Kalendarz » ŁÓDZKIE

    Brak wydarzeń.

Eco-Biznes » ŁÓDZKIE

Targi Kwatermistrzowskie odbędą sie w ramach Kongresu „Wojsko Polskie Szansą dla Przedsiębiorczości”. www.mtl.lodz.pl Międzynarodowe Targi Łódzkie; Łódź, al. Politechnki 4
Międzynarodowe Targi Łódzkie; Łódź, al. Politechnki 4 petfair@mtl.lodz.pl www.mtl.lodz.pl
Międzynarodowe Targi Łódzkie; Łódź, al. Politechnki 4 zlotanitka@mtl.lodz.pl www.mtl.lodz.pl
Organizatorzy: Zakład Italianistyki oraz Zakład Historii i Teorii Filmu UŁ   więcej na: www. wiedza.uni.lodz.pl/archives/838

W rytmie fandango

25 lipca 2014, ŁÓDZKIE

„Idźcie zatańczyć dziewczyny; muzyka was woła; muzyk dla was gra; i tak aż do rana – słychać słowa znanej w okolicy piosenki, przez miejscowych popularnie nazywanej sonem, „El Siquisiri”.

    

Jestem w Tlacotalpan, kilkunastotysięcznym kolonialnym miasteczku w stanie Veracruz, gdzie wszyscy wszystkich znają. Porośnięty wysokimi palmami skwer na głównym placu otaczają jednopiętrowe domy z portalami w odcieniach pasteli, muzeum sztuki i pałac miejski. Przechodnie spacerują nigdzie się nie spiesząc, starsi panowie grają z przyjaciółmi w szachy w cieniu kwitnącego drzewa jakarandy, z którego opadają lawendowo-niebieskie płatki, jakaś kobieta, odpędzając upał, wachluje się wypoczywając w hamaku na patio swojego sklepu. W dusznym powietrzu unosi się waniliowy zapach cygar i kwitnących kwiatów, podcieniami spaceruje młodzież zajadając elote, czyli gotowaną kukurydzę z dodatkiem majonezu, limonki i papryczki chili.                                                                            

Tego wieczora, gdy wszyscy wrócili już z pracy i księżyc w kształcie okrągłego bochna chleba pojawił się na niebie, ktoś wpadł na pomysł, żeby ustawić niewysoką drewnianą scenę przed kościołem „Świętego Krzysztofa”. Nikogo to nie zdziwiło, przecież potańcówki – fandango, organizuje się tutaj od XVII wieku z okazji świąt kościelnych, ślubów, urodzin, pogrzebów, jak i bez powodu, wystarczy, że ktoś ma ochotę spotkać się w grupie i zabawić przy akompaniamencie muzyki i śpiewu. Przyjechałam tutaj, żeby zobaczyć tradycyjną fiestę, z których słyną Meksykanie. Chciałam nacieszyć się niezwykłą atmosferą tańca, lepiej zrozumieć kulturę ludzi, wśród których przyszło mi mieszkać.                                                                                                                   

       

Na scenę weszły cztery kobiety o indiańskich rysach twarzy z czarnymi jak węgiel oczami i włosami związanymi w kok z tyłu głowy. Specjalnie na tę okazję założyły długie kolorowe spódnice do kostek i czarne buty na kwadratowym obcasie. Gdy milknie męski śpiew, zaczynają tańczyć jarocho, najpopularniejszy taniec w stanie Veracruz. Uczyły się go od swoich dziadków, wujków i rodziców od dziecka, to część rodzinnej tradycji. Niektóre z nich po wyjściu za mąż przestaną występować, bo potem już nie wypada, w końcu dawniej taniec był rodzajem flirtu. Ich babcie, tańcząc, chciały w ten sposób powiedzieć: popatrz na mnie, jestem tutaj i chcę żebyś mnie podziwiał, zwrócił na mnie uwagę.                                      

Kobiety nie poruszają energicznie ramionami, rękami, ani biodrami jak we flamenco, nie uwodzą zmysłowością, jak robią to tancerki tańca arabskiego, uwagę w pełni koncentrują na krokach. Wystukują rytmicznie całą stopą, czubkiem, lub obcasem rytm „ca-fe-con-pan” (ka- wa z mle-kiem) do dźwięku gitary, a odgłos uderzeń roznosi się po okolicy, jakby grały na jakimś instrumencie. Drewniany, dwumetrowy podest z otworami po bokach zawsze uważano za rodzaj perkusji, więc każdy ma podobny na patio swojego domu.  

