czasem zdał sobie sprawę z jego profesjonalizmu.
Zauważył też ze zdziwieniem, że wszyscy, gdy chcieli coś załatwić zawsze najpierw kontaktowali się z nim. Dotyczyło to nie tylko podoficerów, ale i sporej części oficerów, która takie sprawy załatwiała przez telefon, aby na wszelki wypadek udawać, że nic nie wie o felerach sierżanta. W razie kłopotów zawsze mogli twierdzić, że nie zauważyli symptomów zaniku sprawności fizycznej – tak to się
nazywało według zasad słownictwa wojskowego. Zasada była prosta dla wszystkich – jeśli sierżant Zdenkiewicz komuś pomógł, należało mu się zrewanżować butelką spirytusu, którą on następnie w swoich domowych pieleszach przekształcał w wyborną nalewkę. Takie miał hobby i to był cały jego świat, który kochał.
Oczywiście poza wojskiem.
– I co się tak gapisz?! – Sierżant patrzył na niego ze złością, a może nawet był bardziej zawstydzony, że ktoś poznał jego tajemnicę, której nie zdołał ukryć. – Zabiłem ci kogoś?!
– Sorry, szefie – plutonowy podniósł bezradnie ręce do góry i spytał. – To wrzody?
– Takie, cholera. – Sierżant pokazał zaciśniętą dłoń, jakby w ten sposób pokazywał ich wielkość. – A boli, jakby ktoś wrzucił do środka kilka rozgrzanych węgielków. – Delikatnie masował sobie brzuch, spoglądając na niego z zamyśleniem.
– Jak komuś powiesz, co tu widziałeś, to cię udupię na wieczne czasy. Wiesz, że jestem w stanie to zrobić, więc morda w kubeł!
– Szef chce mnie obrazić? – spytał ze zdziwieniem plutonowy. – Niczego nie widziałem, niczego nie słyszałem, w ogóle mnie tutaj nie było. – Wzruszył bezradnie ramionami, okazując niezadowolenie z podejścia sierżanta. – Już dawno jestem na kompanii i ustawiam dwubelkowców, którym wydaje się, że jak wyjeżdżam z jednostki, to mogą już rządzić po swojemu. To, co tu się dzieje, to sprawa między
nami. Morda w kubeł i nic nie wiem – zapewnił.
– Takiego cię lubię. – Sierżant zaczął przeglądać papiery na swoim biurku, ukrywając swoje zmieszanie. – Kiedyś myślałem, że będziesz moim następcą. – Zauważył zaskoczony wzrok Leńczyka i uśmiechnął się szeroko. – Tak, tak właśnie myślałem. Ale jesteś za duży pistolet, za młody, za impulsywny i za szybko ściągasz na siebie kłopoty. Jesteś jak piorunochron na dachu, który ściąga pioruny i burze, a tu – wskazał na biurko – nie jest potrzebna taka umiejętność. Tu musisz być
przewidujący i metodyczny.
Ten ton nie pasował do szefa i powodował, że Leńczyk czuł się w tym pokoju zbędnym meblem, który za moment może usłyszeć coś, z czym trudno będzie mu żyć. Nie lubił takich sytuacji, chyba go po prostu przerastały, poza tym miał swoje kłopoty i nie chciał zostać dodatkowo obdarzony problemami innych ludzi. Nawet tych, których lubił.
– Szefie, to pochwała samego siebie czy laurka na dzień wojska?
– Raczej nekrolog – odpowiedział cicho sierżant, porządkując swoje papiery. – Ale wróćmy do naszej rozmowy. Najpierw sprawy służbowe, później dyrdymały o dupie Maryny. Co z nowymi?
– Jak zwykle, WKU wykonało zadanie i przysłało nam swoje mięsko. – Z rezygnacją machnął dłonią Leńczyk i z trudem usadowił się na niewielkim taborecie.
– Szajs i marmolada.
– To znaczy? – dociekał sierżant. – Ile z tej trzydziestki jest do wykorzystania?
Plutonowy wyciągnął notes z kieszeni, z której wystawały okulary przeciwsłoneczne. Nie śpiesząc się, zaczął go powoli kartkować, co spowodowało rozdrażnienie starszego sierżanta.
– No gadaj! – nie wytrzymał wreszcie Zdenkiewicz. – Bo zaraz postawię cię na baczność i będzie inna rozmowa! – zagroził.
– Spokojnie, szefie. Musiałem sprawdzić swoje dane. U dwóch podejrzewam platfusa, z dziesięciu nie umie prawidłowo chodzić. Dwaj chodzą jak… – przez chwilę szukał właściwego określenia. – U koniarzy mówią na to innochód, czyli prawa noga – prawa ręka, lewa noga – lewa ręka…
– Wiem, co to jest. Jestem z wioski, choć tego nie widać – przerwał mu szorstko starszy sierżant. – Dobry kapral ustawi ich w ciągu dwóch dni.
