Kalendarz » Polska

Misjonarze z Dywanowa Pinky tom pierwszy cz.III

Autor: Władysław Zdanowicz 8 lipca 2014, Kwidzyn

Dla przypomnienia poprzednie dwa fragmenty:

1. http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/855/misjonarze-z-dywanowa-fragment-pinky.html

2. http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/884/misjonarze-z-dywanowa-pinky-tom-pierwszy-cz-ii.html

A do lektury całości gorąco zachęcam.

Rozdział drugi.
Wszystko zostało przygotowane z iście żołnierską dokładnością. Opracowano i zorganizowano odpowiednie zabezpieczenia, chociaż dla tak małej grupy wyjeżdżających na misję pożegnania nigdy nie były organizowane z pompą i rozmachem. Co innego, gdy dla celów propagandowych organizowano pożegnanie pięciuset żołnierzy. Wtedy pojawiał się ktoś od prezydenta, minister lub jakiś jego wice, oraz media, które wbrew regulaminom miały swobodny dostęp do wyjeżdżających, większy nawet od ich rodzin. Mogły nagrywać i fotografować, co im się żywnie chciało, a szum medialny jak miód przyciągał pośledniejszych i ważniejszych ludzi polityki, zarówno kręgu ogólnokrajowego, jak i
prowincjonalnego, a każdy z nich uważał, że to właśnie on jest najbardziej potrzebny.
Na lotnisku, tuż przed przeszklonym frontem budynku przyjęć, zbudowano niewielką trybunę ze świeżo ściętych brzóz, co miało podkreślać wojskowy charakter pożegnania dla kolejnej tury jadącej na misję do Iraku. Widać było, że majorowi Bajerowskiemu bardzo zależało na zrobieniu odpowiedniego wrażenia na gościach i – nie ma, co ukrywać – na swoich przełożonych. W wojsku obowiązuje jedna główna zasada – rozkazy przełożonych wykonuje się szybko i w sposób, który owego przełożonego satysfakcjonuje. Nikt poza majorem, szefem sztabu okręgu i jeszcze kilkoma ważnymi oficerami ze Śląskiego Okręgu Wojskowego, nie zdawał sobie sprawy, że wyjazd grupy żołnierzy na misję jest tylko pretekstem do tak zwanej imprezy towarzyszącej – imienin jednego z zastępców dowódcy okręgu. Co prawda zawsze znajdą się oszczercy, którzy będą twierdzili, że dzisiejszy solenizant w poprzednim wcieleniu był jednym z bardziej zaangażowanych ideowo oficerów i dopiero w końcu lat osiemdziesiątych zaczął bywać w kościele i z hukiem oddał legitymację partyjną. Ale właśnie to okazało się w przyszłości jego trampoliną na drodze awansu, bo po nastaniu nowych władz zadbał o odpowiednie kontakty i został doceniony jako uprzednio represjonowany politycznie oficer. Niechętne mu osoby określały go, jako „klęcznikowego generała”, który całą swoją przyszłą karierę wojskową opierał na koneksjach z rządzącymi i znakomitych kontaktach z Episkopatem, zaś oficerowie z jego grona głośno mawiali, że tam, gdzie nie ma księdza pułkownika, na pewno nikt nie znajdzie ich generała. Solenizant, poza dbaniem o swoje znajomości, starał się mieć też bezpośredni kontakt z żołnierzami.
Mawiał, że dobrego żołnierza można poznać po sposobie, w jaki maszeruje, a sam się uważał za wybitnego specjalistę od szkolenia w tym zakresie. Dlatego, poza klęczeniem w pierwszym rzędzie, najlepiej mu wychodziło prowadzenie i korygowanie kolumn maszerujących plutonów.