                   

Patrząc na nie czuję ich siłę i energię. Na co dzień są czyimiś córkami, matkami, siostrami, pracują jako sklepowe, nauczycielki, pomoce domowe, ale w tym jednym momencie na kobiecych twarzach rysuje się duma, bo taniec przypomina im, że nie są znikąd, są dziewczynami z Veracruz, dziedziczącymi godność swoich przodków.

        

W pewnym momencie z tłumu gapiów, którzy stanęli tuż pod sceną, wysuwa się   mężczyzna. Jest wysoki, barczysty, na policzku ma szramę po bójce, na głowie biały kapelusz, taki sam jaki noszą okoliczni chłopi. „Proszę państwa co to za son, proszę państwa „El buscapies”, pierwszy raz go słyszę, ale piękny jest” - zaczyna śpiewać jedną z najważniejszych piosenek jarocho, którą zwykle wykonuje się tuż po „El Siquisiri”.

              

Na platformę wychodzi pryszczaty nastolatek z dziewczyną, bo ten son tańczy się w parach. Stają do siebie twarzami i zaczynają szybko przebierać nogami, ale jeszcze nie stepują, bo nie wolno im zagłuszyć słów piosenki. W końcu to son nadaje sens ich tańcowi, mówi o tym co było i jest ważne dla ludzi stąd, z czym się identyfikują. Chłopak podchodzi do swojej partnerki, mijają się i zamieniają miejscami nie tracąc przy tym poczucia rytmu. Nie są profesjonalnymi tancerzami, nie zdobyliby żadnej nagrody w konkursie tanecznym, nie występują w zespole folklorystycznym, ale to się dla nich nie liczy. Są wśród znajomych, których dobrze znają i taniec łączy ich z duchami  przodków.                                                      

Pablo, zgarbiony staruszek stoi oparty o drewnianą laskę obok stoiska z cygarami z Veracruz i nuci znaną melodię. Pamięta, że kiedy był dzieckiem przychodził na fandango z rodzicami i rodzeństwem. Gdy muzycy zaczynali grać „Buscapies”, tata prowadził mamę za rękę na scenę, to był jej ulubiony son. W tańcu zapominali o długach jakie mieli u sąsiadów, kłótniach o inne kobiety, jak i o tym, że nie mogą kupić dzieciom nowych butów na zimę. Twarz mamy rozluźniała się. Znikała głęboka zmarszczka pomiędzy brwiami, uśmiechała się i jej oczy nabierały blasku, jakby dopiero co poznała mężczyznę, z którym tańczyła. W tamtym momencie dla Pabla była najpiękniejszą kobietą na świecie.

Przed zaśnięciem mama opowiadała mu, że z „Buscapies” związana jest pewna legenda. Otóż dawno temu w pewnej wsi zaczęła się fiesta i nagle pojawił się przystojny mężczyzna w eleganckim garniturze. Ludzie zauważyli, że nie jest jednym z nich i widać było, że ma pieniądze. Zaczął tańczyć, nikt nie mógł go zatrzymać. Czarownik, który był na tej imprezie przyjrzał mu się i stwierdził: „On nie jest człowiekiem”. Nagle do wszystkich dotarło, że mają przed sobą diabła. Przerwali imprezę, a diabeł oddalił się. Od tego momentu śpiewają „Siquisiri” na rozpoczęcie wieczoru i w jednej ze zwrotek proszą Boga o pozwolenie na śpiew i ochronę przed diabłem.

Jak teraz będziesz latać?

Jesus jest niewysoki, z pucułowatymi policzkami, ma długie wąsy zawijane do dołu. Oparł się plecami o betonową kolumnę podtrzymującą dach jednego z kolonialnych domów i popija tradycyjny napój torito - rum ze skondensowanym mlekiem i kawą, który przed chwilą kupił od znajomego na rogu ulicy. Na fandango przyszedł tak jak zawsze z żoną oraz nastoletnią córką. Otoczone wianuszkiem koleżanek, stoją na skwerku w pobliżu muzyków i rozmawiają o tym kto wydał córkę za mąż, która dziewczyna została mamą, jaki prezent dostała inna od swojego chłopaka. Żona co chwila odwraca się i przywołuje Jesusa ręką, dając mu w ten sposób znak, że chce z nim zatańczyć. Jednak on, jak na prawdziwego macho przystało, pozostaje w miejscu niewzruszony.                                                                                 

