Kalendarz » ŁÓDZKIE

    Brak wydarzeń.

Eco-Biznes » ŁÓDZKIE

Targi Kwatermistrzowskie odbędą sie w ramach Kongresu „Wojsko Polskie Szansą dla Przedsiębiorczości”. www.mtl.lodz.pl Międzynarodowe Targi Łódzkie; Łódź, al. Politechnki 4
Międzynarodowe Targi Łódzkie; Łódź, al. Politechnki 4 petfair@mtl.lodz.pl www.mtl.lodz.pl
Międzynarodowe Targi Łódzkie; Łódź, al. Politechnki 4 zlotanitka@mtl.lodz.pl www.mtl.lodz.pl
Organizatorzy: Zakład Italianistyki oraz Zakład Historii i Teorii Filmu UŁ   więcej na: www. wiedza.uni.lodz.pl/archives/838

Mów, Darek, mów

6 sierpnia 2014, ŁÓDZKIE

Nauczyłem się całować starszych w rękę. Zabroniono mi rozmawiać z kobietami. Czułem, że narodziłem się na nowo.

 

Szkoła. Darek prowadzi lekcję muzyki. Gra na akordeonie. Na krześle siedzi 11-letnia córka Tatiana z gitarą. Mona, Ranuś, Trojan i Pusio śpiewają piosenkę:

To, o czym mówię,

wszystko, wszystko już dawno

minęło,

wszystko, wszystko ze sobą wzięło

i tamte lata młode.

 

Miałem trzy lata, pewnego dnia zobaczyłem, że w domu nie ma mamy. „Poszła do więzienia” powiedział dziadek, który nagle stanął przed moim łóżkiem we Włocławku. Dziadkowie zabrali mnie do Białegostoku. Przyjechał tata i powiedział, że syna sam wychowa. Ale potem poszedł w cug. Płakałem.

Policja zawiozła mnie do pogotowia opiekuńczego. Tam do sypialni weszła jakaś kobieta. Trzymała czerwonego lizaka. „Jestem siostrą twojej mamy” powiedziała i musiała mnie usypiać, bo nie chciałem puścić jej ręki. Rano już jej nie było. Wpadłem w histerię. Czekałem. Odwiedziła mnie jeszcze trzy razy.       

Kiedy skończyłem siedem lat, zawieźli mnie do domu dziecka w Aleksandrowie Kujawskim. Wysiadłem z nyski, popatrzyłem na inne dzieci i zacząłem biec przed siebie. Chciałem uciec do cioci. „Łapać go!” krzyknęła jakaś kobieta. Koledzy doprowadzili mnie do dyrektorki. „Cygana ciągnie do lasu!” - szydziła ze mnie.                                                                                   

W pokoju mieszkałem razem z 18-latkami. Miałem dyżur. Szorowałem podłogę. Pod jednym z łóżek zauważyłem jakieś torby, bałem się ich ruszyć. Chłopcy wrócili z ping-ponga. Jeden z nich zauważył, że pod jego łóżkiem nie było myte. Założył rękawice bokserskie i uderzył mnie w brzuch. Próbowałem uciec. Jego dwaj koledzy wrzucili mnie pod łóżko. Zaczęli skakać. Sprężyny wbijały mi się w twarz. Krzyczałem. „Cygan wołali wychowawcom powiesz, że doniczka spadła ci na głowę”.                                                    

Zjadłem śniadanie, ale ciągle byłem głodny. Zauważyłem, że kucharka wydaje kolejną porcję, więc wziąłem z tacki chleb. Dyrektorka to zobaczyła i wyprowadziła mnie za uszy ze stołówki. W gabinecie wyciągnęła z biurka drewnianą linijkę. Kazała położyć się na krześle. Biła kantem, żeby nie było widać śladów. Nawet się nie opierałem, za bardzo się bałem.                       