– Jeśli dobrze widziałem, to z sześciu jest dzierganych – spojrzał na sierżanta, ciekawy, czy ma wyjaśnić, że chodzi mu o skazanych, ale dostrzegł jego ruch głową, że wie, o co chodzi. – Ze trzech pakerów naładowanych prochami – wyliczał dalej, obserwując jak sierżant zaznacza coś na arkuszu leżącym przed nim na biurku. – Jednemu trzeba sprawdzić krew, bo wygląda na narkomana. Oczy mu się świecą jak psu jaja – pośpiesznie wyjaśnił, dostrzegając niedowierzające spojrzenie sierżanta. –
Poza tym jest rozkojarzony, na pewno nie dałbym mu broni do ręki – zaznaczył.
– Z tego, co mówisz, wynika, że na trzydziestu chłopa przeszło jedna trzecia to odrzut… – starszy sierżant wodził ołówkiem po papierze. – Komisja znowu się nie popisała – stwierdził spokojnie.
– Właśnie tego nie rozumiem. Po co w takim razie komisja…
– Spoko – przerwał plutonowemu udowadniając, że nadąża za nowymi normami językowymi. – A co? Spodziewałeś się, że dostaniesz sto procent porządnego sortu?
Zapomnij o tym – machnął dłonią. – Komisja ma do wykonania plan i tylko to ją interesuje. Jeśli tego nie zrobi, udowodni, że nie nadają się do tej roboty, a to z kolei spowoduje, że ktoś postawiony wyżej dobierze się do nich i zagoni do zielonego garnizonu, gdzie psy szczekają dupami. Według obowiązujących przepisów, w duchu dobrze spełnionego obowiązku, komisja musi wykonać plan, a że ty dostaniesz ludzi, których później odeślesz do domu, to już twój problem. Oni mają w dokumentach…
– pomachał mu przed nosem plikiem papierów – i w sprawozdaniach, że na komisję zgłosiło się tylu a tylu poborowych, z tego dwadzieścia procent dostało odroczkę, pięć procent zostało uznanych za niezdolnych do służby, a pozostali otrzymali bilet do wojska. W związku z powyższym komisja wykonała powierzone jej zadanie i skierowała do służby, zgodnie z planem, jaki przedstawił przed nimi ważny generał, z jakiegoś tam dupnego pionu w Centralnym Zarządzie ds. Niepotrzebnych. I w tym
tkwi cała tajemnica, bo skoro generał kazał im skierować do wojska tysiąc dwustu poborowych, to muszą to zrobić, bez względu na to w jakiej są kondycji fizycznej. Wojsko szkoli, wojsko uczy, wojsko dupków wyprowadzi na ludzi! – Zaśmiał się chrapliwie i sięgnął po butelkę z wodą. – WKU dobrze wykonało swój obowiązek, co udowodni w sprawozdaniach. To my w jednostkach jesteśmy źli, bo odsyłamy poborowych do szpitala i do cywila.
– No nie – plutonowy miał jednak wątpliwości. – Według przepisów nie możemy dostać byle kogo. Przecież przepisy mówią, że skazani…
– Przepisy, przepisy – drażnił się starszy sierżant, ale widać było, że wyjaśnienie sprawia mu satysfakcję. – Ja pamiętam takie, gdzie było uwzględnione, ilu poborowych mamy otrzymać po szkole zawodowej, ilu z maturami, a skazani wyrokami sądowymi w ogóle nie mieli wstępu do wojska. Teraz WKU do każdej jednostki przydziela poborowych, którzy mieli kłopoty z prawem, bo nikt tego nie
sprawdza. A już szczególnie tam, gdzie jest bezrobocie albo poborowi są z rejonu społecznego zaniedbania – zaśmiał się. – Gdyby komisja zwracała na to uwagę, to z takiej warszawskiej Pragi, obrzeży dużych miast, pegeerów, nikt by nie trafiał do wojska. Z drugiej strony, gdy coś się dzieje niedobrego, to wolę mieć obok siebie chłopaków z takich dzielnic, niż pseudointeligentów z dobrych domów. Jak się ich dobrze ustawi i trzyma krótko, to niejeden z nich jest dobrym żołnierzem. Ale
wracajmy do sedna sprawy! Nikogo nie wypatrzyłeś do szkółki?
– Mam jeszcze jeden kwiatek z WKU. Zgadnie szef, kogo nam przysłali?
Sierżant namyślał się chwilę, po czym wzruszył bezradnie ramionami.
– Skoro zostawiłeś to na sam koniec, to musi być jakiś kanał. Kulawego już mieliśmy, tak samo jak parę gejów, sorry, zainteresowanych inaczej – poprawił się natychmiast. – Synalek osła? Sorry. Posła? Tego nam jeszcze, kurwa, brakowało.
– Nie, nie… Próbuje szef dalej?
– Walcie się, plutonowy – stwierdził krótko. – Nie mam czasu na zgadywanki.
Zastanawiał się chwilę, czy nie podrażnić się z sierżantem dłużej, ale… Pokorne ciele dwie matki ssie,

a mądry podoficer dobrze żyje ze swoim sierżantem.
– Melduję, że poborowego Niżyńskiego odesłałem do lekarza. – Sierżant zamiast pytania podniósł brwi do góry, więc od razu wyjaśnił. – Utrata słuchu. Musi nosić cały czas odbiornik w uchu.
