Kalendarz » Zakopane

    Brak wydarzeń.

Eco-Biznes » Zakopane

Galeria "Cieszynianka"
Odrolnika.pl to projekt realizowany przez samych rolników i jednocześnie zakupy bezpośrednio z wybranego gospodarstwa w tym to co tygodniowe dostawy paczki ze świeżą ekologiczną lub lokalną lub tradycyjną żywnoscią pod drzwi klienta w dużych miastach. Projekt odrolnika realizowany jest przez samych rolnik&oac...
Przedsięwzięcie to organizowane jest w dniach 5-6 września 2013 r. w Krakowie przez Urząd Patentowy RP, przy współudziale Światowej Organizacji Własności Intelektualnej, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Politechniki Krakowskiej, Akademii Górniczo-Hutniczej, Politechniki Świętokrzyskiej, Politechniki Wrocławskiej...
Organizator: Wyższa Szkoła Bezpieczeństwa z siedzibą w Poznaniu  www.wsb.net.pl/   Miejsce: OSW "Rzemieślnik" Zakopane    

Słynny Gazda z Kościeliskiej - Mój Mentor i Autorytet

7 lutego 2015, Zakopane

Marek Różycki jr

 

 

Słynny Gazda z Kościeliskiej - Mój Mentor i Autorytet

 

 

Minęła kolejna rocznica śmierci, ostatniego już z grona sławnych zakopiańczyków, artysty malarza -  ostatniego już młodopolskiego malarza - prof. Karola Kłosowskiego, niezwykle barwnej postaci. Zmarł w wieku 89 lat. Nie był rodowitym góralem – wywodził się z dalekiego Podola, ale kiedy po raz pierwszy, jeszcze jako student krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, przywędrował do zakopiańskiej wsi, urzekły go Tatry i zachwycili mieszkańcy tego zakątka Polski.

 

      Osiadł Karol Kłosowski pod Giewontem, tam się ożenił z ludową poetką, Kasią Sobczakówną, i przez ponad pół wieku gazdował przy ulicy Kościeliskiej, w „Cichej”, która jako jeden z pierwszych domów zajezdnych w Zakopanem prowadzonym przez rodzinę Sobczaków, gościła między innymi Stanisława Ignacego Witkiewicza, panny Skłodowskie, Odyńca, Orkana, Żeromskiego, Kasprowicza – zanim jeszcze zamieszkał w swojej Harendzie.

      Ileż artystycznej pasji, wysiłku, gospodarskiej dbałości poświęcił Karol Kłosowski swej „Cichej” zagrodzie: domowi wraz z budynkiem gospodarczym, stanowiącym zabytek podhalańskiego budownictwa drewnianego, która artysta przebudował i pięknie utrzymywał. Przyciągała też „Cicha” tłumy, tysiące turystów z kraju i z zagranicy. Gazda z Kościeliskiej rad był gościom: wprowadzał ich do wnętrza urządzonego w stylu góralskim, zapraszał do swojej pracowni, w której malował do ostatnich dni swego życia.

      Z tych to odwiedzin, które kończył zwykle koncert na własnoręcznie zbudowanych cymbałach – pozostały księgi pamiątkowe, w których przybysze dziękowali profesorowi za wprowadzenie ich w „inksy świat”, świat sprzed ponad pół wieku. Zapisy te, złożone w ponad 40 językach, dowodzą, jak daleko sięga sława „Cichej” i jej gazdy, którego śmierć głęboko dotknęła tych wszystkich, którzy go znali.

 

      Już sama bramka w kształcie „kaplicoski” – na jej froncie gałązki układają się w napis „Cicha” – przykuwa spojrzenie… Zaraz u wejścia na podwórze miniaturowa chatka góralska służąca za budkę dla psa, tuż obok stylowa studzienka. A dalej ogród, obwiedziony strojnym płotem, sponad którego pną się ku słońcu w kolorowej zawierusze kwiaty, kwiaty, kwiaty… Nigdzie pod giewontem nie widuje się tyle kwiatów naraz i tak wspaniale utrzymanych.