– Sam taniec nie znaczyłby dla nas wiele bez naszych pieśni, ale żeby zrozumieć jak powstawał son jarocho, musimy cofnąć się kilka wieków wstecz – zwraca się do mnie zdejmując z głowy kapelusz i białą chusteczką z materiału wyciera pot z czoła. – Najpierw kapitan Cortes, konkwistador z Hiszpanii, przybył ze swoimi okrętami z Kuby na Jukatan, a stamtąd przypłynął do nas, do Veracruz. Ktoś mu powiedział o bogactwach Azteków, którzy mieli wielką armię i mniejsze plemiona indiańskie musiały płacić im daninę. Cortes wiedział, że najpierw musi pokonać Azteków, żeby podbić Meksyk. Hiszpanie mieli konie, broń palną, ale było ich tylko kilkuset, sami nie daliby rady zwyciężyć. No, ale niektórzy wodzowie myśleli, że biali ludzie im pomogą uwolnić się od Azteków i sami dawali im swoich wojowników. Innych do pomocy zmuszono siłą.

      

Kiedy Cortes przybył do Tenochitlanu, stolicy azteckiej, ujrzał piękne miasto położone na wyspie z licznymi świątyniami, zadbanymi ogrodami i kanałami, po których łodziami przewożono żywność. Bernal Diaz del Castillo, jeden z żołnierzy, w swoim pamiętniku zanotował: „Niektórzy  pytali, czy to co widzimy, nie jest snem”. Król Montezuma II przywitał go licznymi darami, bo wierzył że ma przed sobą boga Quetzalcoatla, który według przepowiedni kapłanów miał mieć brodę i przypłynąć statkiem ze wschodu. Władca zaprosił gości do swojego pałacu, gdzie Cortes z pomocą indiańskiej tłumaczki Malinche, prowadził z nim rozmowy. Z jakiegoś powodu nie doszli do porozumienia i konkwistador uwięził króla w jego własnym pokoju. Wkrótce zostawił go pod opieką hiszpańskich żołnierzy, a sam wrócił do Veracruz, żeby spotkać się z rodakami, którzy przypłynęli z nakazem aresztowania go za bezprawne prowadzenie działań zbrojnych. Cortes obiecał im liczne bogactwa, jeśli tylko przejdą na jego stronę.                                                                                                                   

W tym czasie Aztekowie zorganizowali w Tenochitlan religijne święto, podczas którego tańczyli i składali krwawe ofiary z więźniów. Kapłani nożami z obsydianu wykrawali pojmanym na wojnie wojownikom serca, po czym wznosili je ku słońcu. Zgodnie z ich kalendarzem, zbliżał się koniec kolejnej epoki, przez co w każdym momencie świat mógł ulec zagładzie. Wierzyli, że dzięki ofierze z ludzi przebłagają siły natury i następnego dnia znów nastanie świt.                                                                                                            

Hiszpanie widząc pogańskie praktyki wpadli w panikę, ze strachu zaczęli zabijać niewinnych Indian. Doprowadziło to azteckich wojowników do wściekłości. Kiedy Montezuma wyszedł na balkon pałacu, żeby uspokoić swoich poddanych, poleciały w jego kierunku kamienie. Jeden ranił go śmiertelnie. Konkwistadorzy musieli opuścić miasto, wielu z nich zginęło. Jednak po jakimś czasie Cortes wrócił do Tenochitlanu z artylerią. Udało mu się pokonać armię ostatniego króla Azteków, siostrzeńca Mentezumy, Cuauhtemoca. Dzisiaj w miejscu bitwy, w centrum Mexico City, znajduje się tablica: „Nie było to zwycięstwo, ani klęska, były to bolesne narodziny Metysów.”                                                                 

 – Gdy Cortesowi udało się pokonać Azteków, z łatwością podbił inne plemiona indiańskie w Meksyku, a nasz kraj stał się kolonią hiszpańską, Nową Hiszpanią – tłumaczy dalej Juan. – Ale mieliśmy więcej szczęścia niż np. Apacze w Stanach Zjednoczonych, bo Hiszpanie nie chcieli naszej ziemi tak jak Anglicy, oni chcieli naszych skarbów. Niedaleko Tlacotalpan zaczęli uprawiać trzcinę cukrową, no ale do tego potrzebowali ludzi. A ponieważ wielu Indian umierało od chorób, które biali przywieźli z Europy, musieli zacząć sprowadzać czarnych niewolników z Afryki. Nasze kultury wymieszały się i tak powstał taniec jarocho.