– Pierdolisz… – Zdenkiewicz zakaszlał, aby zyskać trochę czasu. – Robisz sobie jaja? Jak przeszedł komisję i pierwsze godziny u nas? Nikt tego nie zauważył? – spytał zdziwiony.
– Myśleli, że słucha radia Maryja przez słuchawki. – Z trudem utrzymywał powagę. – Dostał opierdol, zanim cokolwiek wyjaśnił, więc wolał siedzieć cicho.
Naśladował, co robią inni i mało co by mu się udało. – Zaśmiał się, przypominając sobie scenę sprzed kwadransa. – Widziałem, że zawsze jest lekko opóźniony, ale szczęka mi opadła gdy poprosił, abym mówił do niego z lewej strony, bo z prawej nic nie słyszy. Myślałem, że świruje – rozłożył bezradnie ręce. – No i mamy jąkałę.
– Ktoś w WKU pomylił druczki? – spytał sierżant. – Odesłałeś go do lekarza?
– Zostawiamy go… – kompletnie zaskoczył sierżanta, który wyprostował się w krześle, powodując jego skrzypienie. Przez chwilę spoglądali na siebie, po czym pierwszy odezwał się Zdenkiewicz.
– Po chuja nam jąkała? Popierdoliło cię, plutonowy?
– Nie – zaprzeczył Leńczyk. – W pierwszym odruchu chciałem go odesłać, ale chłopak jest sprawny fizycznie, działał w jakiejś grupie paramilitarnej, Combat coś tam. Ma czytelny charakter pisma, zna się na broni i nieźle biega. Przymierza się na nadterminowego i może przyda się szefowi – wskazał ruchem głowy w stronę półek z aktami – Albo przekwalifikujemy go na rusznikarza. Musimy tylko zadbać, aby nie rzucał się w oczy, a to nie będzie trudne, jeśli nie będzie musiał głośno rozkazywać.
Pomyślałem…
– Zaskoczyłeś mnie – przerwał mu sierżant. – Nadal uważam, że w wojsku myślenie zaczyna się i kończy na sierżantach. No, ale… Może masz rację. Niech przetrwa elitarkę, a później wezmę go pod swoje skrzydła i zobaczymy, co z nim zrobić dalej. Coś jeszcze?
– Rarytas na koniec, jak zawsze. Jest jeszcze misjonarz, to znaczy… miałem na myśli wojskowych, którzy mają za sobą misję. A dokładniej mówiąc, misjonarzem jest jego brat.
– Coś kręcisz – sierżant Zdenkiewicz przyglądał mu się podejrzliwie. – Mów jak plutonowy, a nie jak żołnierz w stopniu czterech belek.
– Jego brat jest plutonowym w Jarosławiu – stuknął butem o but, jakby imitował służbowy meldunek. – Zawodowym, który teraz jest na misji w Libanie.
– Twoje znajome okolice, Piotrek. – Zdenkiewicz przyglądał mu się z uśmiechem.– Ale dobrze, że o nim wspomniałeś, wyślę go na szkółkę. Mam tylko kłopot z tobą – zakończył niespodziewanie.
– Ze mną? – szczerze zdziwił się Leńczyk. – Te trzy dni, jakie zostały mi do wyjazdu na szkolenie, to pan sierżant jakoś ze mną wytrzyma. Postaram się obchodzić szefa dookoła i daleko – zażartował, ale szef nawet się nie uśmiechnął. – A później, będę co najwyżej wysyłał kartki z Iraku.
– Jasne, że wytrzymam – potwierdził z powagą Zdenkiewicz, wyciągając z bocznej szuflady grubą szarą kopertę. W takich dokumentach zazwyczaj przechowywano dokumenty oznaczone jako „Tajne”, rozkazy wyjazdów i akta osobowe. Trzymał ją przez chwilę w dłoniach, jakby zastanawiał się, co ma z nią dalej zrobić, po czym odłożył na bok. – Nie o to tu chodzi.
Patrzyli na siebie z uwagą. Leńczyk z zainteresowaniem, bo Zdenkiewicz był znany ze swego zdecydowania i bezpośredniości, a teraz widać było, że gorączkowo rozważa swoje dalsze kroki i jakby się wahał. W wojsku najlepszy jest atak, więc…
– Szefie, co się dzieje? – odezwał się pierwszy. – Jeśli pułkownik załatwił w końcu, że wywalili mnie z wojska, to wbrew pozorom zrobił dla mnie najlepszą rzecz pod słońcem i bardzo się z tego cieszę. Nareszcie wszystkie moje problemy same się rozwiążą.
