Kalendarz » Piechowice

    Brak wydarzeń.

Eco-Biznes » Piechowice

Dobre praktyki, analiza potrzeb oraz współpraca na rzecz rozwoju kapitału ludzkiego subregionu jeleniogórskiego ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach PO KL 2007-2013 oraz nowego RPO 2014-2020   Hotelu "Konradówka"- ul. Nad Łomnicą 20c, 50-540 Ka...
W dniach 22 - 24 października 2013 w Hali sportowej przy Liceum, ul. Gimnazjalna 6a, odbędą sie targi GASTRO-HOTEL. Do Właścicieli i Menadżerów obiektów gastronomicznych i hotelarskich Zapraszamy osoby zarządzające obiektem na bezpłatne Spotkania Brokerskie w dniu 22 i 23 października 2013 r. podczas...
Dolnośląska Izba Gospodarcza we współpracy z renomowaną agencją medialną Sandstein Nowe Media z Drezna oraz Dolnośląskim Ośrodkiem Doradztwa Rolniczego i Stowarzyszeniem Marketingu Turystycznego Górne Łużyce mają zaszczyt zaprosić Państwa na spotkanie promujące projekt „Promocja turystyczna dla teren&oa...
Już po raz piaty w Karpaczu będzie organizowany STUDY TOUR Karpacz 09-12.09.2013Tradycyjnie początkiem września 2013 KOT wraz z UM Karpacza i CRIS „Kolorowa”, po raz kolejny organizuje Study Tour dla właścicieli i przedstawicieli BP przywożących swoich Gości do Karpacza.Motywem przewodnim tej edycji będzie poka...

Fuck

22 maja 2015, Piechowice

Sztucznie napędzony i w piorunującym tempie wszech ogarniający kryzys dotknął w pełnym tego słowa znaczeniu Wielki Świat, a nie wyrządziwszy w nim większych szkód rozkokosił się na dobre w całej Polsce. Zarówno publiczne jak i prywatne media, oraz cała rzesza polityków używają tego słowa do obrzydzenia, zatykając nim wszystkie polityczne i gospodarcze dziury. Wystarczy powiedzieć grobowym głosem, że wszystkiemu winien światowy kryzys i rozgrzeszenie gotowe. Tenże informacyjny bełkot ma na celu usprawiedliwienie wszelkich niepopularnych politycznych działań, niekoniecznie akceptowanych przez społeczeństwo, a raczej w ogóle nieakceptowanych. Wygląda na to, że jednostki posiadające władzę dokonują złych wyborów biorąc za to ogromne pieniądze i nie ponosząc za to absolutnie żadnej odpowiedzialności, natomiast płaci za błędy i ponosi odpowiedzialność jak zwykle i za wszystkich bez wyjątku rządów - społeczeństwo, a głównie jego uboższa część. Zadziwiające w tym wszystkim jest, że mówi się o poważnych skutkach kryzysu, natomiast nikt nie mówi uczciwie i odważnie, że bezpośrednią przyczyną owego, jest w pełnym tego słowa znaczeniu, po prostu chciwość. No, prawica obwiniłaby jeszcze Masonów i Żydów. Jak zwykle zresztą. Nie mniej jednak to, co jeszcze ocalało z pożogi różnych restrukturyzacji i prywatyzacji w kolejnych rzymskich liczbach nadawanych naszej ukochanej Ojczyźnie, teraz chwieje się na krzywych, dotkniętych i od dawna toczonych chorobą nogach bądź właśnie bezsilnie pada na pysk. Nagminnie pozbawiani środków lub zmuszani za marne grosze do niewolniczej pracy ludzie, albo wariują, albo są na dobrej drodze do osiągnięcia tegoż krytycznego stanu. Grzebanie w śmietnikach przestało być hobby, a stało się zajęciem nie tyle dochodowym, co pozwalającym nakarmić i ubrać rodzinę. Zajęcie to, w pewnych kręgach społecznych należało do prestiżowych i mocno pożądanych, choćby z racji, iż wyżyć się z niego dawało całkiem nieźle, a oszczędzało wysłuchiwania i popisywania się przed niższą warstwą robotniczą bądź biurową, wszelkiej maści niedorobionych przełożonych, którzy to najbardziej samym sobie musieli udowadniać własną wartość, a raczej jej permanentny brak. Ci, którym pierze się mózgi wmawiając, że są nic nie warci i trzymani z litości, harują jak niewolnicy i milczą, znosząc chamstwo i poniżanie z obawy przed utratą często jedynych środków do życia. Rzygać im się chce jak otwierają rano oczy i myślą o pracy. Najszczęśliwsi bywają przeważnie w piątki i soboty, a niedziele tylko do godziny dwunastej. Ciekawe dlaczego? Świat oszalał w pogoni za pieniądzem. Kabzy pojedynczych kacyków napychają się do wypęku, a żony, kochanki i samochody zmieniane są częściej niż majtki. W większych miastach nastała moda na silikonowe paniusie, które systematycznie zasilają kieszenie, co zdolniejszych manualnie „krawców”. Kasę na tychże, czerpią głównie z zasobnych portfeli mężczyzn, z którymi mają dzieci, będące przyszłością naszego narodu. Wzory w każdym razie już mają. Zatem w dzisiejszych czasach wystarczy zajść w ciążę z odpowiednio dobrze sytuowanym i znaczącym coś mężczyzną, a kurek otwiera się i strumień zasądzonej gotówki swobodnie płynie, pozwalając kobiecie - matce na dostatnie i usiane fanaberiami życie. No, taki sponsoring inaczej. Jednym słowem stworzyła się nowa i jak dotąd nieopodatkowana profesja zwana stosownie do sytuacji „orchideą” Też żyje na czyjś koszt i piękna nad podziw. Męska wersja, tyle że bezdzietna, nazywa się „ huba”