Lista gości zaproszonych była dokładnie przemyślana i uprzednio zaaprobowana przez solenizanta. Nikt spoza osób będących aktualnie u władzy lub mających koneksje z warszawskimi lub toruńskimi notablami, nie miał szans, aby się na niej znaleźć. Każdy otrzymał imienne zaproszenie, plan uroczystości oraz zaznaczone miejsce na planie trybuny, które powinien zająć w chwili przyjazdu. Jednym słowem, wszystko było przewidziane w najmniejszym szczególe, każdy wiedział co ma robić i
gdzie stanąć, choć i tak nad tym wszystkim czuwał osobiście major Bajerowski.
Jednym z nieuwzględnionych czynników było zachowanie samego generała solenizanta, który – co było znaną sprawą – tracił sporo na swoim wizerunku, gdy nadużywał alkoholu. Teraz, w dniu swoich imienin, gdy przyjmował od samego rana życzenia i symboliczne prezenty od dowódców jednostek, które mu podlegały lub mogły podlegać, był już pod dużym wpływem. Oczywiście składanie życzeń nie było obowiązkowe, a sam solenizant oficjalnie zapewniał że nie lubi imprez, ale jednocześnie znany był z dobrej pamięci. Wszyscy zainteresowani doskonale wiedzieli, że jeśli marzy im się awans, to powinni choć raz pójść osobiście z pielgrzymką do Częstochowy i pamiętać, aby wysyłać swoich podwładnych na podobne imprezy oraz mieć dobre stosunki z władzami samorządowymi, politycznymi i kościelnymi. Kto nie dbał o powyższe sprawy, nie miał szans na awans i dobre słowo od generała.
W całym zamieszaniu zapomniano o wyjeżdżających, którzy od przeszło godziny stali na lotnisku narażeni na podmuchy lodowatego wiatru i padającego śniegu z deszczem. Nie byłoby sprawy, gdyby byli w odpowiednich zimowych ubraniach, ale ponieważ mieli wylecieć do ciepłych krajów, to od ranka chodzili w specjalnych uniformach przewidzianych właśnie dla ciepłego klimatu bliskowschodniego, który nie dawał odpowiedniej ochrony przed śniegiem i deszczem.
Plan uroczystości przewidywał, że o godzinie piętnastej zero zero (według wojskowego słownictwa) grupa wyjeżdżająca wmaszeruje na płytę lotniska, pożegnanie wygłosi wysoki – w tym przypadku zapewne nie chodziło o wzrost przemawiającego – urzędnik z działu kadr MON, który osobiście został zaproszony przez generała solenizanta, następnie głos miał zabrać przedstawiciel władz administracyjnych, a na koniec błogosławieństwa wszystkim wyjeżdżającym udzieli przybyły biskup z Ordynariatu Polowego WP. Po zakończeniu przemówień grupa wyjeżdżająca dokona defilady wojskowej przy dźwiękach orkiestry, po czym zapakuje się sprawnie do dwóch samolotów podstawionych na płycie lotniska i uroczystości oficjalne zostaną uznane za zakończone, a wszyscy zaproszeni goście
przejdą do sali odpraw, gdzie przygotowano małe przyjęcie…
Tak przewidywał plan, życie jednak nie przejmuje się planami jakiegoś tam pułkownika, majora czy nawet generała. Natura, nie oglądając się na harmonogram uroczystości, wpłynęła na niego – negatywnie. Po pierwsze, nastąpiło niespodziewane i niezaplanowane załamanie pogody, w efekcie którego na lotnisko przyleciał tylko jeden z dwóch samolotów. Drugi – amerykański C-130 nazywany
potocznie Herkulesem – z powodu złych warunków atmosferycznych został na lotnisku w bazie w Dusseldorfie, gdzie ładowano na jego pokład dwa HMMWV dla jednostki amerykańskiej stacjonującej w Bagdadzie. Dowództwo zadbało, aby nie wydawać bez sensu pieniędzy podatników, więc postanowiono połączyć dwie sprawy za jednym lotem. Nikt nie przewidział tylko ingerencji natury i pierwszych
podmuchów wczesnej zimy. W efekcie już przed rozpoczęciem uroczystości major Bajerowski był świadom, że plan wali się na łeb i szyję.