– Piotr, przestań pieprzyć. – Sierżantowi nie było do śmiechu. – Tacy jak ja i ty, to w wojsku będziemy służyć do zasranej śmierci! Od dziesięciu lat mógłbym iść na emeryturę a siedzę tu i będę siedział, aż wyniosą mnie stąd w drewnianej skrzyneczce. Kocham to, co robię! Niczego innego w życiu nie robiłem i nie chcę niczego nowego robić! Ty jesteś taki sam i nie pieprz, że jest inaczej! Fajnie jest na
urlopie, ale po tygodniu chodzimy jak naładowane automaty, zastanawiając się, co się dzieje w jednostce. Jednocześnie nienawidzimy jej i nie możemy bez niej żyć, bo to jest całe nasze życie. To, że teraz popierniczyło ci się w życiu osobistym i masz na karku wyjazd na misję, wcale nie znaczy, że chciałbyś być jakiś pieprzonym cywilem! Kim byś tam był? Jednym z dupków, który szuka pracy lub szykuje się do wyjazdu na zachód? Chcesz być białym murzynem? Przestań się oszukiwać!
Urodziłeś się, żeby być żołnierzem i nic na to nie poradzisz. Lepiej pomyśl, jak to wszystko pozałatwiać, żeby miało ręce i nogi.
Leńczyk z uwagą przyglądał się sierżantowi. Wydawało mu się, że nikt nie powinien się orientować w jego problemach. Nikomu nic nie mówił, nie skarżył się, a tu okazuje się, że sierżant o wszystkim wie. Ciekawy był, jakim cudem wieść o jego kłopotach doszła do uszu sierżanta.
– Kto palnął? – spytał w zamyśleniu, drapiąc się po policzku. – Nikomu nic nie mówiłem, chyba że…
– Następnym razem jak pójdziesz do kapelana, to najpierw walnij się w ten głupi czerep – stwierdził sierżant, sięgając po szarą kopertę. – Zawsze ci mówiłem, jak masz kłopot, najpierw przyjdź do mnie. Przecież wiesz, że ten nasz nowy kapelan to pojeb nie z tego świata. On jest bardziej święty od papieża, a ty mu wciskasz gadki, że dziewczyna jest w ciąży, ty jedziesz na misję ,więc on musi wam szybko udzielić ślubu – zaznaczył ostatnie słowo, wycierając nos w papierową chusteczkę. –
I co, spuścił cię po schodach? Bo on niczego nie musi? Tak ci powiedział?
– Szkoda mówić. – Plutonowy sięgnął po papierosa. – Potraktował mnie jak chłopca do bicia… Jak przyszedłem do jego mieszkania, siedział z drugim takim jak on. Cały stół mieli zastawiony, nawet nie kryli kieliszków i od razu było widać, że nie jest zadowolony, że im przeszkadzam. Zanim mu cokolwiek wytłumaczyłem, to powiedział, że pierwszym obowiązkiem żołnierza jest służyć kościołowi i wypełniać
jego przykazania, a mnie to on nie widział na żadnej mszy. – Wziął głęboki oddech. – Poza tym nie mam świadectwa z religii, bierzmowania, nauk przedmałżeńskich i dopóki nie dopełnię tych powinności, to on nic nie może zrobić. I nie chce, żeby wszystko było jasne… – przerwał zaciągając się papierosem.
– Podobno mu groziłeś. – Wyglądało na to, że relacja plutonowego nie robi wrażenia na sierżancie. Zachowywał się tak jakby znał przebieg całej sprawy. – Lubisz mieć kłopoty?
– Mam to gdzieś! – plutonowy ponownie zaciągnął się papierosem. – Powiedział, że jak zrobiłem jakiejś dziwce bachora, to mój kłopot. A fakt, że wyjeżdżam na misję, to nawet lepiej dla mnie, bo przez ten czas ona znajdzie sobie kolejnego naiwnego i będę miał spokój.
Zdenkiewicz gwizdnął cicho przez zęby i coś zapisał w skoroszycie.
– Tym się nie pochwalił – stwierdził, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Według jego relacji udzielił ci porady, jak masz to załatwić, a ty go zbluzgałeś i powiedziałeś, żeby nie pokazywał się na strzelnicy, bo może dojść do wypadku.

– Gówno prawda! – zaprzeczył gwałtownie plutonowy Leńczyk, zrywając się ze stołka. – Fakt, że chciałem mu przylać. Szczególnie, gdy powiedział o niej jak o dziwce. Gdyby on był tak wierzący jak Arleta, to chyba od razu miałby skrzydła. Powiedział jeszcze, że jestem złomem i chyba go trochę poniosło, albo chciał zaimponować temu drugiemu, bo nazwał mnie śmierdzącym żołdakiem i sługą
szatana. Obiecał mi jeszcze, że ani on, ani inny ksiądz nie ochrzci owocu tej przeklętej miłości. Najnormalniej w świecie naigrywał się ze mnie. Więcej nie zdążył nic powiedzieć. Posadziłem go na kanapie i powiedziałem, żeby nie wołał Boga nadaremnie, bo jeśli on istnieje, to takie gówno jak on będzie w piekle klozety czyścił – zamilkł, ponownie zbyt gwałtownie, co znów zwróciło uwagę sierżanta.
– I? – spytał sierżant, nie podnosząc głowy znad notatek. – Co mu powiedziałeś?
– Że postaram się, aby nie musiał na to długo czekać. A, że do mojego wyjazdu zostało kilka dni, niech uważa – przyznał niechętnie, czerwieniąc się na twarzy. – Ale to nie była groźba, powiedziałem tak, tylko w złości – usprawiedliwił się od razu. – Przecież nie ruszę gówna, bo wiem, że śmierdzi.