Niestety, pewna moja znajoma nie miała tyle szczęścia, albo urody, albo przebiegłości i poczęła potomstwo jak większość polskich kobiet zapewne z miłości, po misjonarsku i z zupełnie normalnym nienaznaczonym bogactwem, zwykłym urzędnikiem czy też pracownikiem biurowym, albo zwyczajnym robotnikiem. Nieważne, jak zwał tak zwał. Zatem ów, chcąc zapewnić podstawowy standard życia ukochanej jeszcze wtedy rodzinie, znosił potulnie połajanki uczonego zachodniego sługusa, czyli smarkatego, pyszałkowatego kierownika, w godzinach dziennych od ósmej do osiemnastej. Potem biegusiem do baru sałatkowego kroić kapustkę na surówki dla bojących się utyć wszelkiej maści damskich i męskich „silikonów”. I tak do dwudziestej drugiej. Z obu prac wyciągał prawie, jak to dumnie mówił „dwa klocki”. Żona, jako zastępca kierownika markowego sklepu odzieżowego, zarabiała, bagatela, całe tysiąc pięćset, pod warunkiem, że bogaty klient czegoś nie ukradł. A kradł na potęgę zanim zorientowano się, iż pewien ogólnie dostępny rodzaj toreb unieruchamia czujniki na bramce. W takiej sytuacji, musiała niestety pokryć straty z własnej kieszeni i do domowego budżetu wpływała już tylko bardzo niewielka resztka. No, jakby nie patrzyć – szał. W tej sytuacji ojciec rodu nie widząc całymi dniami ni połowicy, ni progenitury, za to odbierając na okrągło napastliwe telefony z banku, a to za ratę mieszkania, a to za samochód, a to za rower, a to za telewizor bądź mikser kuchenny, jako jednostka mniej niż kobieta psychicznie odporna, popadł najpierw w nerwicę lękową, potem depresję, na koniec alkoholizm. W wyniku nieodpowiedzialnego zachowania stracił w kolejności: najpierw pracę jedną, potem drugą, potem mieszkanie, potem samochód, potem rower i mikser. Na końcu zaś żonę i dzieci. Nareszcie pozbawiony wszystkich dóbr, goły jak święty turecki, bez jakichkolwiek obciążeń poczuł się w końcu wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Mało, mając w najwyższym poszanowaniu wszystkie MOPSy, poświadczenia, zaświadczenia i decyzje oraz przytułki i noclegownie, wyjechał stopem za miasto do pobliskiego lasku kabackiego i tam w pięknym, cichym i ustronnym miejscu wykopał głęboką jamę, którą wymościł zeschłymi liśćmi i znalezionymi pod sklepem kartonami. Kiedy jama była gotowa, to sobie w niej zamieszkał. Miał gdzieś Tauron z jego opłatami przesyłowymi i prognozami. Miał gdzieś wszelkiej maści Wodniki drenujące kieszenie i równie głęboko gdzieś - ustawę śmieciową tym bardziej. Również w najwyższym poszanowaniu miał wszelkie organa podatkowe wraz z daniną publiczną zwaną naiwnie i tylko przez niepoprawnych optymistów - funduszem emerytalnym. Żył wolny jak ptak i dostrzegał w końcu tę sferę, o której dotąd dowiadywał się tylko z książek lub gazet i to tylko wtedy, jeśli znalazł wolną chwilę w toalecie. Teraz głównie leżał, napawał się swobodą, myślał, wyciągał bolesne wnioski i czytał do bólu. Wszak prozy i poezji na śmietnikach jest wprost zatrzęsienie… A każdego wieczora patrzył z politowaniem w kierunku miasta, wyciągał ku niemu dłoń i chowając w garści cztery pozostałe palce, a pozostawiając jeden środkowy, wymawiał z satysfakcją kilka nieparlamentarnych słów, których jako dama, używać, ni przytaczać nie będę. Dodam tylko, że są cztery i zaręczam - bardzo dosadne.