      W głębi stoi góralski dom. Na pozór tylko podobny do innych willi, stawianych na modłę witkiewiczowską: z wysokim, stromym dachem, uwieńczonym „pazurem”, z „wyglądami”, balkonem na piętrze, z przypałem na parterze, ozdobionymi kształtnymi słupkami podtrzymującymi okap. Ale gdy się przypatrzeć domowi bliżej… Okna mają szerokie, misternie ryzowane obramowania, ganek na przyłapie cały w lelujach i gwiazdkach, słupki powiązane pod dachem łukami przypominają kolumienki dworku, a cały fronton willi pyszni się bogactwem góralskich ornamentów, wyrzeźbionych na każdej niemal deszczółce i belce szczytnej, zwróconej ku ulicy, ściany. Takiego lica nie ma żaden inny dom w Zakopanem, choć przecież nie brak tu stylowych willi.

 

      I żaden inny dom nie ma w gospodarskim obejściu równej osobliwości: stajni, a raczej stajenki wspartej na rzeźbionych słupach, na których w dodatku wyryte są słowa góralskich śpiewek. Idąc Kościeliską można je tam i dziś jeszcze dojrzeć, jako że stajnia przylega do płotu dzielącego ją od chodnika.

 

      Przechodzący koło „Cichej” widzieli często w ogrodzie willi starszego, niskiego pana, ubranego w biały fartuch, jak dogląda pieczołowicie kwiatów, jak je podlewa, podpiera, przycina, jak krząta się niezmordowanie koło domostwa. Ponieważ do 15. roku życia mieszkałem wraz z rodzicami w „Cichej” – świetnie znałem profesora Kłosowskiego od najwcześniejszych lat życia. Traktowałem go jak swego dziadka. Był moim pierwszym, wielkim autorytetem. I to on w wielkiej mierze kształtował mój gust, estetyki, upodobania, zamiłowanie do sztuki, harmonii. Ze srebrną bródką i równie srebrną rozwichrzoną czupryną, z dużymi okularami o jasnych dobrotliwych oczach, jawi mi się w najdawniejszych moich wspomnieniach, jako miły, pełen empatii, pogodny, wyrozumiały dla ludzi i świata stary profesor.

      Przez długi czas nie wiedziałem, czego i gdzie uczy gospodarz „Cichej”. Mówili o nim „profesor”. Ważniejszy dla mnie i moich rówieśników był inny tytuł, jaki mu przysługiwał – malarz. To budziło respekt, a nawet podziw, to stwarzało aurę niezwykłości. Malarze bowiem (dzieci nigdy nie mówią artysta malarz) już z samego wyglądu zewnętrznego odróżniali się od innych ludzi: nosili przeważnie peleryny, kapelusze z szerokimi rondami, jakieś dziwne wstążki pod szyją, w dodatku jeszcze brody. Tak właśnie się nosił sławny malarz góralski, sąsiad zza płota, Gąsienica-Szostak, niewiele inaczej Rykała, a już niesamowite sprawiał na nas, dzieciach, wrażenie Hadowski z Gładkiej, podobny do proroka o rysach Norwida.

 

      Kłosowski nie ubierał się „po malarsku”, ale jego twarz, przypominająca Wyspiańskiego, mówiła znacznie więcej niż jakiekolwiek zewnętrzne atrybuty.