– Starczy! – przerwał mu sierżant. – I tak za dużo powiedziałeś! Stary jesteś, na ministranta się nie nadajesz, a zachowujesz się jak naiwna panienka, co by chciała, a się boi. – Pokręcił z niesmakiem głową. – Cały czas mam z tobą tylko kłopoty, może naprawdę lepiej będzie, jak wyjedziesz szybko na tę misję.
– Był na skardze? – spytał Leńczyk, spoglądając na swoje dłonie. – Jeśli zrobił to służbowo, to powinienem w tej chwili siedzieć w areszcie i smażyć się w ogniu piekielnym.
– Bo i powinieneś – zgodził się sierżant. – Gdyby poszedł do dowódcy jednostki, to byś tam siedział. Sam wiesz, że pułkownik zrobi wszystko, aby zasłużyć na kolejny awans, a teraz, skoro czarne jest na wierzchu, on jest pierwszym wierzącym. Na twoje szczęście najpierw poszedł do naszego kapitana, a on nie jest głupi, skierował go do mnie. Obiecałem zająć się sprawą i wszystko wyjaśnić.
– I co? – spytał z niepokojem Leńczyk. – Co pan zamierza, sierżancie?
– Jeszcze dzisiaj wyślę mu żmijówkę, bo przy okazji prosił mnie o coś ekstra dla przełożonego. Może zrozumie aluzję – uśmiech przemknął mu po twarzy. – Dołączę mu list, że twoje zeznania nie pokrywają się z jego i powołujesz się na świadka, choć on twierdził, że rozmowa odbyła się w cztery oczy. Wobec tego będę musiał upublicznić wydarzenie, bo zostałeś przeniesiony do jednostki, która wyjeżdża na misję i podlegasz innemu dowództwu. Takie niepotrzebne nagłośnienie sprawy nie
będzie mile widziane zarówno przez dowództwo MON, jak i przez władze kościelne, szczególnie jeśli przenikną do prasy nieprzychylnej kościołowi. Słowa wypowiedziane przez kapitana kapelana naszej jednostki, powszechnie uważane za obraźliwe, nie będą dobrze przyjęte przez przełożonych – mówił to z powagą, jakby przedstawiał stanowisko przed ławą oskarżonych w sądzie. – Na koniec zaproponuję,
aby nie nadawał sprawie biegu oficjalnego, a ja się postaram, aby winny został odpowiednio ukarany. – Rozłożył ręce w geście bezradności. – I mam nadzieję, że na tym sprawa zostanie zamknięta.
– Szef ma głowę – stwierdził z uznaniem Leńczyk. – Ja bym poszedł na udry, a szef – pomigał palcami u dłoni, chcąc pokazać swój podziw – tak to przedstawił, że wilk jest syty i owca cała.
– Bo sierżant w wojsku, panie plutonowy, jest po to aby używać głowy, kiedy jest taka potrzeba. – Zdenkiewicz siedział rozparty na fotelu nie ukrywając, że pochwały sprawiają mu przyjemność – a plutonowy jest potrzebny wyłącznie do wykonywania rozkazów – zaśmiał się ubawiony swoim dowcipnym, tego był pewny, powiedzonkiem. – A wracając do tego przysłowia o wilku, to ja znam inną wersję.
Aby wilk był cały i wilk był syty.
– A co z owcą? – plutonowy był lekko zdezorientowany.
– A kogo obchodzi owca? – spytał sierżant. – Jeżeli chcesz być wilkiem, to musisz myśleć tylko o sobie, owca w tym przypadku jest wyłącznie mięsem i celem, niech tak zostanie. Ale my tu gadamy o głupotach, a jest jeszcze kilka spraw do wyprostowania. – Spojrzał na plutonowego z uwagą. – Co z tą twoją Arletą? Naprawdę ją kochasz i chcesz się żenić?
– Wie szef – Leńczyk lekko się krępował. – Spotykamy się od dawna, a teraz… gdy jest w ciąży. Gdyby nie to, ślub by poczekał, aż wrócę z Iraku. Zresztą z tym Irakiem to też nie miałem wyboru albo zgłaszam się na ochotnika, albo idę do cywila. Obaj wiemy, że nie miałem innego wyjścia.
– I dlatego czuję się za ciebie odpowiedzialny – przytaknął Zdenkiewicz, gładząc dłonią szarą kopertę. – Nie wystarczy w tej chwili ślub cywilny?
– Tak proponowałem – machnął z rezygnacją dłonią. – Nie zna pan jej rodziców. Ślub kościelny i to natychmiast, dopóki nie widać brzucha. Jeśli nie, nigdy nie zobaczę Arlety ani dziecka – dokończył załamanym głosem. Widać było, że bardzo to przeżywa. – Zresztą Arleta mówi to samo… Jak chcę wojować, to po ślubie, a teraz mam szybko załatwić sprawę albo nigdy już jej nie zobaczę.
