Kalendarz »

    Brak wydarzeń.

24. PL Gabriela Konarzewska Drewniany mostek

31 lipca 2014,

Polska

województwo zachodniopomorskie 

Szczecin

kategoria twórcza B

kategoria wiekowa dorosły

 

Drewniany mostek

 

    Był sobie   mostek  przy ulicy Staromiejskiej. 

Niewielki,  zbudowany z grubych,  drewnianych bali z  nisko osadzoną podłogą,  wiszącą tuż  nad  korytem  ślepej odnogi  Siciny.    Z jednej strony  wznosił się ponad nim  pagórek z  ruinami   kościoła,  a w najbliższym jego sąsiedztwie stał  mały domek,  z  zadbanym, a w lecie, gustownie  ukwieconym ogródkiem.

     Lubiłam słuchać odgłosów dudnienia, kiedy  po mostku przejeżdżał konny wóz napełniony, na przykład węglem. Ciekawiło mnie zachowanie  desek,  które pod  naciskiem  toczących się kół  falowały, ukazując liczne i bolesne  okaleczenia, powstałe z nadmiaru przyjmowanego ciężaru.   Długie, sterczące drzazgi czasami trzaskały i  wtedy  czułam  strach, że ukochany  mostek   się  załamie..?

    On jednak,  sobie i nam służył wiernie  długie lata, a  jego kondycja, jak sądzę, znajdowała się pod stałą i fachową kontrolą?

           Rozliczne obserwacje, które na  nim  prowadziliśmy  indywidualnie lub gromadką równolatków,  zawsze  odbywały się na szerokiej, wygodnej poręczy,  gdzie siadaliśmy  niczym wróble na drucie,  z beztroski dyndając  nogami.

   Na poręczy również, sprawdzaliśmy umiejętność chodzenia po równoważni...,  i to  niestety, raz po raz przynosiło  bolesne skutki wychowawcze  -  sąsiedzi ze wspomnianego domku,  w dobrze pojętym rozumieniu naszego bezpieczeństwa,  anonimowo   lub  nie,  o tych wyczynach  donosili  rodzicom.

       W lecie, kiedy ciek  wysychał, sprawdzaliśmy  co się dzieje  pod mostkiem. Jak zawsze, zalegał tam mokry i wilgotny brud, a ponurą przestrzeń gęsto oblepiały pajęczyny  rozsnute ciasno na wysokich, chuderlawych  chwastach.   Na dodatek  nieładnie tam  pachniało!   Z  niedowierzaniem przyjmowaliśmy ów  fakt  i  każdego następnego lata  zaglądaliśmy  ponownie  z  nadzieją,  że może   zapach zyskał na aromacie? –  Ukochany mostek   nie miał  prawa do  wad, a już  wstrętnej  woni,  w szczególności  ..!

              Strumień pod nim,  przybierał  na aktywności  zwykle  jesienią i wiosną.   Wtedy,  płynąca  woda  delikatnie szemrząc,  przedzierała się pomiędzy chwastami, trawami, zalegającym  tam  gruzem i rupieciami -  nader  chętnie "utylizowanymi",  przez  mieszkających w pobliżu i nie tylko.

       Zimą  zaś,  kiedy woda  zamarzała, a  śnieg delikatnie wyrównywał  wypukłości zaniedbanego podłoża,   miejsce  przemieniło się w  scenerię   prosto z baśni wziętą..!   Słońce  dopełniało  reszty  przemiany, bowiem  rozpościerało tęczowo i srebrzyście  połyskujące  iskierki, które ostro  blikując,  wywoływały  łzawienie wpatrzonych dziecięcych oczu. 

    Płatki spadającego śniegu,  radosne niczym chochliki, pląsały  ponad  powstającą  sceną, z jakiegoś  zupełnie innego świata... ?

   Tylko biała  zima potrafiła sprawić,  że  wokół mostku rozpoczynał się spektakl tego  miejsca!

   Był to  najlepszy czas  dla  nieokiełznanej wyobraźni  i ciągle  nienasyconej fantazji...

        Oczy dziewczynek  zaproszone do  zimowego widowiska,  zdecydowanie  inaczej spostrzegały  swojskie  kępy traw i chwastów  oraz leżące tam  szpargały.  Biel puszystego śniegu odmieniała ich fasony i kształty, zaś drzewa przypominały kryształowe kandelabry, na których słońce zapalało połyskliwe świece. 

To wtedy,  fantazja dziewczynek rozpędzała się, aż do zadyszki... 

Podsuwała czasami sceny  nazbyt  obce ich  doświadczeniu, co skutkowało  jeszcze większym  zaciekawieniem, ale także  przeświadczeniem,  że jest to  miejsce,  naprawdę  zaczarowane..!

W mieniącej się mrozem dekoracji,  wizerunek  sprzed zimy,  stawał się roziskrzoną przestrzenią,  napełnioną  miękkimi poduchami , puchowymi pierzynami i otulinami tyleż przyjaznymi, co zadziwiającymi.

 Otwierały się  jakiś wnętrza porozświetlane  milionami miniaturowych brylancików.  