Postanowiłem się zabić. Sypialnia była pusta. Kabel od magnetofonu obwiązałem wokół belki. Zrobiłem pętlę. Zawisłem i usłyszałem krzyk. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem panią Grażynę, pedagog. „Dlaczego chciałeś się powiesić?” spytała. Milczałem. „Zaufaj mi. Zaopiekuję się tobą. Dopilnuję, żebyś poszedł do najmłodszej grupy”. I dotrzymała słowa.                     

Zrobiłem się pewniejszy. Nauczycielce zginął portfel. „Darek, ty go wziąłeś” powiedziała. „Nie” odpowiedziałem. Przeszukała mnie, ale pieniędzy nie znalazła. O kradzieży powiadomiła panią pedagog. Ona wiedziała, kiedy kłamię. „Wziąłeś?” spytała. Zaprzeczyłem. I uwierzyła mi.

 

– Romowie grają tę piosenkę od 60 lat – odzywa się Darek.

– A kto wymyślił tekst? – pyta Trojan.

Trojan ma 14 lat. Przed paru miesiącami Darek wybronił go w sądzie. Trojan jest dobrym uczniem, nie wagaruje. Nauczyciele mówią o nim - bystry. Chce skończyć szkołę i pójść na mechanika.

– Papusza – wyjaśnia Darek. – Była poetką. Pisała piękne wiersze o tęsknocie.

 

Zawsze w dniu odwiedzin czekałem przy wejściu z nadzieją, że ktoś do mnie przyjedzie. Raz zauważyłem, że elegancka blondynka w kołnierzu z lisa weszła z mężem do dyrekcji. Po chwili dyrektorka wezwała mnie siebie. „Czy chciałbyś u państwa pobyć?” spytała. Pani w lisie dała mi czekoladę. „Chcę” odpowiedziałem.                                                                                 

Jeździłem do nich na weekendy. Miałem u nich swój pokój, dostałem w prezencie zabawkę olbrzymi wóz strażacki za 70 zł! Po roku pan Ryszard, który był wojskowym, przyjechał i powiedział: „Pożegnaj się ze wszystkimi .Zostaniesz u nas na zawsze”. Nie mogłem uwierzyć miałem nowych rodziców. Przestałem mlaskać, pluć. Zacząłem modlić się przed jedzeniem, mówić: smacznego. „To jest dom” powtarzali.                                                    

Po miesiącu zamieszkali z nami Krzysztof, Marcin, Magda i Edyta. Dom zamieniał się w rodzinny dom dziecka. Kiedyś sprzątałem pokój nowej mamy. Wysunąłem szufladę biurka. W środku leżały akta adoptowanych dzieci. Przeczytałem, że mój prawdziwy tata jest w zakładzie karnym, został pozbawiony praw rodzicielskich. Usłyszałem za drzwiami czyjeś kroki. Odskoczyłem jak oparzony od biurka i włączyłem odkurzacz. Nie chciałem ojca znać. „Cyganie to źli ludzie” zawsze to od Polaków słyszałem.                           

W wakacje dużo czytałem: „Chata wuja Toma”, „Dywizjon 303”. Mama była nauczycielką i co tydzień robiła nam dyktanda. Wieczorami w tajemnicy przed rodzicami chodziłem na boisko. Tam poznałem Leszka, który już siedział kiedyś w więzieniu. Zazdrościłem mu, że tak pięknie gra na gitarze. Uczył mnie akordów.

Nowy tata zobaczył nas razem. Dostałem wtedy kablem i uciekłem z domu. Odtąd tata karał mnie za każdym razem, gdy spóźniłem się na obiad albo za podobne bzdury. Bałem się go. Znowu uciekłem. Odwieźli mnie wtedy do domu radiowozem. „Spakuj swoje rzeczy, już tutaj nie mieszkasz” powiedział tata. „Nareszcie jestem wolny” pomyślałem.                                                 

Wróciłem do domu dziecka. Spotkałem tam Monikę romską dziewczynkę z Włocławka. „Jakie jest nazwisko twojego ojca?” spytała. „Kazimierz Adamajtys”. „To mój tata” wykrztusiła. Nie uwierzyłem. „Ojciec ciebie szukał, ale byłeś u ludzi” tłumaczyła. „Niech do mnie przyjedzie”. Nie przyjechał, ale odtąd często o nim myślałem.