– To masz, chłopie, problem – potwierdził sierżant z rezygnacją, podając mu szarą kopertę. – Tu masz być może rozwiązanie swoich kłopotów albo początek nowych, ale tym razem prawdziwych. Musisz sam zdecydować, czy z tego skorzystasz, bo łamię wszystkie możliwe rozporządzenia. Jeśli to się wyda, to mnie wywalą z wojska, zabierając emeryturę, a obu nas wsadzą do pierdla. Choć z drugiej
strony, to twoja jedyna szansa!
– Co tam jest? – plutonowy z uwagą wpatrywał się w trzymaną kopertę. Przez chwilę milczał, po czym odłożył kopertę na biurko. – Jeśli to może panu zaszkodzić, panie sierżancie, to dzięki, ale nie chcę.
– Głupiś, Piotr. Czasami trzeba ryzykować. – Przesunął kopertę w jego stronę. – Jak wiesz, wojsko to stary skostniały system. Najważniejszy w nim jest papier, bo nikt nie wątpi w to, co jest na nim wypisane. A w papierach, które masz przed sobą, jest wszystko w jak największym porządku. Szeregowy Piotr Leńczyk, bo przecież masz jechać na misję jako szeregowy, a nie plutonowy – wyjaśnił szybko, widząc spojrzenie plutonowego – ma się zgłosić do Zegrza na kurs stacjonarny przed
wyjazdem na misję w Iraku. Jako misjonarz z Libanu, wszystko to znasz i nie musisz
chodzić na ten kurs. W Zegrzu naszpikują cię szczepionkami, przekażą dane, które na
miejscu i tak okażą się niepotrzebne, dołożą wyposażenie i wsadzą w samolot, który
zawiezie was na drugą półkulę. Jak wiesz, na misję zbierają ludzi z całego kraju, więc jest mała szansa, że spotkasz w Zegrzu znajomego, tak samo będzie na miejscu.
Misjonarzy raczej nie trzymają w kupie, jest was za mało, więc wsadzają jednego dwóch do plutonu.
– Przepraszam, ale nie rozumiem. – Plutonowy wsłuchiwał się w tłumaczenie sierżanta, ale nie widział w tym żadnego sensu. – Co to ma wspólnego z moją sytuacją?
– No tak – przyznał sierżant, wzdychając i patrząc z politowaniem na wyraźnie zdenerwowanego Leńczyka. – Zapominam, że jesteś tylko plutonowym i muszę stosować łopatologię, zanim cokolwiek zrozumiesz. – Wyciągnął z koperty arkusze opieczętowanych dokumentów. – Tu masz rozkaz stawienia się w Zegrzu i oddelegowanie na misję. Mówiąc inaczej, za dwa dni zdejmuję ciebie ze stanu naszej
jednostki i zapominam, że ktoś taki jak ty w ogóle istnieje. Gdy wrócisz do kraju, ponownie będziesz żołnierzem naszej jednostki, ale do tej pory wszystko, co ciebie będzie dotyczyło, idzie przez warszawkę i centralę. Nagany, kary, pieniądze na utrzymanie rodziny, nawet listy – wszystko idzie przez Warszawę. Załatwię po znajomości, że zarejestrują twój ślub i połowę poborów będzie odbierała twoja żona, żeby starczyło jej na życie. Może być?
– Ale – przerwał, widząc minę zdegustowanego sierżanta.
– Tu masz kartę urlopową dla szeregowca Piotra Leńczyka na dwa tygodnie. Traf chce, że pewien szeregowy służby zasadniczej za miesiąc wychodzi z wojska, a do tej pory nie wykorzystał żadnego dnia. W wojsku, jak wiesz, jest dyscyplina, więc taka sytuacja jest naganna i w naszej jednostce nie możemy dopuścić, aby żołnierz nie wykorzystał przysługującego mu urlopu – uśmiechnął się szeroko, pokazując nie całkiem zdrowe zęby, ale nie to było najważniejsze dla Leńczyka. Powoli zaczął
rozumieć, że być może wszystko będzie można zakończyć pozytywnie i z tym większą uwagą słuchał sierżanta, choć jeszcze nie do końca zrozumiał, do czego on zmierza.
– No więc – ciągnął dalej Zdenkiewicz – wiem z nieoficjalnych źródeł, że Piotr Leńczyk w najbliższą sobotę ma się stawić u księdza majora Jana Odrowąża w Szczecinie. – Zerknął w swoje zapiski i podał plutonowemu niewielką kartkę. – Tu masz adres kościoła i zakrystii oraz wykaz dokumentów, które musisz mieć z sobą.
Jak widzisz, żadne kursy i zaświadczenia nie będą ci potrzebne, ale zabierzesz ode mnie małą przesyłkę dla księdza Jana i daję ci słowo, że będzie z niej bardziej rad niż z tacy, jaką zbierze na twoim ślubie. Spotkanie masz umówione na sobotę, na godzinę piętnastą czterdzieści pięć w zakrystii, a o godzinie szesnastej zero zero odbędzie się prawdziwy ślub z mszą i całym tym blichtrem, dla rodziny panny
młodej. Ktoś zagra wam nawet na organach pieśń kajdaniarzy, sorry, marsz Mendelssohna. Przepraszam, że nie dało rady załatwić tego od ręki i inaczej, ale jak ktoś próbuje sam załatwić sprawy, na których się nie zna, to tak się to kończy. Nie przerywaj – nie dopuścił do głosu podekscytowanego plutonowego. – Gdybyś od razu przyszedł do mnie, to miałbyś to już z głowy i nie trzeba by było nic
kombinować. Ksiądz Jan jest w tej chwili w Watykanie z jakąś delegacją Episkopatu i dopiero w sobotę wróci. To wszystko, co mogłem załatwić. – Rozłożył bezradnie ręce, ale wyraz twarzy, roześmianej i radosnej, wskazywał na zupełnie inny stan ducha. – Czegoś nie rozumiesz?