      Mieszkając w „Cichej” powoli poznawałem jej niepowtarzalne, bajkowe piękno. Kiedy profesor oprowadzał mnie po pokojach, korytarzykach i różnych zakamarkach, odsłaniając kolejno tajemnice swego mieszkania, szedłem za nim jak urzeczony. Wszystko było tu dziełem sztuki: stylowe góralskie łóżka, stoły, stołki, stoliki, szafy, biurka, półki, które sam „wyzdajał”; kilimy, makaty, poduszki, haftowane „naskimi” wzorami i ornamentami, przede wszystkim zaś  obrazy i portrety ręką profesora robione, niezmiernie precyzyjne, subtelne w rysunku, a jednocześnie prześwietlone jakąś słoneczną, radosną aurą, olśniewającą harmonią barw. I do tego jeszcze cudownej urody wycinanki z kolorowych papierów, hojnie rozesłane po mieszkaniu, wycinanki-koronki o fantastycznym, bajkowym wręcz bogactwie wzorów, o niewypowiedzianym wdzięku.

 

      Najbardziej lubiłem, jak profesor wyprowadzał mnie przez niskie drzwi ukryte w ciemnej sionce do swojej pracowni artystycznej, zacisznej izby pod sklepioną powałą…

 

      Podole, wieś Piłatkowice w ówczesnym polskim województwie tarnopolskim, w powiecie borszczowskim. Tu 1 lutego 1882. urodził się Karol Kłosowski, jedno z czworga dzieci miejscowego gajowego i rolnika Michała Kłosowskiego. Matka, Eudoksja ze Skoczylasów, prowadziła gospodarstwo i była jednocześnie wiejską krawczynią. Ojciec wywodził się z rodu ongiś szlacheckiego, herby Rola, osiadłego na Podlasiu; dziadek brał udział w powstaniu styczniowym. Jak inne dzieci, Karol uczęszczał do miejscowej sześcioklasowej szkoły ludowej. Zdolnościami chłopca, o których już było głośno w całej wsi, zainteresował się miejscowy dziedzic, a zarazem prezes rady powiatowej, Antoni Józefowicz. On to, jako opiekun szkoły, postarał się o stypendium powiatowe dla Kłosowskiego i o wysłanie go do C. K. Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem. Był to rok 1896, ważna data dla Karola Kłosowskiego. Zadecydowała ona o całym dalszym życiu przyszłego artysty i o jego trwałym związku z regionem podhalańskim.

      Szczęśliwy był pomysł skierowania chłopca do szkoły zakopiańskiej, założonej w 1878 r., a więc mającej już za sobą prawie dwadzieścia lat rozwoju. Szkoły, która zdążyła już wyrobić sobie reputację solidnie, fachowo prowadzonego zakładu, kształcącego nie tylko rzeźbiarzy – choć ich przede wszystkim – ale i innych artystów operujących w drzewie. To z niej wyjdą z biegiem lat tacy sławni artyści, jak: Wojciech Brzega, Marian Wnuk, Antoni Rząsa, Marian Basior. To z tej szkoły wyłoniło się dzisiejsze Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem.

 

      Kłosowski uczęszczał do Szkoły Przemysłu Drzewnego przez pięć lat, w czasie których ukończył wydział ornamentyki, najbliższy jego zainteresowaniom, oraz rok rzeźby figuralnej. Ponieważ jednak w szkole tej uczono rzeźby na antykach, na posągach klasycznych, a Kłosowski pragnął uczyć się również z natury, wystarał się o nowe stypendium powiatu borszczowskiego, by w oparciu o nie kontynuować studia w Krakowie, w Państwowej Szkole Artystyczno-Przemysłowej. Przyjęto go do tej szkoły od razu na trzeci rok, dzięki czemu mógł ją ukończyć w dwa lata (1901-1902).

 

      Studiował także przez jeden rok na wydziale rzeźby Akademii Sztuk Pięknych Pięknych Wiedniu (Akademie der Bildenden Kunste). Niestety, stypendium zostało cofnięte i trzeba było wracać do kraju. Nie załamało to jednak studenta, który z pustymi kieszeniami, tym razem już bez żadnego oparcia, zapisał się na Akademię Sztuk Pięknych Pięknych Krakowie. W bardzo ciężkich warunkach materialnych studiował w latach 1904-1907 na wydziale malarskim Akademii, w pracowniach takich profesorów, jak: Wyspiański, Stanisławski, Mehoffer, Wyczółkowski, Laseczka, Axentowicz. Ten ostatni był najważniejszym profesorem Kłosowskiego – wywarł największy i najtrwalszy wpływ.