 

– Wujku, kim jest ten pan?

Mona wskazuje palcem obrazek przyczepiony do szkolnej tablicy.

– Tyle razy wam powtarzałem - mówi z rezygnacją Darek. – Kto wie?

– Cygan.

Wszyscy śmieją się z naiwnej odpowiedzi Trojana.

– Hiszpański Cygan Ziferino Gimele Malaz – przypomina Darek.  – Oddał w więzieniu życie za księdza. W 1826 roku ogłoszono go świętym.

Darek dotyka wytatuowanej kreski pod okiem: „Człowiek grypsujący bez żadnych zastrzeżeń”. Jak odłoży pieniądze, usunie znak laserem.

 

Chodziłem do zawodówki. Kiedyś rozwiązywałem przy tablicy zadanie z matematyki i co chwila odwracałem się do kolegów, bo mi podpowiadali. Nauczycielka zaczęła mnie szarpać za włosy. Wyrwałem się i kopnąłem ją w brzuch. A ona była w ciąży. No i poroniła.                                                              

Trafiłem za to do poprawczaka. Tam dowiedziałem się, jak kraść. Zwolnili mnie po roku, za dobre sprawowanie. Ale nie marzyłem już o domu i ukończeniu szkoły. Szukałem łatwego zarobku. Kiedyś ukradłem „malucha” i włamałem się do kiosku. Wróciłem za to do poprawczaka. Poszedłem do grypsujących.                                                                                      

Przeszedłem próby: w czasie snu wkładano mi papierki między palce i podpalano, koledzy skakali na moją klatkę piersiową. Wyszedłem po dwóch latach. Ukończyłem zawodówkę w Rydzewie i pracowałem jako mechanik. Miałem żal do prawdziwych rodziców za straconą młodość. Postanowiłem, że odnajdę ojca i że go zleję.                                                        

Pojechałem do Włocławka. „Gdzie mieszka Cyganka Monika?” spytałem jakiegoś Roma. „A ty kto?”. „Darek Marcinkiewicz (nosiłem nazwisko matki). Szukam taty”. „Matka chciała, byś był Darek, ale ty Adaś jesteś!” wykrzyknął brat taty, bo to był on. Zaprowadził mnie do czyjegoś mieszkania. Dwie kobiety rozmawiały po romsku, zabijały kurę. Trzęsły mi się nogi ze zdenerwowania. Rozpoznałem Monikę. „Tata jest na rybach”. Uśmiechnęła się. W końcu do pokoju wszedł niski mężczyzna. Odstawił wędkę. „Adaś przyjechał” powiedział stryjek. Tata rzucił się na mnie z płaczem. Nie chciałem go już bić. Zostałem na obiedzie. Podali kurczaka, osobno ziemniaki, jedli rękoma. Dziwiłem się temu.                                                                           

„Co z mamą?” spytałem w końcu. „Nie żyje”. Wybiegłem wtedy w szoku na ulicę. Wszystkie kosze po drodze skopałem. Tata mnie dogonił. „Jesteś nasz. Zostań” prosił. Skupowałem koperty od starych zegarków ze złotym symbolem. Przynosiłem je tacie. Ale nie czułem się przez rodzinę akceptowany. W końcu przyjaciółka taty zdradziła mi: „Twoja mama żyje. Szukaj u dziadków w Białymstoku”. Postanowiłem wyjechać.                               