– Owszem – plutonowy nie podzielał radości starszego sierżanta. – A jak mam być osobiście w dwóch miejscach naraz i to oddalonych od siebie o przeszło czterysta kilometrów? Dostanę urlop z kursu czy mam się teleportować?
– To jest właśnie problem, który musisz rozwiązać i nie ukrywam, że najbardziej niebezpieczny punkt planu – sierżant rozłożył ręce. – Jutro około godziny ósmej zero zero przybędzie do naszej jednostki… – zamilkł na chwilę, aby podkreślić dramaturgię sytuacji – szeregowy służby zasadniczej… Piotr Leńczyk. To nie kawał – zastrzegł, widząc niedowierzający wzrok plutonowego. – On naprawdę istnieje, ma
podobne wymiary do twoich, sprawdziłem w karcie kwatermistrzowskiej, nawet numer buta się zgadza. Zastanawiałem się nawet, czy nie masz brata bliźniaka, ale on jest młodszy od ciebie o cztery lata. Chyba że masz brata przyrodniego, a ojciec zapomniał ci o tym powiedzieć, bo też jest taka możliwość. Był w jednostce w Malborku, ale podpadł u dowódcy i chcą się go pozbyć. Z tego, co się dowiedziałem
od tamtejszego szefa, to typowy safanduła-filozof. Jak go nie popchniesz, to będzie stał i rozmyślał, jak to zrobić, ale poza tym bez zastrzeżeń. Bezkonfliktowy, tylko cały czas ściąga na siebie pecha – roześmiał się. – Z dokumentów wynika, że jest wychowankiem domu dziecka spod Białegostoku, rodzice od dawna nie żyją, czasami odzywała się do niego stara ciotka, ale tylko wtedy, gdy czegoś
potrzebowała. Skończył szkołę zawodową, w wojsku bez wyskoków, ale i bez inicjatywy. O urlop nie występował, bo – jak mówił – nie miał do kogo jechać, a do domu dziecka nie chciał. Pytał się o możliwość zostania na nadterminowego, ale w Malborku nie mają dla niego żadnego zajęcia. Tam samoloty, piloci, mechanicy, ogółem technika, a on ma dwie lewe ręce.
– I niby jak mam to załatwić? – spytał Leńczyk. – Podejść do niego i spytać, czy nie pojedzie za mnie na misję? Przecież to niemożliwe.
– Na misję? Nie! – zaprzeczył sierżant. – Ale na kurs, dlaczego nie? To tylko dwa tygodnie, sierżantem szefem jest tam jeden z moich dawnych znajomych. Wie, że jak się pojawi Piotr Leńczyk, to ma te dwa tygodnie przesiedzieć u nich i nie wychylać nosa. Będzie chodził na wykłady, słuchał i nic więcej. Po kursie każdy dostaje przepustkę na dwanaście godzin, i w tym czasie można pożegnać się z
rodziną. Wtedy musicie zrobić podmiankę i każdy dalej robi swoje. Ty jedziesz w ciepłe kraje, on wraca do jednostki pod moją opiekę i cała sprawa jest załatwiona.
Wilk syty i wilk cały – zaśmiał się.
– Uważasz, że to jest możliwe? – plutonowy miał wątpliwości. – A czym mam go przekonać?
– Na pewno nie forsą – sierżant pokręcił głową. – On jest z domu dziecka.
Sądzę, że nie bez powodu dowiadywał się o nadterminowego. Jakbyście się dogadali, to mógłbym pomyśleć i znaleźć dla niego jakąś robotę w naszej jednostce. Co ty na to?
Plutonowy z uwagą przyglądał się sierżantowi. Wreszcie uśmiechnął się.
– Zastanawiam się, dlaczego sierżant szef jest taki dobry dla mnie. I gdzie jest ukryty haczyk.
Sierżant Zdenkiewicz rozłożył bezradnie ręce.