Żona nie miała tyle szczęścia, co on. Mając na utrzymaniu dwójkę dobrze zapowiadających się dzieci zbrzydła okrutnie ze zmartwienia, a do tego straciła siły witalne i przestała dręczyć podwładne. W sklepie zrobiła się swojska i miła atmosfera. Obroty nawet wzrosły i jakby zwolnień lekarskich mniej było. Jednak właściciela zaniepokoił taki stan rzeczy i nie zdzierżył. Zarządził podwyżki płac. Jednym dał po dwadzieścia złotych, innym po dwadzieścia pięć, niektóre pominął zupełnie, a zastępczynię po prostu wyrzucił. Stara i brzydka to na cholerę mu taki rekin. Miła atmosfera prysła jak nożem uciął. Obroty spadły, za to absencja chorobowa wzrosła. Panie patrzyły na siebie wilkiem bez przerwy szacując jedna drugą. Nareszcie było normalnie, a właściciel gratulował sobie sprytu. Byle jedności w narodzie nie było - może być spokojny. Biedna kobieta długo łamała sobie głowę jak przerwać impas. Tymczasem teściowa obchodziła ją szerokim łukiem, za brak zrozumienia dla jej syna, a własna matka też patrzyła kosym okiem, jako, że w jej mieszkaniu ciasno i gwarno się zrobiło, i do tego opłaty znacząco wzrosły. Cóż było robić, Róża najmowała się to tu, to tam do sprzątania czy opieki nad starszymi osobami, ale chociaż harowała jak wół, pieniędzy z tego nie było. Ot, byle przebiedować do następnego dnia. A tu dzieciaki rosną i gołymi tyłkami świecą do tego pośmiewiskiem wśród rówieśników będąc. Róża znalazła się, jak by to napisała Ania z Zielonego Wzgórza „w otchłani rozpaczy”. Rozpacz zaś ma to do siebie, że albo człowieka zniszczy, albo podniesie. Wychodząc z założenia, iż cierpienie jest wpisane w żywot człowieka, można się poddać i tym samym prędzej czy później doszczętnie unicestwić. Jednakże wychodząc z założenia, iż cierpienie jest wpisane w żywot człowieka, by miał okazję dostrzec i docenić jaśniejszą stronę życia, można przynajmniej spróbować zawalczyć. Wyciągnąwszy naukę bliższą jej naturze, Róża postanowiła zawalczyć o siebie. Czas był najwyższy. Matka zamknęła serce przed córką i wnukami. Ojciec, cóż, chciał mieć święty spokój, toteż z bólem serca nie zaprotestował. Musiałby zająć stanowisko w sprawie, jednak nie miał odwagi narażać się którejkolwiek ze stron, a wizja odzyskania pilota od telewizora i miejsca na kanapie była zbyt kusząca by sprzeciwiać się połowicy.