       

Rozmowie przysłuchuje się kolega Jesusa, Juan. Jest o głowę od niego wyższy,  ma białe jak mleko zębami i czekoladowy kolor skóry. Ruchem ręki poprawia rozchełstaną koszulę w odcieniu musztardy, spod której wyłania się gruby łańcuch ze złotym krzyżem. W Tlacotalpan mieszka od urodzenia, pracuje jako kierowca ciężarówki. Dużo podróżuje i - jak się przechwala - ma dziewczyny w każdym porcie. Żadna jednak nie jest taka jak jego pierwsza miłość, Paola.

 

Paola miała jasną skórę, oczy koloru orzecha włoskiego i ciemnoblond włosy. Była najpiękniejszą dziewczyną w szkole. Gdy znajdował się w pobliżu niej, zasychało mu w gardle. Wszyscy jego kuple w Walentynki wysyłali do niej liściki miłosne, on nigdy nie miał odwagi. Raz na fandango koledzy popchnęli go w jej kierunku, żeby poprosił ją do tańca. Podszedł do niej i wyciągnął spoconą rękę, a ona ku zaskoczeniu wszystkich podała mu swoją dłoń. Kiedy prowadził ją na parkiet, słyszał głośne bicie serca, a nogi zaczęły się pod nim uginać. Po chwili muzyk zaczął grać jakiś son. Zdezorientowany Juan zamiast wystawić lewą nogę do przodu, ruszył z prawej, zapomniał jaki powinien być następny krok, w pewnym momencie nogi mu się skrzyżowały, w oka mgnieniu stracił równowagę i upadł na dziewczynę. Wyczuł jej piersi w kształcie gruszek, miękkie biodra, pachniała różaną wodą toaletową. Nigdy więcej z nią nie zatańczył, ale było to najbardziej zmysłowe doświadczenie w jego życiu

           

Juan wyobraża sobie jak mogło wyglądać spotkanie Indianina z czarnym niewolnikiem w nocy, po pracy na polu trzciny cukrowej. „My tańczymy w ten sposób” – zapewne mówił czarny jak noc Afrykanin i pokazywał ruchy. „A my tak zaklinamy deszcz” – tłumaczył Indianin. Ustawiali się w kręgu i jeden zaczynał grać na „la jarana” (mała gitara wykonana z jednego kawałka drewna z ośmioma strunami), drugi na bębnie, razem śpiewali, kobiety tańczyły. Z czasem pojawiły się nowe instrumenty: „el requinto” (mała gitara z czterema strunami), tamburyn i szczęka osła, w nią uderzali patyczkiem.                                           

 

– Ten taniec to nasza tożsamość, co widać już po samej nazwie – zapewnia przeżuwając tytoń. – Ludzi mieszkających w Veracruz Hiszpanie nazywali jarocho, chcieli ich w ten sposób obrazić, znaczyło to tyle co „świntuchy”. Ale dla naszych pradziadów bycie jarocho stało się częścią ich życia. Przestało im to przeszkadzać, no bo przecież byli chłopami, byli z Veracruz,  tańczyli jarocho, ich rodziców też nazywano jarocho, więc kim innym mogli być? Ja też czuję się i żyję jak jarocho.                                                                       

 

Mężczyzna łapie za kosmyk czarnych, kręconych włosów. – W moich żyłach płynie nie tylko indiańska i hiszpańska krew. Jestem też potomkiem czarnych niewolników i nie wstydzę się tego, oni są częścią mnie. Sones i taniec mówi o tym, kim jestem.                                                                                                                                      

