Kalendarz » LUBELSKIE

    Brak wydarzeń.

Eco-Biznes » LUBELSKIE

Smutne wydarzenia powinny wyglądać dostojnie, by wspomnienia nie przytłaczały.
Coś dla Mamy, Taty i dla najmniejszych członków Rodziny
Przyjemności, przyjemności

Tamoj

27 czerwca 2013, LUBELSKIE

 

Pewnego czerwcowego poranka dziennikarze z przejęciem i ogromnym współczuciem podawali w wiadomościach o spaleniu się wiejskiej biblioteki. Moja przyjaciółka Jagoda, osoba tyleż wrażliwa, co oczytana, na wskroś przejęta nieszczęściem, które jak grom z jasnego nieba spadło na podlubelską gminę, jako osoba ogromnie energiczna, natychmiast postanowiła działać. Postukała, popukała gdzie trzeba, a zebrawszy całkiem pokaźną ilość, bądź to całkiem nowych, bo z Wydawnictwa Czarna Owca, bądź używanych pozycji książkowych, zapakowała caluteńki bagażnik sporego samochodu marki Skoda i zgarnąwszy mnie do towarzystwa, w poczuciu misji ruszyła, ku owej poszkodowanej srodze podlubelskiej wsi. Dzień był cudny, słońce prażyło niemiłosiernie, a zalane łąki po niedawnych deszczach wyglądały jak ogromne jeziora. Chmary bocianów, kaczek i innego wodnego ptactwa przemieszczały się po obu stronach drogi wesoło klekocząc, kwacząc i rechocząc. Niebo było niebieściutkie niczym we Włoszech, tylko od czasu do czasu, chmurka jakowaś bieluchna frywolnie żeglowała sobie po  niebie. Chmurki te, omijały skutecznie prażące słoneczko, co nie było bez znaczenia, jako że klimatyzacja nam była padła skutecznie. Cóż to jednak dla dwóch energicznych i wesołych kobiet za przeszkoda. Otwarte okno chłodziło pojazd, a my szczęśliwe jak dwie nastolatki, które po raz pierwszy wyrwały się z domu, gnałyśmy przed siebie, co koń wyskoczy. Kiedy chciałyśmy pogadać, Jagoda zamykała okno, jak pośmiać to otwierała. Tylko ciszy się nijak uzyskać nie dawało. Ale co tam cisza naprzeciw zapierających dech widoków. Obezwładnione urodą lubelskich pejzaży, co jakiś czas zjeżdżałyśmy na pobocze łowiąc aparatem, co piękniejsze.  A z owego podziwu jęki wydawałyśmy tak sugestywne, że nie powstydziłaby się ich niejedna sypialnia. Zatem i zainteresowanie wzbudzałyśmy niemałe miotając się od lewa do prawa, po całej bez mała jezdni. Bo tam lilia wodna, a ówdzie tatarak, a gdzie indziej jeszcze kaczeńce, że kosą kosić. A jak już z daleka dało się słyszeć człapanie, to na samą myśl, że to kuń, tfu, koń znaczy, obie tak rozdziawiłyśmy gęby, aż woźnica długo się za nami oglądał i o mało co, a z fury by prosto na pysk zleciał. Koń widać przyzwyczajony do kobiet z miasta, bo przeszedł z godnością i spokojnie, nie mówiąc zgoła nic, tylko potrząsał raz grzywą, raz ogonem, jakby walory swoje prezentował. Na koniec widząc, że my nie Jury konkursu piękności, podniósł cudny, modnie wyczesany, błyszczący, brązowy ogon i zrzucił był na asfalt swój naturalny balast, tym samym wyraźnie demonstrując, co o nas myśli. Zgodnie stwierdziłyśmy, że to musiała być kobyła, w dodatku zazdrosna o swojego pana. Podziwiając zarówno krzepkiego młodzieńca jak i wyczyny kasztanki, nie zauważyłyśmy nawet, że w otwartych na oścież gębach cokolwiek nam wyschło, a i obcasiki jakby w gorący asfalt wtapiać się zaczęły. Z żalem porzucając urokliwe krajobrazy, dziarsko ruszyłyśmy ku ogołoconej z kultury wsi. Nazwę miejscowości Jaga miała zapisaną na maluśkim karteluszku, adresu biblioteki niestety już nie. Była w tym jakaś logika, z uwagi na to, iż przybytek kultury właśnie przestał istnieć.

Z rozgrzanej niczym patelnia szosy skręciłyśmy w okazałą szeroką wiejską ubitą drogę. Za nami nic, przed nami nic, po bokach pola. Samochód kolebał się niczym łódź podczas burzy, butelki z gorącymi napojami tłukły o stopy, a kartony w bagażniku o karoserię. Nic to. Niezrażone trudnościami, pogryzając słone paluszki, brnęłyśmy przed siebie szorując wydechem o jakąś miedzę.