Wobec powyższego bezdomna Róża wraz z dziećmi wędrowała po swoim mieście odwiedzając bliższych i dalszych znajomych, prosząc ich o jeden choćby nocleg. Jakoś dziwnym trafem wszystkie kanapy się nie rozkładały, albo drzwi pozostały zamknięte. Tylko szelest i nerwowe przytłumione szepty za nimi, zdradzały obecność właścicieli. Cóż było robić, z resztek pieniędzy zapłaciła noclegownię dla dzieciaków, a sama wyszła wprost w ciemną stronę miasta. Szła znanymi sobie od dzieciństwa uliczkami stolicy, podziwiając ze smutkiem pełne ciuchów wystawy sklepowe. Miała tylko to, co na sobie. Nie mogła przecież wędrować z bambetlami do nikąd. Zostały u matki. Mijając cukiernię skuszona boskim zapachem kawy, weszła i nie wiedzieć czemu, za ostatnie grosze kupiła lody. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz je jadła. Były pyszne, a ich smak zaczarował ją. Lizała ostrożnie delektując się wyborną wanilią z dodatkiem czekolady. Wydawało się jej, że jest wolna od zmartwień. Wędrowała lekka, radosna, podziwiając ocalałe z wojennej pożogi zabytkowe fasady kamienic i uśmiechając się do nielicznych o tej porze przechodniów. Z przyjemnością chłonęła ciepło murów i wieczorną atmosferę stolicy, gdzie wśród przesyconych historią pomników i wydarzeń sprzed lat, kładło spać się stare, a rodziło nowe, kolejny już raz, tak drapieżne i nieprzyjazne człowiekowi życie…

Nagle, jakiś spieszący przechodzień, potrącił ją niechcący. Zacisnęła mocniej dłoń, wafelek rozsypał się w drobny mak i lody wylądowały najpierw na koszulce, potem brudząc po drodze spódnicę i sandałki pacnął na gołą stopę i z wdziękiem wylądował na ziemi. Czar prysnął… Patrzyła z rozpaczą na melanżową, powiększającą się na jej piersiach plamę. Nie była to jakaś znacząca szkoda, ale Róża niespodziewanie dla samej siebie zareagowała głośnym, rozpaczliwym szlochem. Zupełnie jakby z żalu za niespodziewanie skradzionymi marzeniami. Zdumiony jej wybuchem, rozpędzony mężczyzna zatrzymał się, odwrócił i przepraszając stokrotnie podprowadził do ławki. Usiadła, lecz szloch nie ustawał, wręcz przeciwnie, im bardziej ją pocieszał, tym bardziej płakała. Odszedł w końcu prosząc by pozostała w miejscu. Za godzinę powinien wrócić. Jeszcze tylko podbiegł do okienka otwartego do późna sklepiku i po chwili wrócił z porcją lodów i gorącym gofrem obłożonym górą owoców i bitej śmietany. Na przeprosiny. Jedząc myślała o dzieciach, a raz powzięta myśl, coraz bardziej dojrzewała.

Wrócił jak zapowiedział. Po godzinie. Kupił gdzieś nową koszulkę i teraz patrzył jak się przebierała. Odeszli w odleglejszą część parku. Nie wie, czemu, ale coś go w tej kobiecie intrygowało. Była w niej jakaś delikatność i bezradność. Jakby potrzebowała opieki. Dzisiaj nie ma już takich kobiet. Od kołyski są drapieżne i dobrze wiedzą, czego chcą. Dlatego żył samotnie. Postanowił ją bliżej poznać. Z łobuzerskim uśmiechem szperał w obszernej skórzanej brązowej torbie. Wyjął bułki, wędlinę, ser i ogórki małosolne. Do tego , prosto z mlekomatu, mleko w butelce. Wprawnym ruchem rozrywał miękki biały miąższ świeżych, pachnących bułek, suto wypełniając wnętrze szynką i serem. Jedną porcję podał Róży, drugą zostawił sobie. Mleko pili na zmianę zagryzając ogórkami. Śmiali się na samą myśl o ewentualnych konsekwencjach.