Milknie i spogląda na scenę, na której kobiety poruszają rękoma tak lekko, jakby za chwilę miały unieść się wysoko w powietrze. W ten sposób udają ptaki. Ktoś śpiewa son „La guacamaya” („Ara”): „Biedna ara; aj jak mi ciebie żal; skoro podcięli ci skrzydła; jak teraz będziesz latać”. Potomek Indian, Hiszpanów i Afrykanów tupie nogą w takt melodii. Jego indiańscy przodkowie, tak samo jak i on, mieli silny związek z przyrodą, dlatego wiele sones opisuje zwierzęta. Inne mają podwójne znaczenie, często są rubaszne, mówią o miłości. W „Guanabana” jakiś mężczyzna chciał się pochwalić: „Jednej dziewczynie jej różany krzew, zaczął schnąć, ale wczoraj go podlałem i zakwitł”. Son „Chuchumbe” mówi: „Czy ci dobrze, czy ci źle, polubisz chuchumbe”, dając do zrozumienia, że chodzi o seks.                                             

 

– No i pomyśl, że nagle słyszy te zwrotki hiszpański nadzorca, albo ksiądz i rozkazuje: „Nie wolno wam tego śpiewać, to grzech” – odzywa się Jesus. – Dlatego zaczynają się ukrywać, wymyślają historie, proszą Boga, żeby pozwolił im się bawić. Mogło tak być? Mogło.              

Meksykańska legenda

“Na hacjendzie Horcón, jest jedna chuda krowa, mówią że chce ją dać, don José Julián Rivera” – śpiewa zachrypniętym głosem gitarzysta ze złotym zębem. Gwałtownym ruchem głowy  odgarnia siwą grzywkę z czoła, odsłaniając mimochodem zakola i przerzedzone włosy.                                                                                                                                                

Sonu słuchamy z Pablo, 20 letnim studentem z Veracruz. Wysoki, szczupły, o ciemnej karnacji, z postawionymi na żel włosami. Gry na gitarze uczył się w domu od taty i dziadka, potem jako jeden z nielicznych chodził na dodatkowe lekcje w mieście. Każdy w jego rodzinie tańczy, gra, albo śpiewa i tak od pokoleń. Na jednym fandango usłyszał, jak muzyk zagrał nieznany mu akord. Po skończonej piosence podszedł do niego i zapytał: „Co to były za nuty?” Mężczyzna zrobił zdziwioną minę: „Nuty? A co to jest?” „Dźwięk, który zagrałeś na jarana” – wytłumaczył. „Nie wiem co to jest, ale wyjmuję jarana i robię tak” – pokazał uderzając ręką o struny.

                                                                                                       

Wiele osób w rodzinie krytykuje Rubena za to, że łączy tradycyjną muzykę z innymi rytmami: z bluesem, jazzem, hip-hopem, salsą. Powtarzają mu, że nie tworzy „sones”, że do tego nie da się tańczyć. Tylko, że on nie chce się z innymi porównywać. Son ma we krwi, ale mieszka w mieście, przez to inaczej patrzy na życie. Eksperymentuje z muzyką, bo sam chce w ten sposób wyrazić to kim jest, oraz pokazać że tradycja może się zmieniać.

                         

– Wsłuchaj się w słowa – prosi Pablo. – Teraz śpiewają jeden z najważniejszych sonów „El toro Zacamandu”, który powstał w oparciu o legendę, on świetnie pokazuje miejscowe wierzenia. Otóż na hacjendzie mieszka mąż z piękną żoną. Nigdy nie mieli dzieci. Z upływem czasu mężczyzna starzeje się, a kobieta wciąż jest tak samo młoda i pociągająca. Pewnego dnia przybywa na rancho czarownik, widzi ją i zaczyna coś podejrzewać. Spotyka się z właścicielem rancha i pyta, czy nie widział niczego dziwnego w jej zachowaniu. „Nie – odpowiada. – Ale jeden przyjaciel mówił mi, że widział moją kobietę, jak tańczyła w nocy w porcie. To nie może być prawda, bo port jest daleko stad.” Czarownik dopytuje: „Co zawsze robicie przed pójściem spać?”. „Nic specjalnego, zawsze jemy razem kolację, żona podaje mi herbatę, kładę się, a potem ona sama przychodzi do łóżka”. „Zróbmy tak – radzi. – Zjedz z nią dzisiaj kolację, ale herbatę wylej, jak nie będzie patrzeć. Potem udawaj, że śpisz.” Tak też robi. Kiedy żona wchodzi w środku nocy do pokoju, wysypuje solą okrąg i zdejmuje z siebie ludzką skórę. Nagle zmienia się w ptaka i wylatuje przez okno. Gdy jej mąż to widzi, zaczyna się bać. W tym momencie do środka wchodzi czarownik i wypełnia skórę solą, żeby nie mogła w się nią z powrotem wśliznąć. Kiedy ptak wraca do pokoju, czarownik chce go złapać, ale mu się nie udaje. Wylatuje przez okno, ląduje na ziemi i zamienia się w krowę. A potem ucieka na pastwisko, gdzie pasą się inne krowy.                                                                     