Zanim wszedłem do mieszkania rodziców matki, wziąłem głęboki oddech. Malutka babcia siedziała przy stole, a dziadek z drewnianą laską stał obok. „Jestem synem pani Marcinkiewicz” odezwałem się pierwszy. Babcia wstała z krzesła. „Jak masz na imię?” spytał dziadek. „Darek”. „To ten najmłodszy” powiedział i rozpłakał się.                                                           

W pokoju stały samowary, srebrne cukiernice, antyczna komoda. Z tapczanu podniosła się ładna kobieta. „Darek ciebie odnalazł!” krzyknął dziadek. Mama mnie objęła i rozpłakała się. Byłem szczęśliwy. Potem przyszedł jakiś młody Rom i uścisnął mi dłoń. „Idziemy na dyskotekę?” zapytał. To był mój brat.                                                                                               

Zamieszkałem z mamą. Uczyła mnie romskich zasad. „Jeśli nie przyjmiesz naszej kultury, zostaniesz wykluczony” powtarzała. Musiałem wyrzucić wąskie dżinsy i podkoszulki na ramiączkach. Dziadkowie kupili mi włoski garnitur, dwa złote sygnety i gruby łańcuch. Potem kazano mi ściąć długie włosy. Nie chciałem. „Bo będą cię, synku, brali za kobietę” przekonywała ciocia. Dziadek obiecał mi milion. Uległem.                               

„Ja chcieć jeść” powiedziałem po romsku do kolegów brata w barze. Śmiech. Odtąd rozmawiałem tylko z romskimi dziećmi. Chodziłem za nimi z notesem i zapisywałem nowe słowa. Jakie to słowa? Aaaa, tego nie powiem. U nas nie wolno zdradzać języka... Na zabawie stary Cygan zwrócił mi uwagę: „Czemu po cygańsku nie mówisz?”. „Wychowałem się   w domu dziecka”. „Mów, Darek, mów kazał. My cię poprawimy”.                                            

Nauczyłem się całować starszych w rękę. Zabroniono mi rozmawiać   z kobietami romskimi. Fascynował mnie ten świat. Czułem, że narodziłem się na nowo.

 

Przerwa. Trojan włącza kasetę z hip-hopem. Zaczyna rapować. Młodsi koledzy go naśladują. Trojan kroków nauczył się w Anglii. Chodził do londyńskiej podstawówki, rodzice żyli tam z zasiłku. Po trzech latach wrócili do Polski. Trojan lubi szkołę, rówieśników.

– Wujek, spójrz na mnie! – prosi o uwagę.

Tatiana podryguje w takt muzyki. Darek we wrześniu pośle ją do polskiego gimnazjum. Dopiero gdy córka zdobędzie wykształcenie, pozwoli jej poślubić Roma.

Nataszę poznałem w gościach. „Ładna” pomyślałem. Odsłużyłem wojsko i pojechałem do Suwałk. Zacząłem przychodzić do jej braci. Siadałem na ławce pod domem i grałem na gitarze „Białego misia”. Uśmiechała się. Wiedziałem, że nasz zakon zabrania jej pokazać, jaka jest z charakteru. W końcu dałem jej list. „Nie ucieknę” odpowiedziała.                                      

W sylwestra poprosiłem ją do tańca. „Czemu nie chcesz uciec?” zapytałem. „Mam dopiero 15 lat”. Zgodziła się dopiero w lutym.                   

Staliśmy na przystanku. „Chyba mnie szukają” wyszeptała.  W naszym kierunku szli jej brat ze szwagrem. Wskoczyliśmy do autobusu, oni wpadli za nami. „Wysiadaj” rozkazał brat. Zaczął ciągnąć Nataszę za włosy. Natasza złapała się mocno siedzenia. Nie wiedziałem, jak zareagować. „Idź” wykrztusiłem.                                                                      

W nocy Natasza uciekła z domu przez okno. Biegnąc na dworzec, co chwila oglądaliśmy się za siebie. Wsiedliśmy do pociągu do Białegostoku. Nasi rodzice znają się jeszcze z taboru, więc po dwóch dniach teściowie zajechali toyotą pod dom mamy. Obawiałem się spotkania z tatą Nataszy. „Może będzie bić?” myślałem. Teść wszedł do pokoju. „Oj, uciekinierzy!” zaśmiał się. Zgodnie z romską tradycją byliśmy małżeństwem. Zamieszkaliśmy w Suwałkach.                                                                                        

Szczegółowych zasad i odmiany języka uczyła mnie żona. Bywało zabawnie. Jechaliśmy z teściem samochodem za miasto. „Weź budę” powiedział po romsku. Staliśmy na podwórku. Spojrzałem zdziwiony na budę psa. „Po co nam ta buda?” zapytałem. „No, przecież na noc zostajemy”. Ja na to: „Ona jest wbita w ziemię”. Osłupiał. „Chodzi mi o namiot” wytłumaczył po polsku.                                