 

      W 1907 r. jedzie na krótko na Podole, do swego domu rodzinnego, by odwiedzić matkę, i wraca do Zakopanego. Więzy uczuciowe, zadzierzgnięte z tym środowiskiem środowiskiem okresie „złotej epoki” witkiewiczowskiej, okazują się tak silne, że młody, dyplomem krakowskiej Akademii uhonorowany artysta nie wyobraża sobie życia poza nim. Zbyt mocno wciągnęła go atmosfera tej niezwykłej wsi pod Giewontem, gdzie najwybitniejsi artyści i intelektualiści tworzyli nowe wartości kultury polskiej w oparciu o bogactwo folkloru góralskiego, góralskiego oparciu o wielką rodzimą kulturę tego regionu. A zresztą gruźlica, jakiej Kłosowski nabawił się w czasie studiów, nie pozwala ociągać się z decyzją: wraca ratować w Tatrach zdrowie za przykładem tylu innych.

 

      Jest rok 1907, Kłosowski ma dwadzieścia pięć lat. I wtedy właśnie następuje wydarzenie, które zwiąże go z góralszczyzną zakopiańską na śmierć i życie.; wydarzenie owiane romantyzmem zgoła niepowszednim. Zamieszkuje w tym samym domu góralskim, w którym już mieszkał w ubiegłych latach: w „Sobczakówce” przy ulicy Kościeliskiem. Był to – jak już wspomniałem – jakby góralski pensjonat, dość popularny w owym czasie w Zakopanem, prowadziły go bowiem nader schludne i z wielką dbałością o gości trzy siostry Sobczakówny. W tym domu zatrzymywali się, często na dłuższy pobyt, różni sławni letnicy, wśród nich Jan Kasprowicz, brat Albert Chmielowski, Orkan, Maria i Bronisława Skłodowskie. Właśnie w jednej z trzech sióstr, sióstr dumnej i sławnej poetce góralskiej, a jednocześnie gospodarnej Katarzynie Gąsienicy Sobczak – zakochał się z wzajemnością niemal o pokolenie od niej młodszy Karol. W witkiewiczowskiej kaplicy św. Jana Chrzciciela w kościele parafialnym, tak ulubionej przez artystów, odbył się w 1907 r. ślub Katarzyny i Karola. Ślub na razie potajemny, bo rodzina Kasi chciała, by poszła do klasztoru, była mu przeciwna. Niedługo jednak trwała ta tajemnica. Nowożeńcy zamieszkali w „Sobczakówce”, którą po naradzie familijnej przemianowali na „Cichą”.

 

      O pierwszej posadzie Kłosowskiego zadecydował przypadek. Od 1908 roku uczył w Szkole Przemysłu Drzewnego Władysław Skoczyłas, który na pewnien czas musiał wyjechać do Drezna. Dyrektor szkoły, Stanisław Barabasz, powierzył tymczasowo wykłady z rysunku ornamentalnego ornamentalnego figuralnego – Kłosowskiemu. „Zastępczy” nauczyciel wykazał tak wielkie zdolności, że władze szkolne we Lwowie powierzyły mu, tym razem już na stałe, posadę nauczyciela rysunków odręcznych i kompozycji w Szkole Koronkarskiej im. Heleny Modrzejewskiej w Zakopanem. Od roku 1912 do 1932, a więc przez dwadzieścia lat, Kłosowski uczył w tej szkole – tutaj właśnie przylgnął do niego tytuł profesora – w materii, którą znał najlepiej, najlepiej której stał się niedościgłym mistrzem – w koronkarstwie. Bo te właśnie papierowe, koronkowe wycinanki, którym z taką pasją się oddawał, znalazły teraz wspaniałe zastosowanie, służąc uczennicom zakopiańskiej szkoły za wzory w projektowaniu robót koronkarskich.