- Jestem Wiesław. I uśmiechnął się szeroko dobrze zadbanymi zębami. Jedząc, patrzyła na niego z ukosa nieufna, ale zaintrygowana.

Ona już miała plan na życie, on środki i chęci. Widziała w jego oczach głód kobiety. W parku robiło się coraz ciszej, nastrojowe lampy oświetlały dyskretnie tylko teren wokół siebie. Noc zapadała cicha, ciepła i gwiaździsta. Kobieta była chętna, a mężczyzna bardzo spragniony. Leżąc na trawie, schowani pod wierzbą, której gałązki jak włosy rusałki, sięgały ziemi mocząc listki w jeziorku, spowiadali się sobie wzajem. Ona, bezdomna i on, prawnik, mający prawie wszystko… Prawie. Zaproponował umowę, ona przystała, a do tego była zadowolona, bardzo, można by rzec, pod każdym względem zadowolona. Kwota, którą jej wręczył, wystarczyła na wynajem skromnego mieszkania. Odebrała rano dzieci i po szkole zawiozła już na miejsce. W końcu zaczęła pięknieć i radośnie śmiać. Wolno, ale konsekwentnie doprowadzała się do porządku. Nowe ciuchy dla dzieciaków, dla siebie fryzjer i kosmetyczka. Potem dla urozmaicenia dyskretne zakupy. Kilka zmian dobrej pościeli, elegancka bielizna i tak kochane przez wszystkie kobiety pachnidełka. Była zdecydowana i gotowa. Z jednym tylko wyjątkiem... Wiedziała, że musi się trochę poduczyć… Wiesław nie miał większych wymagań i tak po prawdzie, to on ją obsługiwał. Sprawiało mu to wyraźną przyjemność, czuła się przy nim jak królowa. Dawał i niczego nie żądał w zamian, a do tego pomógł jej przetrwać najgorsze. Szybko zyskała w nim przyjaciela, jednak nie potrafił lub nie chciał nauczyć jej pewnego rodzaju wyuzdania, a w zawodzie, który właśnie obrała, same chęci nie wystarczą, wszak klient bywa różny…

Rozmyślając tak nad swoim problemem, włócząc się alejkami Łazienek, spotkała dawną przyjaciółkę z liceum, a potem studiów. Oczywiście kawiarnia i zwierzenia. Zyta ku uciesze podsłuchujących przy stoliku obok, wprowadziła ją teoretycznie w zawiłości sztuki kochania. W końcu trzy rozwody i niezliczona ilość kochanków zobowiązują. Tak się przejęła tematem, że zapomniawszy gdzie jest, nagle ryknęła na całą salę.

- Ty Róża! - a prezerwatywę ustami nałożyć umiesz?

- Zdumiona Róża, matka dwójki nastolatków oburzona spytała:

- Ustami? A po co? Przecież ja ręce mam zdrowe! – Ustami mówisz? A na co ja mam to niby tymi ustami naciągać?

W dotąd gwarnej kawiarni zapadła cisza jak makiem zasiał. Wszystkie głowy zwrócone na Różę i Zytę zmieniły się w wielkie znaki zapytania zakończone wielkimi uszami. Obie kobiety zaniepokojone nagłą ciszą, oprzytomniały. Zyta rzuciła banknot na stolik i bez jednego słowa runęła ku drzwiom. Do osłupiałej Róży powoli dotarł cały komizm sytuacji. Dusząc się ze śmiechu pozbierała drobiazgi i czym prędzej czmychnęła za Zytką. Śmiech, który temu towarzyszył zwabiał do środka gapiów z pobliskiej alejki. One też, oparte o ścianę budynku rżały jak za dawnych studenckich czasów.

-Ty, wykrztusiła dławiąc się Róża do Zytki – Myślisz, że faceci to lubią? – Tak ustami? –Pytała niedowierzająco.