Dobry oficer charakteryzuje się tym, że nie zniechęca się żadnymi trudnościami, a ponieważ zależało mu, na zrobieniu dobrego wrażenia na swoich przełożonych skorygował plan i wprowadził zmiany.

Po defiladzie, pierwsza grupa składająca się ze stu dwudziestu żołnierzy miała wejść na pokład podstawionego samolotu, a mniejsza – trzydziestoosobowa, pod dowództwem porucznika Rutkowskiego – miała niezauważenie przejść za samolot i w oczekiwaniu na drugi ukryć się w pobliskim
hangarze. Chcąc odwrócić uwagę gości od grupy, która chyłkiem musiała dotrzeć do hangaru, major Bajerowski rozszerzył program o dodatkowy element, czyli uczestnictwo w defiladzie kompanii żołnierzy z jednostki stacjonującej na lotnisku.
Pomysł nie spodobał się ich bezpośredniemu dowódcy, który utrzymywał, że żołnierze są mu niezbędni do zadań na terenie lotniska, a nie do jakiejś głupiej i nikomu niepotrzebnej defilady, ale wystarczył jeden telefon do szefa sztabu okręgu, aby szybko zmienił zdanie. Zaproponował przemarsz na końcu kolumny orkiestry wojskowej, co jeszcze bardziej miało odwrócić uwagę gości od przemykających
żołnierzy. Spowodowało to dodatkowe zamieszanie i zaangażowanie do przemarszu więcej żołnierzy niż można było użyć, dlatego ściągnięto posterunki tzw. drugiej ważności, na przykład wartowników zabezpieczających dworzec przylotu.
Nieszczęścia chodzą jednak parami i gdy dokładnie o godzinie piętnastej zero zero orkiestra, kompania z lotniska i cały oddział wyjeżdżających na misję stali na swoich miejscach, a w oddali słychać było zapalane silniki samolotu przygotowującego się do startu, misterny plan zaczął się ponownie walić. Okazało się, że nie dojechał zapowiedziany oficjel z MON wraz z biskupem z Ordynariatu Polowego. Nikt więc nie miał wątpliwości, że bez obecności tak ważnych gości wylot należy odpowiednio
przesunąć.
Czas oczekiwania skracano podając gościom herbatkę lub kawę z wkładką – do wyboru był rum lub koniak – które miały na celu rozgrzanie atmosfery, co zawsze się w takich sytuacjach sprawdzało. Major Bajerowski w trosce o zdrowie żołnierzy czekających na uroczystość zaproponował przeprowadzenie próby generalnej, co zostało zaakceptowane przez solenizanta, który zapragnął pokazać zaproszonym gościom, że naprawdę jest specjalistą od musztry. Zarządził „tupanie” przed trybuną i na gorąco korygował wszelkie zauważone niedociągnięcia. Co prawda wzrok nie był
już tak bystry, ale na tyle był wyczulony na wszelkie niedociągnięcia, że miał sporo uwag do defilujących pododdziałów. Co gorsza był coraz bardziej zdegustowany widząc, że żołnierze mimo jego uwag defilują bez widocznego zaangażowania.
Wreszcie zdenerwowany nie wytrzymał i mimo rozpaczliwych gestów ze strony szefa sztabu, przystąpił do osobistego szkolenia.
– Dawaj ten mikrofon! – wrzasnął do żołnierza opiekującego się sprzętem nagłaśniającym, nie przejmując się zdziwionymi spojrzeniami zaproszonych gości. – Zaraz będą mnie lepiej widzieć.
– Słyszeć – cicho skorygował przestraszony kapral ale od razu zamilkł, zgaszony ponurym spojrzeniem generała, który nie przywykł do uwag ze strony młodszych szarżą.
– Ty mi tu nie mów, co ja mam mówić! Po to mam głos, aby każdy mnie widział! – zaznaczył generał, opierając się o barierkę i wpatrując z uwagą w maszerujące czwórkami kolumny. – Ostatnia czwórka z misyjnych! Jak idziecie, siermięgi jedne?! Dwa procenty sekundy za wolno w stosunku do innych! Noga do suwadła! I raaaz, i raaaaz, i raaaaz!!! – zaznaczał przeciągle jak długo ma trwać ruch posuwisty dłoni.