 

      W 1915 r., po ośmiu latach pożycia małżeńskiego, żona Katarzyna umiera. Artysta jest załamany, postanawia już się nie żenić. Jednakże po upływie pięciu lat zakłada ponownie rodzinę. W 1920 r. żeni się z Jadwigą z Marusińskich, rodem spod Krakowa, nauczycielką. Przychodzą na świat dzieci: Helena i Bronisław. Pani Jadwiga Kłosowska była osobą wielce kulturalną, pełną energii i poświęcenia, wiecznie zabieganą i zatroskaną, krzątającą się niczym ewangeliczna Marta, byle tylko mąż, który „lepszą cząstkę obrał” – mógł służyć pięknu i wcielać je w życie. Pani Jadwiga zmarła w 1943 r. i profesor pozostał ze swoimi dziećmi i wnukami, w otoczeniu których żył w „Cichej” przez ponad 30 lat.

 

      Karol Kłosowski, nie związany formalnie żadnymi służbowymi obowiązkami, oddawał się w swojej willi wyłącznie twórczości artystycznej, i to wielokierunkowej – oczywiście w czasie wolnym od codziennych zabiegów o dom, ogród, drzewa, kwiaty. Jeśli wycinanki stały się znakiem szczególnym artysty, wyróżniającym go spośród wielu innych – to jednak malarstwo zajmowało dominujące miejsce w całokształcie jego twórczości. W jego pracach przeważa krajobraz tatrzańsko-podhalański, obrazy szczytów, jezior, dolin, potoków, drzew, kapliczek, portrety starych górali i góralek, główki znajomych dzieci, słowem – cały świat, w którym i ja wyrosłem, i który na zawsze będzie bliski mojemu sercu…

 

      Twórczość Karola Kłosowskiego od lat z górą osiemdziesięciu  zdobi galerie wystawowe plastyków zakopiańskich, dla których artysta z „Cichej” jest arką przymierza z epoką Stanisława Witkiewicza…

 

 

_______________________________________    

 

(W tekście wykorzystano fragment publikacji Włodzimierza Wnuka o prof. Karolu Kłosowskim z „Cichej”, a także liczne artykuły o „Cichej” oraz o prof. Karolu Kłosowskim autorstwa Marka Różyckiego seniora - publikowane m.in. na łamach „Życie Warszawy”; „Gazeta Krakowska” oraz w innych tytułach). 

 

 

więcej o Marku Różyckim jr.:

http://www.egminy.eu/ludzie-ciekawi,czytaj/624/Marek++R%C3%B3%C5%BCycki+jr-R%C3%B3%C5%BCycki+jr.html

                                                     

Newsy » Zakopane

7 lipca 2015 JAN SZTAUDYNGER – Intelektualny Prześmiewca, Satyryk   Mistrzostwo w literaturze polega między innymi na tym, by jak...
7 lutego 2015 Marek Różycki jr     Słynny Gazda z Kościeliskiej - Mój Mentor i Autorytet    ...
28 stycznia 2015 Życie w swej prostocie bywa okrutne, przewrotne i nieprzewidywalne. Jednemu byk się ocieli a innemu stado krów nie da cieląt. Jeden...
22 października 2014 POMYSŁ NA SIEBIE ... !!! / impresyjka / "Prawdziwe szczęście niemożliwe jest bez samotności." ANTONI CZECHOW...
19 sierpnia 2014 OJCZYZNA POLSZCZYZNA – NA OBCZYŹNIE     Z APOLONIĄ SKAKOWSKĄ – Prezesem Centrum Kultury Polskiej na Litwie...
18 sierpnia 2014       Słowem wstępnym chciałam zwrócić naszą uwagę na bardzo mocny artykuł pana Marka Różyckiego jr....