- Zapewniam Panie, że jak najbardziej – rzekł obserwujący je od dłuższej chwili nobliwy starszy pan, po czym uchylił kapelusza zapraszając jednocześnie do swego antykwariatu, gdzie obiecał znaleźć odpowiednią literaturę.

W rok później siedząca na leżaku Róża spoglądając z miłością na swoje rozbawione dzieciaki w zamyśleniu poprawiała osuwający się z jej głowy kapelusz. Morska bryza delikatnie masowała jej wypielęgnowane stopy, a ona, rozleniwiona, z książką wypoczywała, nabierając wigoru i pięknej opalenizny. Nareszcie wiedli szczęśliwe i dostatnie życie. W końcu po miesiącach tułaczki i klepania biedy Róża czuła się bezpiecznie. Miała całkiem niezłe dochody, tak wysokie, że starczyły nawet na fanaberie, nie robiąc uszczerbku w portfelu. W końcu była prostytutką. Ale nie takim podrzędnym leśnym ssakiem, tylko dużo, dużo bardziej luksusową. Wiesław sprawdził się, jako kochanek i jako przyjaciel. Dbał, aby nikt nie krzywdził ani jej, ani chłopców. Rozumiał jej decyzję, nie próbując zmieniać. Bo i po co. Była dla niego bardzo wartościowym człowiekiem. Szkoda jednak, że zupełnie bezwartościowym i godnym potępienia dla społeczeństwa. Cóż, skala tolerancji w naszym kraju jest bardzo szeroka. Tolerujemy chamstwo, złodziejstwo, kłamstwo, zdrady własnych mężów, ale już kurestwa z biedy nie. Zadziwiające. Wiesław podsyłał jej czasami kolegów z zaprzyjażnionych kancelarii bądź przyjezdnych, dobrze sytuowanych znajomych. I zawsze wolnych. Nie tolerował zdrad i chronił ją przed takimi amatorami pozamałżeńskich rozrywek. Oboje nie pragnęli zmian, byli zadowoleni. Ona miała zabezpieczony byt i całkiem pokaźne konto w banku, którego sam dyrektor był jej stałym klientem, a Wiesław miał to, czego mu od lat brakowało najbardziej. Przyjaźń i seks z żywą, prawdziwą kobietą, która znała się doskonale nie tylko na swoim fachu.

I pomyśleć, że podły los został tak szczęśliwie odwrócony przez pośpiech i lody. Takie normalne z włoskiej maszynki, kręcone, waniliowo-czekoladowe, kupione za ostatnie sześć złotych.

Tuż przed snem Róża oglądała któryś z późnych programów. Prowadząca, nie ukrywając oburzenia informowała, iż rząd zamyśla opodatkować dochody z prostytucji. Uśmiechając się znacząco Róża wyciągnęła w kierunku prowadzącej dłoń, z satysfakcją pokazując środkowy palec, po czym wsuwając się delikatnie pod jedwabną pościel z czułością spojrzała na śpiącego obok Wiesława.

 

więcej o Autorce: http://www.egminy.eu/ludzie-ciekawi,czytaj/274/Anna++Ciupi%C5%84ska-Ciupi%C5%84ska.html

Newsy » Piechowice

22 maja 2015 Sztucznie napędzony i w piorunującym tempie wszech ogarniający kryzys dotknął w pełnym tego słowa znaczeniu Wielki Świat, a nie wyrządziwszy w...
26 czerwca 2013   Konkurs poetycki „ To, co mi w duszy gra” zakończony, a nagrody i wyróżnienia przyznane. Zapewne ci,...
8 kwietnia 2013   Z pierwszym bukietem tulipanów w małych doniczkach wyhodowanych, biegnę do ciebie kochana mamo w wietrzny...
29 marca 2013   Bieży zając z jajami za nim kura z kurczętami, oddaj że mi skurczybyku coś ucapił w mym kurniku.   Zając...
24 marca 2013     Twój złoty promień w duszę mi wpadł mroczne pokoje tęczą wymalował   Wiatr łapię...