Handlowałem na rynku kurtkami, grałem na akordeonie w romskim zespole Romano Dzipen. Nie myślałem wiele. Byłem wszędzie tam, gdzie można było szybko zarobić. W końcu trafiłem do więzienia, dostałem pięć lat za pobicie.                                                                                                                

W celi dla grypsujących czułem się jak na wakacjach. Miałem gitarę, telewizor z kablówką, a funkcjonariusz przynosił mi papierosy. Lepiej niż przed laty. Ale nie chciałem już ubliżać służbie więziennej. Poprosiłem o przeniesienie do niegrypsujących.                                                                                  

Zamieszkałem w celi z 50-letnim architektem. Dużo czytał. Pożyczył mi „Anatomię człowieka”. Zaciekawiła mnie. Wynotowałem niezrozumiałe zdania. Architekt tłumaczył mi, jak psychologię można wykorzystać w dobrym celu. Odtąd pożyczałem z biblioteki książki z psychologii, z pedagogiki. Uświadamiałem sobie, jak często ulegałem wpływom. Wciąż przypominały mi się sceny z przestępczego życia. „Chodź, zlejemy tego dziadka” namawiali koledzy. Szedłem, choć wewnętrzny głos mówił: „Nie rób tego”.                           

Tęskniłem za żoną i dziećmi. Dla nich postanowiłem żyć uczciwie. Klękałem na pryczy i prosiłem Boga, by mnie nawrócił. Wyczytałem, że człowiek podświadomie dąży do realizacji złożonych obietnic. „Chłopaki, wychodzę i robię maturę” zobowiązałem się na trzy miesiące przed warunkowym zwolnieniem.                                                                        

„Znajdę pracę i idę do szkoły” uprzedziłem Nataszę. Zdziwiła się, że jestem taki stanowczy. Ale wszędzie słyszałem: „Niestety, jesteś karany”. Chciałem im udowodnić, że mogę się zmienić. Poszedłem do prezydenta Suwałk. „Potrzebuję pracy” powiedziałem. Zatrudnili mnie w rozlewni gazu. Zapisałem się do liceum zaocznego. W listopadzie szedłem na pierwsze zajęcia. Minąłem dawnego kumpla. Zauważył książki. „Gdzie idziesz?” był ciekaw. „Do szkoły”. „Chyba zwariowałeś!”.                                         

Kiedyś telewizja puściła dokument o Romach. Pokazano mnie z żoną i trójką dzieci: Tatianą, Fabianem i Kamilem. Wieczorem miałem gości. Przyszedł też Jacek Milewski, dyrektor romskiej szkoły i mój przyjaciel. Wznosiłem toast za zdrowie córki, kiedy zadzwonił telefon. „To do ciebie” powiedział Jacek. Na dźwięk głosu serce zaczęło mi mocniej bić. „Cieszę się, że się uczysz i masz szczęśliwą rodzinę”. To dzwoniła pani Grażyna, pedagog z domu dziecka.

 

Pokój nauczycielski. Jacek Milewski podchodzi do Darka.

– Ksiądz Zawadzki dziękuje ci za prezent imieninowy – mówi. – Był wzruszony.

Darek jest przejęty.

 – Różę mogłem dać tylko osobie, która wpłynęła na moje życie.

Ksiądz Zawadzki przed 11 laty założył w Suwałkach romską podstawówkę. Darek dał mu haftowaną chustkę i kryształową różę, którą dostał od mamy.

Jak zdałem maturę, ksiądz Zawadzki zaprosił mnie na lody. „Musisz iść na studia powiedział. Potem zaczniesz uczyć w naszej szkole”. Marzyłem o tym. Dostałem się na pedagogikę. Lubię zajęcia z psychologii. Dotąd myślałem, że rozumiem ludzi, ale myliłem się.           