Wszak w poczuciu misji kulturę do wsi wiozłyśmy, to na pierdoły uwagi zwracać nie będziemy.

Kiedy ni stąd ni z owąd, objuczona siatami babinka pojawiła się na drodze, jadąca dziesięć na godzinę, Jaga dała ostro po hamulcach. Kobieta okazała się źródłem informacji. Zaproszona do samochodu, poinformowała nas, że szła jak twierdziła, z niedalekiego sklepu. Mimo najszczerszych chęci, my żadnego sklepu w okolicy nie widziałyśmy, za to cudne lasy i pola owszem. Na pytanie gdzież on, ten sklep, machnęła lekceważąco ręką mówiąc:

- Tamoj, ot raptem pare kilometrów bedzie.

- A gdzie Pani wieś?Daleko? To podwieziemy. – Proponuje Jaga.

- A łot, tamoj, tu za krzyżowko zara.

Przejechałyśmy z pięć kilometrów, pokazała się krzyżówka. Babcia podziękowała i wysiadła wskazując dalszą drogę do poszukiwanej przez nas wsi. Przygarbiona, w stylonowym czystym fartuszku, chusteczce na głowie, wzięła w obie spracowane i żylaste ręce, ciężkie jak jasny piorun siaty i raźnym krokiem pomaszerowała do swojej chałupy, która była hen gdzieś.

- O, paniusie widzo, tu zara za tymi brzózkami. O, tamoj.

Chryste Panie, te brzózki to najmarniej trzy kilometry będzie, a upał przecież nieziemski.

Miałyśmy do przejechania jeszcze kilka kilometrów polami, leśnymi ścieżkami, krzyżówkami. Upał wzmagał się, żar lał z nieba, to, co miało być suche, było mokre, a to, co mokre, wyschło na wiór.   

W końcu znalazłyśmy. Wieś okazała się powierzchniowo nie tak całkiem mała. Stanęłyśmy i dumamy. Gdzież zgliszcza, szkoła jaka, lub przynajmniej Wójtowa chałupa? Gdzież ludzie jacyś? Sklep? Kościół może? Nie ma. Jak okiem sięgnąć tylko pola i gdzie niegdzie chałupy. Zabytkowe i takie bardziej nowoczesne. A przed nimi - pusto. Jakby wszyscy wiedzieli, że wróg nadjeżdża i zniknęli z pola rażenia. Cóż było robić, skręciłyśmy w polną ścieżynkę, wiodącą wprost do dwóch gospodarstw. Starego, z dwójką dzieciaczków wyglądających ciekawie zza płotu i drugiego ładnego nowego budynku. Wybrałyśmy nowy.

- Panie biblioteki szukają? Nie ma, spalona – A zgliszcza gdzie? - A ot, tamoj.

Dzieciaczki dostały cukierki i parę innych drobiazgów, a my ruszyłyśmy na poszukiwanie Wójta, bądź Wójtowej, jako że w owej miejscowości dwa takowe urzędy są piastowane.  Dość powiedzieć, że ani zgliszczy po szacownym przybytku kultury, ani władzy na urzędzie, nie udało nam się zobaczyć. Jeden taki, co nadjechał znienacka rowerem, ogromną jakąś prędkość na nasz widok rozwinął, że nie dałyśmy rady dogonić. Gdzie tam Skodzie, z przedwojenną zardzewiałą holenderką się mierzyć. Nie ma szans.

Upał dokuczał mocno, a my będąc w samym środku podlubelskiej wsi, nie mamy do kogo gęby otworzyć i o drogę spytać. Tylko jakieś kury, przekrzywiając łby przyglądają nam się ciekawie, a czujne kolorowe koguty, zaganiając ciekawskie do zagrody, dumnie piały, jak raz na południe.

Wróciłyśmy, zatem do gospodarstwa raz jeszcze. Gospodyni nadziwić się nie mogła, jak biblioteki można nie zauważyć, kiedy ona tamoj, na krzyżówce, tuż przy drodze przecież jest, to znaczy była, bo tera to ona spalona…

Szosa do Wójtowej biegła cywilizowana, nawet udało nam się znaleźć bez większego problemu jej zagrodę. Piękny dom. A czysty, zadbany i z gustem urządzony ogród zachęcał do odpoczynku. Nam jednak marzyła się toaleta. Niestety, cisza panująca wokół i brak odpowiedzi na dzwonek, mówiły wszystko. Nikogo nie ma w domu. Tylko kot wylegujący się na słoneczku patrzył na nas spod przymrużonych powiek leniwym, kpiącym wzrokiem. I jeszcze krowa. Stała sobie na łące pełnej kwiecia, z namaszczeniem żując i mamrocząc coś pod nosem.  Miałam wrażenie, że mówi –oj wy głupie, głupie baby -  ale głowy bym nie dała. Dosyć daleko od niej stałam, mogłam źle słyszeć.