– No, od razu pomogło – powiódł zachwyconym spojrzeniem po zaproszonych gościach, i choć nikt z nich nie podzielał jego zachwytu, nie zamierzali tego komentować. – Jak człowiek nie da im przykładu osobiście, to zawsze coś spieprzą.
Paweł… – zwrócił się do swojego szefa sztabu, pułkownika Wrazipurtka. – Ty patrz, jak oni maszerują! Musimy im pogonić kota i od jutra wziąć się ostro do roboty. To wstyd przed gośćmi, aby wyglądali jak szweje z cesarskiego wojska! – Po czym skoncentrował wzrok na nadchodzącej kompanii z obsługi lotniska, która nigdy nie specjalizowała się w defiladach i tu dopiero zaczął sobie używać.
– Co to jest?! To się nazywa krok defiladowy?! Rączka!!! Sprzączka!!! W tył!!!
Do oporu!!! Rączka!!! Sprzączka!!! W tył!!! Do oporu!!! Nie słyszę wymachu rąk!!!
– Był co najmniej zdegustowany i zdenerwowany brakiem widocznego zaangażowania maszerujących żołnierzy. – Jesteście dno i kupa mułu! Zobaczycie przepustki jak świnia grzmot! Kurwa, to po prostu jedna żenada, a nie przemarsz krokiem defiladowym!
Szeregowy Piotr Leńczyk, zmartwiony i przemarznięty, maszerował w ostatniej czwórce misyjnych, jak ich nazwał generał. Starał się ze wszystkich sił, aby poszło dobrze, a jedyne co w wojsku naprawdę opanował były manewry w stylu padnij, powstań, w miejscu bieg, krok marszowy, defiladowy, i tym podobne. W końcu robił to tyle razy, że mógł się traktować jako specjalistę od musztry – w końcu przy każdej okazji, gdy okazywało się, że źle wykonał rozkaz przełożonego, otrzymywał za karę
zwiększoną ich ilość do wykonania, ponieważ wszyscy zawodowi żołnierze uważali system ćwiczeń fizycznych oraz musztrę – niekoniecznie paradną – za doskonały sposób kary.
Nikt z przełożonych nie zauważył, że w odróżnieniu od innych żołnierzy wolał musztrę i zaprawę fizyczną od zajęć z bronią lub czymkolwiek, co miało wspólnego z techniką. Owszem, opanował budowę i czyszczenie broni w stopniu zadowalającym, ale tylko dlatego, że dzięki temu miał spokój ze strony swego dowódcy plutonu i kolegów. Gorzej, gdy trzeba było zaliczyć strzelanie, zamykał wtedy powieki i grzał ile wlezie w kierunku tarczy nie interesując się wynikiem, jaki uzyskał. Po kilku takich próbach dowódca machał z rezygnacją dłonią i przestał się nim zajmować, dochodząc do wniosku, że on zrobił, co mógł, a reszta jest w gestii sił wyższych i bliżej niesprecyzowanych.
Żyło mu się w wojsku na ogół spokojnie i bez zadrażnień, nawet zastanawiał się, czy nie związać swego dalszego losu z mundurem, ale zaistniały pewne zdarzenia, które – wydawało się – zamykają przed nim tę szansę. Gdy omal nie doprowadził do pożaru hangaru na lotnisku pod Malborkiem, dowódca jednostki zrobił wszystko, aby się go pozbyć. Jego decyzję poparł dowódca kompanii, który nie
mógł sobie wyobrazić szeregowca Leńczyka w roli nadterminowego lub zawodowego żołnierza, szczególnie u siebie. Recepta na wszelkie kłopoty była jedna, chętnie zresztą wykorzystywana przez odpowiednie służby, jeśli chciały się pozbyć kogoś ze swego stanu – służbowe przeniesienie do innej jednostki z bardzo dobrą opinią.