– Sam się zastanawiam, dlaczego ci na tyle pozwalam, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Sądzę, że trzeba spróbować. Jak uważasz? Złośliwość przedmiotów martwych jest taka, że nigdy niczego nie można zaplanować w stu procentach i niczego nie należy być pewnym. Plutonowy Piotr
Leńczyk po uprzednim pożegnaniu się z żoną i jej rodziną (nie lubił łzawych pożegnań na płycie lotniska) jechał do Zegrza, gdy jadące z naprzeciwka BMW próbowało zmieścić się na trzeciego na drodze krajowej numer siedem nieopodal miejscowości Błonie. Nie wiadomo, czy zawinił kierowca, który najwyraźniej przecenił swoje umiejętności w ten zamglony poranek, czy niespodziewana awaria
opony, w każdym razie czarne auto wbiło się w bok samochodu, którym jechał Leńczyk, odbiło się od niego i wjechało wprost pod tira. Efekt wypadku był tragiczny: dwoje młodych ludzi w BMW poniosło śmierć, kierowca samochodu, którym jechał Leńczyk, wyszedł cudem bez ran, czego nie można było powiedzieć o plutonowym i samochodzie, który nadawał się tylko do kasacji. Plutonowy Leńczyk
siłą uderzenia został wyrzucony z samochodu przez przednią szybę i w stanie nierokującym żadnej nadziei został odwieziony do najbliższego szpitala, a po konsultacjach ze specjalistami przewieziony helikopterem do kliniki, która specjalizowała się w urazach głowy. Profesorowie po wielogodzinnej walce przy stole operacyjnym zrobili wszystko, co mogli i utrzymali go przy życiu, ale nie przywrócili świadomości. Pozostał w stanie śpiączki klinicznej.
Było sobotnie przedpołudnie, gdy zadzwonił telefon na biurku oficera służbowego i wyraźnie znudzony głos po drugiej stronie poinformował, że w wypadku z samego rana został ranny żołnierz z ich jednostki, Piotr Leńczyk.
Niestety, osoba po drugiej stronie nie była w stanie wyjaśnić oficerowi służbowemu o kogo chodzi, o szeregowca służby zasadniczej czy plutonowego, który miał w tych dniach wylecieć na misję do Iraku. W każdym razie poinformowała, że stan poszkodowanego jest tragiczny i raczej nie ma żadnych szans na przeżycie.
Dwie godziny później, tym razem podoficer odnotował kolejny dziwny telefon z jednostki w Zegrzu, gdzie rozmówca koniecznie chciał rozmawiać z Piotrem Leńczykiem i dopiero na informację o wypadku rozłączył się bez żadnych słów wyjaśnienia. Właśnie to dziwne zachowanie sprowokowało podoficera dyżurnego do zameldowania o dziwnych zdarzeniach sierżantowi Zdenkiewiczowi. Ten, po wysłuchaniu meldunku, szpetnie zaklął i odłożył słuchawkę.
Gdyby podoficer miał podgląd do mieszkania starszego sierżanta widziałby, jak po usłyszeniu wiadomości chwyta się za brzuch i łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami, osuwa na podłogę. Gdyby nie była to sobota, a później niedziela, które dla starszego sierżanta były dniami wolnymi od służby, dałoby się jeszcze go uratować, ale ratunek nadszedł dopiero w poniedziałek koło południa, gdy jego nieobecnością zainteresował się major z Inwentury, który koniecznie potrzebował jakiegoś
sprawozdania i nikt nie był w stanie wskazać, gdzie można je znaleźć. Po wyważeniu drzwi znaleziono sierżanta a wezwany lekarz mógł jedynie potwierdzić zgon. Po autopsji okazało się, że przyczyną śmierci było pęknięcie wrzodu na dwunastnicy i krwotok wewnętrzny. Zmarły nie pozostawił po sobie żadnego testamentu, nie miał także żadnej rodziny, w związku z powyższym dowódca jednostki kazał przewieźć cały jego dobytek, w tym około tysiąc butelek nalewek, do specjalnego magazynu, który został opieczętowany plombami i przesłał odpowiedni meldunek do dowództwa okręgu, czekając na polecenie, co ma dalej z tym robić. Pogrzeb odbył się na koszt MON, a okręg przysłał specjalnie wojskową orkiestrę dętą. Mszę świętą celebrował ksiądz major Jan Odrowąż, który nie wstydził się łez na swoich policzkach, a tuż przed zamknięciem trumny niepostrzeżenie włożył do środka butelkę z czystym spirytusem, wiedząc, że jest to najlepszy gest pożegnania dla tak dobrego żołnierza, jakim był starszy sierżant Zdenkiewicz.
Jak bardzo był nieodzownym, okazało się bardzo szybko, bo nagle wzorowa i stawiana wszystkim za wzór jednostka zaczęła niedomagać organizacyjnie. Zawsze czegoś brakowało, a to mydła w pierwszej kompanii, a to nie zgadzał się stan magazynu, a to ktoś nie zamówił nowej partii amunicji, a to sprawozdania wychodziły z opóźnieniem, nie dochodziły wcześniejsze informacje o planowanych
inspekcjach i w związku z powyższym nikt nie mógł się do nich odpowiednio przygotować. Najgorsze było to, że każdy zwalał winę na kolejnego w hierarchii służbowej, bo do tej pory robił to za wszystkich starszy sierżant, a teraz nie było nikogo, kto mógłby to jakoś opanować. Od tamtej pory przy kieliszku wspominano, jak to było dobrze za czasów starszego sierżanta Zdenkiewicza i za jakie grzechy muszą teraz cierpieć. Snuto także rozważania, jakie skarby są zabezpieczone w opieczętowanym magazynie.


 

Oddaj swój głos:
(4)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...