Nie przyjmując porażki, zmęczone bezowocnymi poszukiwaniami i jeszcze bardziej zawzięte postanowiłyśmy odnaleźć choćby zgliszcza owej biblioteki. Przypominając sobie wcześniejsze wskazówki, tym razem wjechałyśmy w las. Droga skończyła się we wrotach leśnego gospodarstwa. Młody, pół nagi byczek, otaksował nas wzrokiem znawcy, oblizał spierzchnięte widać wargi, wypiął pierś i wskazując ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, lekceważąco rzucił.

- Tamoj - nie musiał się wysilać i tak wiedział, że nie trafimy.

Następny był traktorzysta. Jechał sobie z fasonem po łące, a za nim szedł bociek, wyjadając widać, co smaczniejsze kąski. Chyba zaprzyjaźnieni byli, bo jak rolnik się zatrzymał, bociek spojrzał na nas i zaklekotał ze złością. Przystojny, opalony młodzieniec błysnął w uśmiechu jedynym złotym zębem, a zapoznawszy się z grubsza z naszą wędrówką, jak poprzednicy machnął lekceważąco ręką i zaproponował gościnę u siebie, jako że samotny jest i tu taksując nogi Jagi łakomie mlasnął. Ja miałam nogi schowane pod spódnicą do ziemi, ale na biuście i owszem z uznaniem wymownie oko zawiesił. Kiedy dotarło do niego, że nie szukamy cielesnych przyjemności, a przybytku kultury, rzucił tylko jedno słowo:

- Tamoj.

Cóż było robić, toż nie będziemy pchały się do Puław do naszej koleżanki Marzenki z takim nabojem, a tym bardziej wracały z nim do Otwocka. Za wszelką cenę postanowiłyśmy pozbyć się książek. Wróciłyśmy zatem kolejny już raz, pod cywilizowany dom Wójciny. Zdesperowane, delikatnie i z namaszczeniem ułożyłyśmy wszystkie książki na schodach, krzesłach i ławeczkach. Wokół żywego ducha, tylko zaniepokojony niecodziennym widać ruchem nasz znajomy kot, zniknął w krzakach i chyba zadzwonił do Państwa, bo zjechali nagle zdziwieni i zaniepokojeni wizytą obcych.

Szczęścia, to po nich widać nie było, a raczej popłoch w oczach mieli widząc kupę książek złożonych przed wejściem. Na cóż książki, skoro biblioteka spalona? Trzy razy podpalali, aż się w końcu udało… Stwierdzili mili gospodarze z satysfakcją w oczach.

I już wiedziałyśmy, że nikt nam za dary dziękował nie będzie.

No jasne, bo czyż nie lepszy market w środku wioski?

Jak się rzeknie „tamoj” od razu wszyscy będą wiedzieli. Bo pierwsze, co zobaczą to pośród pięknego lubelskiego pejzażu, na krzyżówce, tuż przy samej drodze, przyciągnie oko szaro-niebieski, plastikowymi panelami obity, widoczny z daleka, rozłożysty budynek mniej lub bardziej znanego dyskontu.

Całkiem nowiusieńki przybytek, całkiem nowiusieńkiej kultury. A jeśli się już zdarzy, że w tej wsi ktoś zatęskni za książką, zawsze będzie ją sobie mógł tamoj kupić.     

                                                                                     Anna Ciupińska

                                                                                                          2013-06-27 14:42

                                                                                                           anciu100@wp.pl

Newsy » LUBELSKIE

26 maja 2015 Twarzą Festynu Pasje Ludzi VI Edycji (14 czerwca 2015 roku) będzie Wnuk Arkadego Fidlela - Arkady Fidler również podróżnik....
7 stycznia 2015 Jakiś czas temu w Teleexpresie poinformowano świat, że spłonęła wiejska biblioteka w gminie Firlej. Tak się złozyło, że wkrótce potem...
10 listopada 2014 TRUDNE WYBORY Już dwa miesiące wiszą na słupach, deszcz im nie wadzi, wiatr ani upał, wzrokiem mnie śledzą, kiedy przechodzę, bezgłośnie...
3 września 2014 W Terespolu się dzieje - realizacja oddolnej inicjatywy ,,Kamerą i aparatem promujemy Terespol", która powstała w ramach projektu...
20 sierpnia 2014 SZCZEPAN SADURSKI: - Lubię zmuszać innych do myślenia Ze znanym satyrykiem – SZCZEPANEM SADURSKIM – rozmawia Marek...
9 lipca 2014 Rozstrzygnięcie I Międzygminnnego Konkursu Literackiego ,,Na skraju świata" Link -...