Szedł teraz w ostatniej czwórce i zastanawiał się nad fatum, jakie od urodzenia nad nim wisiało. Nie pamiętał swojego ojca, nie był nawet pewny czy nazwisko, które nosi jest prawdziwe. Matka, co prawda twierdziła, że jest bardzo podobny do ojca, ale zaraz potem zalewała się łzami i więcej nie można było z niej wyciągnąć.
Zresztą nie tylko z niej, cała rodzina matki była dziwnie milcząca, gdy próbował się czegoś dowiedzieć o rodzinie i pochodzeniu ojca. Rozmowa była przeważnie przerywana i kończona stekiem wyzwisk pod adresem wszystkich Leńczyków na świecie. Matka, odtrącona przez rodzinę chorowała, z trudem więc wiązali koniec z końcem i często nie mieli co do garnka włożyć. Miał sześć lat, gdy matka źle się
poczuła podczas pracy w polu, a ponieważ przewieziono ją do szpitala wieczorem, bo praca na polu była zbyt pilna, nie dało się już jej uratować. Jak to powiedziała jego babka – umarła ze zgryzoty i wstydu, jaki przyniosła rodzinie. Przygarnęła go jednak do siebie, bo w końcu – chciała tego czy nie – był jej jedynym wnukiem i mężczyzną w rodzinie. Od tej chwili zaczęły się dla niego lepsze dni, dostał porządne ubranie, buty, a kiedy trochę podrósł, zaczął pracować na swoje utrzymanie. Najczęściej
wyganiał krowę na pastwisko, grzybów nazbierał, drwa narąbał i przyniósł do domu.
Tylko w odróżnieniu od innych chłopaków nie ciągnęło go do motorów i maszyn.
Wolał siedzieć przy oknie, chodzić po lesie lub biegać za piłką. W końcu po śmierci babci trafił do domu dziecka. Tu po raz pierwszy poznał, co to jest szkoła i najpierw bardzo mu się to podobało, bo mógł sam składać zdania i nikt na niego nie krzyczał, ani nie gonił do innej roboty. Gorzej dawał sobie radę z matematyką, a gdy doszło dzielenie liczb całkowitych z ułamkami, poddał się i nikt nie mógł go zmusić do dalszej nauki. Ukończył zawodową szkołę koszykarską, ale nie sportową, a taką gdzie uczą plecenia koszyków z wikliny.
Kiedy otrzymał powołanie do wojska, wszyscy się ucieszyli. Dyrektorka domu dziecka, bo pozbywała się kłopotu i darmozjada, który żadnej pracy nie mógł znaleźć. Jedzenie i spanie musiała mu zapewnić, a nie mogła go wyrzucić z państwowej placówki na bruk. On sam, poza ciotką, nie miał nikogo, żadnego przyjaciela, a tym bardziej dziewczyny, więc wyjazd do wojska dawał jakąś nadzieję na przyszłość. Nie przewidział jednak swojego pecha, który przyciągał do niego wszystkie nieszczęścia jak magnes żelazo. Tak samo jak teraz – miał przez dwa tygodnie zastąpić plutonowego, a okazało się, że zamiast wracać do jednostki, gdzie obiecano mu pomóc w zostaniu żołnierzem zawodowym, miał lada moment wsiąść w samolot i polecieć na misję, o której nic nie wiedział i co gorsza, nie chciał wiedzieć.
Jak przez mgłę słyszał któregoś z wyższych rangą oficerów, wydzierającego się na maszerujących żołnierzy, denerwując się ich postawą.
– Żołnierze! Pokryjcie w tym dwuszeregu, bo ja was pokryję! Kurwa! Co za dziadostwo!
Chwila ciszy sprowokowała którąś z kobiet na trybunie do interwencji, bo nagle wszyscy maszerujący żołnierze usłyszeli damski głos z głośników.
– Panie generale! Nie wierzę, że tego nie można powiedzieć bez przekleństw!
To nie po katolicku, proszę nie zapominać, że tu są kobiety!