Chciałem pracować dla Romów. Wielu Romów przychodziło do mnie po radę, pomoc w załatwianiu różnych spraw, bo byłem lepiej wykształcony. W 2001 roku pojechałem do Adama Andrasza, prezesa Centrum Kultury Romów w Tarnowie. „Cyganie przychodzą po pomoc, ale ja nie mam żadnych uprawnień” powiedziałem. Kazał mi przede wszystkim zrobić spis Romów w Suwałkach. Bo nie wszystkich znałem. Było ciężko, Romowie byli nieufni. „A na co ci to? Może pieniądze będziesz za nas brał!”. W końcu pojechałem na walne zgromadzenie Centrum Kultury Romów. Trzymałem kurczowo teczkę z dokumentami 145 załatwionych spraw. „Za mało tego, wyśmieją mnie” myślałem. Obok stała Romka z Puław. „Co przez ten rok zrobiłaś?” spytał ją prezes. „Nic. Cyganie nie pozwolili” tłumaczyła. „A ty?” zapytał. Położyłem na stole teczkę. „Sam to zrobiłeś?” „Sam”. Dostałem pochwałę. A po miesiącu w gazecie przeczytałem: „Adam Adamajtys (nazwisko po ojcu), 32 lata, prezes Stowarzyszenia Romów w Suwałkach, pełnomocnik Rzecznika Praw Romów w Europie i w Polsce”.                                                                  

W romskiej szkole jestem na etacie od roku. Początkowo uczniowie biegali po klasie i kłócili się ze sobą w czasie zajęć. „Jezu! Jak wy wytrzymujecie?” pytałem Jacka. Robiłem godziny wychowawcze. Tłumaczyłem dzieciom, że ich głośne zachowanie jest źle odbierane przez Polaków. Albo: „Jeśli będziecie umieli pisać i czytać po polsku, pomożecie rodzicom”. „Wujek, przestań” odpowiadali. Gdy chłopcy bluźnili po romsku, musieli po 200 razy przepisywać na kartce „Nie będę przeklinać”. Chcę, by wyrośli na dobrych ludzi.

Trojanowi załatwiłem kuratora. W marcu reprezentowałem go w sądzie w sprawie o napad. „Każdy popełnia błędy tłumaczyłem. Poprawczak niczego dobrego go nie nauczy. Ja to wiem. Wiem z doświadczenia”.

 

Autor: Honorata Zapaśnik

więcej o Autorze:

http://www.egminy.eu/ludzie-ciekawi,czytaj/621/Honorata++Zapa%C5%9Bnik-Zapa%C5%9Bnik.html

 

Newsy » ŁÓDZKIE

22 stycznia 2018 Krzysztof Cwynar zaostał nowminowany do tytułu "Człowiek Roku 2017" w kategorii "Działaność społeczna i charytatywna". Chętni, którzy...
12 czerwca 2016 Zapraszamy do udziału w projekcie - Aktywizacja młodych z grupy NEET w woj. łódzkim z wykorzystaniem założeń innowacyjnej metody Story...
11 czerwca 2016 V edycja Festiwalu wystartowała .     Do promocji wykorzystaliśmy nasz piękny zabytkowy tramwaj łódzki....
11 czerwca 2016 Piąta edycja Festiwalu Łódź Miastem Kobiet skłania do pewnych refleksji i ewaluacji. Co nam się udało, co się sprawdziło, co należy...
3 lutego 2016 BY DALEJ ŻYĆ _ Koncert Charytatywny - ZAPROSZENIE Stowarzyszenie Uratujmy Życie oraz Bałucki Ośrodek Kultury LUTNIA, zapraszają na wspaniały...
1 lutego 2016   Przekaż 1 % podatku niepełnosprawnym artystom Pomóż nam pomagać. KRS 000014349 Na naszej stronie rozliczysz Pit łatwo i szybko....