– Dlatego śpiewamy, że Juan Jose Rivera, chce dać w prezencie chudą krowę, bo to była jego opętana żona – kończy opowieść Pablo, odstawia pustą butelkę po piwie pod drzewem i zaczyna przypatrywać się krótkowłosej Meksykance o przefarbowanych na blond włosach. Poprawia kołnierzyk u obcisłej koszuli w kratę i nie zastanawiając się długo, podchodzi do nieznajomej. Szepcze jej coś na ucho, ona się śmieje na głos. Po chwili łapie ją za rękę i ciągnie za sobą, a inna para ustępuje im miejsca na drewnianym podeście. W pewnym momencie son mówi o corridzie. Chłopak wywijając nogami przykłada palce do boków głowy udając byka, a dziewczyna zaczyna bawić się chustą, wyzywając go do walki. Dziewczyna nazywa się Ana, jarocho uczyła się w szkole w Mexico City. Od tej pory, kiedy tylko ma czas, wsiada w autobus i szuka miejsc w Veracruz, gdzie mogłaby potańczyć. Takich jak ona z roku na rok przybywa, bo w latach 30. wielu mieszkańców tych okolic wyemigrowało do innych stanów Meksyku oraz Stanów Zjednoczonych i dzięki nim jarocho przestało być tylko folklorem, zaczęło żyć na nowo.

                                                                                                                                  

Ja was kurczaki uprzedzę

Minęła północ, na placu gwarno jakby był środek dnia. Nastolatkowie całują się w cieniu drzewa, zmęczeni tańcem tancerze stoją w kolejce po rum, jedynie młode mamy zbierają się do odejścia z dziećmi  uśpionymi w kocykach. „Kup mi lizaka, kup mi lizaka!” – płacze kilkulatek trzymając rączkami mamę za długą spódnicę.                     

Na schodku pobielanego kościoła siedzi Maria ze swoją kuzynką, obie z Tlacotalpan. Obie są siwiutkie, włosy związały w kok. Brakuje im przednich zębów. Na rozłożonej, prostokątnej chuście wystawiły szmaciane torebki, wyszywane w kolorowe kwiaty bluzki, zabawki z drewna dla dzieci, wszystko na sprzedaż. Patrzą z ciekawością na tancerki, które zadziornie podwijają spódnice.                                                                                            

Maryja nauczyła się jarocho dosyć późno, bo miała już 15 lat. Potem często chodziła z innymi dziewczynami na fandango,  tańce bardzo jej się podobały. Nie zważała na to, co mówiła jej ciocia: „Na co ci to, tam chłopcy chcą tańczyć z dziewczynami, tylko po to, żeby je dotykać. Rozochocą je, a później zostawią.” Potem przyszły gorsze dla niej czasy. Wyszła za mąż za rolnika, który pił, a czasem i przyłożył. Mąż był zazdrosny i nie chciał wypuszczać jej z domu.Wysyłała do niego starszego syna, który prosił ojca, żeby pozwolił im pójść na zabawę. Chciała iść do ludzi, bawić się z nimi, znów poczuć, że żyje. Czasem mówił: „Idźcie, ale macie wrócić przed dwunastą!”. Teraz, jak twierdzi, dzięki Bogu ma spokój, jej mąż nie żyje i już nikt Maryi nie mówi, co ma robić.                                                                               

Kobieta wstaje i zbliża się do tłumu stojącego pod sceną, aby zaśpiewać fragment sonu „Los Pollos” (Kurczaki): „Słuchaj Lazaro Patricio; Twoja kobieta jest bardzo piękna; Gdy leży w łóżku; Przypomina motyla.”