Generał był zaskoczony tak bezczelnym zwróceniem uwagi i potrzebował czasu na odpowiedź.
– Zapewne można, szanowna pani! – potwierdził grobowym głosem, co nie zapowiadało nic dobrego. – Ale opierdol w wojsku to jak „dzień dobry” w cywilu. Zresztą, oni kulturalnego słownictwa nie zrozumieją! Są przyzwyczajeni do takiego, jakie teraz używam.
– No nie wiem, panie generale – kobieta miała wątpliwości, mimo zapewnień solenizanta. – U nas mówili: bądź człowiekiem, to i inni będą dla ciebie dobrzy. To takie ludzkie…
– Szanowna pani wybaczy – przerwał jej generał, dostrzegając, że inni przysłuchują się dyskusji. – W tej chwili to nie są ludzie, tylko wojskowi. A żołnierz, który nie umie maszerować, to… – zamilkł na moment, szukając odpowiedniego słowa, którym by nie uraził upierdliwej baby, żony wojewody czy kogoś podobnego, z którym musiał się jednak liczyć. W każdym razie dostrzegł gesty majora
Bajerowskiego mówiącego, że to ktoś na tyle ważny, iż należy się pohamować ze swoim ulubionym, aczkolwiek prostym słownictwem. – To ofermy i fajtłapy! A naszym, oficerów znaczy się, obowiązkiem, jest nauczyć jednego z drugim, jak ma maszerować i walczyć. Zaraz przyjedzie do nas pan minister z samej Warszawy, ksiądz generał – zaznaczył przeciągle – i jak to będzie wyglądało, gdy jeden z drugim
nie potrafią docenić tego szczęścia, które ich spotkało. Będą maszerować przed samym ministrem, generałem i księdzem, a łajzy jedne, jak na złość chodzić specjalnie nie chcą! My chcemy im zrobić przyjemność, a oni nie chcą. – Był coraz bardziej wzburzony ignorancją i brakiem zrozumienia u żołnierzy. – Już ja ich pogonię! Będą chodzić do nonstopu, aż wyjdzie im tak, jak powinno być! –
Widocznie uznał rozmowę za skończoną, bo znowu skupił swoją uwagę na kompanii maszerującej przed trybuną.
– Ja wam mówię po raz ostatni. Macie maszerować, jakby od tego zależało wasze życie! Wymach ręki ma być taki, jakby ptak wam na rękę nasrał i chcielibyście to gówno z ręki strzepnąć! Zrozumiano?! Trzymać się w kroku! W kroku, mówię!!!
– Panie generale – tym razem wtrącił się mężczyzna. Najwyraźniej był wzburzony, a być może został do tego sprowokowany zachowaniem generała. – To lekka przesada, z tym pana słownictwem. Nie po to spaliśmy na styropianie, walczyliśmy z komuną, żeby pan teraz obrażał tych ludzi… Przecież nie po to walczyliśmy o demokrację, aby zachowywał się pan tak, jakby nic się nie zmieniło!
Pan katolik i ten obrzydliwy język… Przecież nie jest pan ruskim zupakiem, przestań pan, kurwa, przeklinać w obecności kobiet i katoliczek!
Chciałoby się usłyszeć „I vice versa”, ale generał solenizant nie używał słów, których nie rozumiał, a ponieważ zasób słów miał skromny, to i odpowiedź była inna, niż się spodziewał jego rozmówca.
– Pan wybaczy, panie vice wojewodo – głos generała był co najmniej wyciszony i podejrzliwie grzeczny. – Ale wojsko zawsze wymagało twardej ręki do rządzenia. I obojętne, czy było to za czasów obrzydłej komuny czy teraz, za demokracji. Zapewne trochę przesadziłem, ale chciałem, aby pan minister wraz z księdzem generałem byli zadowoleni z naszych żołnierzy, którzy reprezentują sobą nasze województwo i bardzo chciałbym, żeby dobrze wypadli wobec moich… naszych gości ze stolicy.
Człowiek od nagłośnienia doszedł wreszcie do wniosku, że lepiej będzie, jeśli wyłączy głos w kolumnach, tym bardziej, że dostrzegł wymowny ruch dłonią przy gardle wykonały przez majora Bajerowskiego. Wiedział, co się z nim stanie, jeśli chociaż jedno słowo pójdzie dalej przez głośniki. Ponieważ zawsze był posłusznym podwładnym, zadziałał od razu choć z opóźnionym refleksem.
Szeregowiec Piotr Leńczyk stał i marzył. Wcale nie o ciepłej kwaterze, chociaż nie miał nic przeciwko temu, aby i to się ziściło. Był po prostu głodny. Obiad, który zjadł przed dwiema godzinami, dawno strawił, a był znany z tego, że notorycznie bywał głodny, zaś jedzenie było źródłem większości jego kłopotów. A dokładniej próby, jakie podejmował, aby zaspokoić głód i uciszyć ssanie w żołądku. Jego
możliwości pochłaniania kolejnych porcji jedzenia były ogromne i czasami przerażały jego samego. Mimo, że był chudy jak przysłowiowy patyk, przy swoich stu siedemdziesięciu pięciu centymetrach wzrostu pochłaniał nie tylko przysługującą mu porcję pożywienia, ale nie odmawiał żadnej dokładki, a po dwóch godzinach zaczynał kręcić się przy kuchni, mając nadzieję, że zostanie to zauważone. Trudno
było mówić o jakimkolwiek wyłudzaniu, nic nie chciał na ładne oczy, po prostu oferował swoją pomoc w kuchni przy przygotowaniu jedzenia w zamian za zrozumienie jego potrzeb. Kiedyś próbowano zatrudnić go w kuchni, ale okazał się antytalentem kucharskim, za to doskonały był w myciu i szorowaniu garów, najchętniej tych, w których zostało coś jeszcze na dnie. Podejrzewano nawet, że ma
w sobie jakiegoś gronkowca czy tasiemca i chciano skierować go na specjalistyczne badania, ale nie zdążono go wysłać, bo wydarzył się wypadek w hangarze, gdy podpuszczony przez kolegów próbował spuścić trochę spirytusu z osprzętu stojącego tam samolotu. Nic by się nie wydało, gdyby wcześniej go poinformowano, że należy przy tym unikać ognia. A że przy zassaniu rurką spirytusu oblał swój mundur, to stało się to, co stać się musiało. Pożar jest najgorszą rzeczą, jaka może się zdarzyć na
lotnisku, gdzie jest zawsze dużo paliw, smarów oraz najróżniejszych urządzeń mechanicznych.
Nie było żadnego problemu z wyjaśnieniem sprawy, zresztą Leńczyk wcale się nie ukrywał, bo nie miało to żadnego sensu. Zwracał na siebie uwagę opalonym i dziurawym mundurem, a nikt, kto go znał, nie przypuszczałby, że dziury są efektem ochotniczego gaszenia pożaru. Wyznał wszystko jak na spowiedzi dowódcy jednostki, choć nie zdradził udziału kolegów w całym zamieszaniu. Był świadomy,
że teraz zajmie się nim żandarmeria wojskowa i oskarży o próbę sabotażu i spalenia samolotu bojowego, ale dowódca na szczęście miał inny pomysł. Wiedział, że jeśli nada sprawie oficjalny bieg, prawie od razu będzie miał na karku inspekcję z dowództwa i niepochlebny wpis w aktach. Polecił więc zamknąć całą sprawę, opisując ją jako samozapłon, a szeregowca Leńczyka rozkazał zamknąć na dwa dni o chlebie i wodzie, po czym pozbył się go z jednostki – najszybciej jak się tylko da i najdalej, jak to jest możliwe. Już następnego dnia dostał obiegówkę do załatwiania i pojechał do nowej jednostki, gdzie czekał na niego plutonowy Leńczyk ze swoją niecodzienną propozycją, która wtedy wydawała mu się zrządzeniem losu.


 

 

Oddaj swój głos:
(27)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...