Bardzo lubi ten son, bo jest prawdziwy, mówi wiele o tym, jacy potrafią być Meksykanie. Miejscowi opowiadają, że Lazaro Particio pracował na roli blisko Cordoby. Jednego wieczora poszedł z żoną na fandango. Na tej samej zabawie pojawił się jej były chłopak. Gdy zobaczył ją po latach, nie zważając na to, że jest mężatką, zaczął kobietę kokietować śpiewem. Dla jej męża, jego słowa były obraźliwe. Przerwał grę na gitarze jarana, wziął do ręki nóż i zabił go na oczach wszystkich. Ludzie ze wsi pomogli mu uciec razem z rodziną. W drodze wiatr zrzucił mu z głowy kapelusz na znak, że jego miłość się skończyła.

Tancerki wystukują obcasami rytm „kawa z mlekiem”. Wystawiają prawą nogę w bok. potem lewą i znowu prawą. W pewnym momencie Rocio, koleżanka Maryii z dzieciństwa schodzi ze sceny i chowa się w objęciu swojego narzeczonego. Siadają na skwerku na drewnianej ławeczce, bo od tańca nogi zaczęły ją boleć, nie mogła złapać oddechu i musi chwilę odpocząć. Nie mam już tyle sił co kiedyś – myśli. Gdy była nastolatką, przed fandango kupowała kwiat, bo jak mówiła jej mama: „Samotna kobieta powinna wpiąć go po lewej, a mężatka po prawej stronie”. Potem na imprezie chłopak, któremu się podobała, zakładał jej kapelusz na głowę i tym gestem prosił do tańca. Teraz już się tak nie robi. Tańczyli razem dwa sones, czuła na sobie jego wzrok, który przeszywał ją do środka, ale była twarda, nie chciała dać się tak łatwo zbałamucić i po trzeciej piosence mówiła mu, że nie przyszła na zabawę, żeby przez cały wieczór nosić sombrero. Czasem jakiś kolega dziękując za taniec zapraszał ją na piwo, bo było tanie.

Rocio patrzy na tancerzy i słucha kolejnej zwrotki sonu: „Ja was kurczaki uprzedzę; Żebyście powiedzieli na głos; Żebyście powiedzieli na głos; Ja was kurczaki uprzedzę; Bo będą robić rosół; Kurczaka w ryżu; Kurczaka w ryżu; Ja was kurczaki uprzedzę”.                  

W tych kilku wersach mieści się kawałek historii Meksyku. W 1910 roku wybuchła Rewolucja Meksykańska przeciwko dyktatorowi Porfirio Diazowi, który przez ponad trzydzieści lat rządził krajem. W tym czasie przeprowadził wiele reform, był otwarty na zagranicznych inwestorów, ale wszelkie oznaki buntu tłumiono, a bezrolni Indianie i chłopi byli zmuszeni do pracy za grosze na hacjendach obszarników. Po sfałszowanych wyborach prezydenckich, przebywający na wygnaniu zwycięzca – Francisco Madera, wypowiedział Diazowi wojnę. Uzbrojeni robotnicy i chłopi ubrani w białe chłopskie koszule ruszyli do walki domagając się ziemi i wolności. Po ucieczce Diaza i zaprzysiężeniu Madero na prezydenta w 1911 roku, nie wszyscy rewolucjoniści byli zadowoleni z wprowadzanych zmian. Nowy prezydent zginął w zamachu, a wojna domowa trwała przez kolejnych kilka lat. Ludzie cierpieli głód, byli torturowani, wielu niewinnych Meksykanów zginęło w egzekucjach. Mieszkańcy Veracruz zaczęli pisać sony, jak ten o kurczakach, które symbolizują chłopów. Ludzie wiedzieli, że jeśli tylko zobaczą w pobliżu rewolucjonistów, muszą uprzedzić swoich sąsiadów, aby w porę mogli przed nimi uciec. W przeciwnym razie buntownicy mogliby zrobić z nich „rosół”. Z czasem na wsiach zaczęli tańczyć do nowych sonów na fandangach i pamięć o tragicznej historii Meksyku przetrwała.

Kogucie już nie śpiewaj

Gwiazdy blakną, niebo zaczyna się rozjaśniać. Na placu zostało niewielu ludzi, prawie sama młodzież. Piją piwo, rozmawiają i słuchają muzyki na żywo. Stoję na trawniku z Aną i Pablo, próbuję powtarzać za nimi kroki. Ale to nie takie łatwe, bo mylą mi się nogi, nie nadążam za melodią, ani nie umiem stepować. Śmieję się na głos i siadam zrezygnowana na trawniku, ale Pablo prosi, żebym się nie poddawała, twierdzi, że dam radę. Tymczasem para tancerzy robi obrót i wystukujestopami dużo dynamiczniejszy rytm do najbardziej rozpoznawanego sonu joracho „La Bamba”: „Żeby tańczyć la bambe; Żeby tańczyć la bambe; Potrzeba trochę wdzięku; Trochę wdzięku dla mnie i dla ciebie; I w górę i w górę. I w górę i w górę; Dla ciebie będę, dla ciebie będę, dla ciebie będę; Nie jestem marynarzem; Nie jestem marynarzem; Jestem kapitanem; Jestem kapitanem; Jestem kapitanem; Bamba, bamba; Bamba, bamba; Bamba, bamba.”

Melodia wydaje mi się znajoma, po chwili przypominam sobie, że ten son gdzieś już słyszałam. Tylko gdzie? W radiu, a może śpiewaliśmy tę piosenkę w drużynie harcerskiej? Nie miałam pojęcia, że jest z Meksyku. Nagle robi mi się lekko na duszy, bo okazuje się, że mnie coś z tym krajem łączyło, nawet jeśli nie dawałam sobie z tego sprawy. Ten son ma wiele zwrotek, nie wszystkie śpiewa się w kolejności i nie wiadomo, w którym momencie się skończy. Opowiada o kobietach, uczuciach, śmiesznych sytuacjach, jakie miały miejsce na wsiach i w miasteczkach, również o piratach.                                                                      

– Ten son powstał najprawdopodobniej w 1683 roku po ataku holenderskiego pirata Lorrencillo na Veracruz, mówi się, że nie znał litości – tłumaczy Pablo siadając na trawniku obok mnie. 

                                                                                                            

Na świecie „La bamba” stała się znana dzięki Richiemu Valensowi, piosenkarzowi meksykańskiego pochodzenia, który w 1968 roku nagrał w Stanach Zjednoczonych wersje rock and rollowa tego sonu i jego piosenka znalazła się na listach przebojów.                             

W pewnym momencie muzyka zmienia się na spokojniejszą i spoglądając na ich twarze domyślam, że to już koniec, zaraz rozejdą się do swoich domów i będą czekali na następne fandango. Na parkiet wchodzi kilka dziewczyn, zaczynają tańczyć, a młody chłopak zaczyna akompaniować son „El gallo”: „Kogucie już nie śpiewaj; daj mi spać; patrz, ja dla niej; mogę umrzeć; Aj kogucie kogucie, kogucie; koguciku śpiewaku; śpiewaj o życiu; śpiewaj o miłości...”.                                                                                                                        

Pablo wstaje, otrzepuje spodnie po czym podaje mi rękę. Staję na przeciwko niego i zaczynam poruszać nogami. Już mi nie przeszkadza, że nie znam kroków, ani że się pomylę. Jestem lekka i spokojna. Jednoczę się z nimi, z ich historią, z tym co było jest i będzie. Czuję się jedną z nich.

Honorata Zapaśnik

więcej o Autorce: http://www.egminy.eu/ludzie-ciekawi,czytaj/621/Honorata++Zapa%C5%9Bnik-Zapa%C5%9Bnik.html

 

 

Newsy » ŁÓDZKIE

22 stycznia 2018 Krzysztof Cwynar zaostał nowminowany do tytułu "Człowiek Roku 2017" w kategorii "Działaność społeczna i charytatywna". Chętni, którzy...
12 czerwca 2016 Zapraszamy do udziału w projekcie - Aktywizacja młodych z grupy NEET w woj. łódzkim z wykorzystaniem założeń innowacyjnej metody Story...
11 czerwca 2016 V edycja Festiwalu wystartowała .     Do promocji wykorzystaliśmy nasz piękny zabytkowy tramwaj łódzki....
11 czerwca 2016 Piąta edycja Festiwalu Łódź Miastem Kobiet skłania do pewnych refleksji i ewaluacji. Co nam się udało, co się sprawdziło, co należy...
3 lutego 2016 BY DALEJ ŻYĆ _ Koncert Charytatywny - ZAPROSZENIE Stowarzyszenie Uratujmy Życie oraz Bałucki Ośrodek Kultury LUTNIA, zapraszają na wspaniały...
1 lutego 2016   Przekaż 1 % podatku niepełnosprawnym artystom Pomóż nam pomagać. KRS 000014349 Na naszej stronie rozliczysz Pit łatwo i szybko....