 Natychmiast też  ożywały   postacie i  zaczynały się dziać zdarzenia...

     W komnatach i w sypialniach  roiły się, inne,  delikatniejsze  iskierki, bo  sypiące się  z  sukien,  które  nosiły   "królewianki". Na ich głowach  ciążyły  bogate diademy wykonane z blasku niepojętego  bogactwa. Nawet pantofelki miały z prawdziwego srebra. 

 - Ale  dlaczego nie jest  im wcale zimno?!  Nie radziłyśmy sobie z nadmiarem fantazji. 

  Pojawiały się także  postaci  z niższego szczebla hierarchii.  Te, beztrosko  łobuzowały  w komnatach i na wszędzie rozstawionych miękkich kanapach. Oczywiście,  odziane były skromniej, ale  stosownie do królewskich wnętrz.  Nosiły jakieś kubraki mocno błyszczące, no  i... na pewno buty z łyżwami..!   Uprawiały dobrze nam znane  gry i zabawy oraz ryzykowne  gonitwy po królewskich salach.  Na dodatek,  do siebie odnosiły się tak samo jak my  pokrzykując, przewracając się i obrzucając  śniegowymi kulami.

   „Królewianki” -  istoty wysoko urodzone,  ze smutną godnością tuliły do siebie  zamarznięte,  srebrno – tęczowe  motyle, a  czasem  zrywały zimowe kwiaty w pastelowych odcieniach, migocących  promieniami.  Układały  z nich staranne  bukiety do  lśniących, kryształowych wazonów i nieustannie przystrajały  wnętrza  pajęczymi muślinami, rozwieszały srebrzyste gwiazdki oraz paciorki z kropel zamarzniętej  wody....

    Ożywiane wyobraźnią postaci, z  wymyślanych na poczekaniu fabuł, ciągle nas  zadziwiały    niezrozumiałą  ospałością  i  chronicznym brakiem zainteresowania  otaczającym  światem, spoza mostku. Były wyniosłe,  mało przystępne,  chłodne w kontaktach, całkiem  nieprzyjazne!

   W żaden sposób nie przystawały do nas -  szczebiocących i śmiejących się!

 Za nic,  nie umiałyśmy  przenieść siebie w tę ich scenerię. Ale  na szczęście, zawsze  udawało się  snucie kolejnych  wątków i rozdzielanie ról  wyimaginowanym bohaterom, kolejnego,  na poczekaniu tworzonego spektaklu.

 

    Smutne,  dostojne  bohaterki,  nie rozumiały  naszych  zabaw, ani naszego języka. 

Nigdy nie pozwalały się do siebie zbliżyć, tym bardziej  zakolegować, tchnęły lodowatością i niechęcią do potrzeby  naturalnego ruchu !?

       Uporczywie sprawiały wrażenie sierot  - przypadkiem,  pod nasz  mostek podrzuconych!

     - Przecież żadna mama nie pozwoliłaby  na przebywanie  w mroźny dzień, tylko w samej  sukni i w diademie...? 

 Choćby  nie wiem jak kreatywnie  dobierane byłyby  zdarzenia, to i tak,   niemożliwe  stawało się też zrozumienie  sensu posiadanego  bogactwa, wobec  braku ciepłego  zimowego płaszcza, szalika, czy  czapki..? 

    - Czy one muszą aż tak bardzo marznąć...!?

     - Po co im te wszystkie brylanty...?!  Spierałyśmy się czasami, broniąc własnych koncepcji.

     Litość  brała ... , gdy jednego razu,  podejrzenie padło  na  Królową Śniegu  o to, że tak  niefrasobliwie - rok po roku,  pod naszym  mostkiem zostawia swoje  potomstwo?!   

    

   A  może Królowa pragnęła  zapoznać je z nami - stale roześmianymi i pełnymi pomysłów?    Może uznała,  że  to jedyna  okazja,  aby  zobaczyły,  jak do  cieszenia się zimą  wystarczają skromne  ubrania.  Że wełniane czapki, szare paltka i mnóstwo puszystego śniegu sprawia prawdziwą,  nieokiełznaną radość –  im tak  całkowicie obcą?

  Gwarny, pracowity szczebiot ruchliwych dzieci ze Starego Miasta,  z   niesłabnącą, zabawową krzątaniną,  miał być wzorcem dla smutnych ”królewianek”?

  Jeśli tak, to uznałyśmy, że  powinny  poznać również  naszego  śniegowego  bałwana, z nosem z marchewki i  z rumieńcami z  buraka..!  

Lepiony był z pojedynczych kul, z tak dużym  zaangażowaniem i przejęciem,  że  niekiedy  dorośli  z ochotą  do pomocy przystępowali, bo  niewyobrażalnie trudno było trzecią kulę na szczyt wtoczyć!

  Bałwan, zawsze  starannie i gustownie ubrany,  stał  zaopatrzony w pokaźną rózgę! 

Pełnił   funkcje zimowego symbolu, opiekuna miejsca  zabaw, ale także  ozdabiał sobą  - niczym posąg - górkę nad  Siciną! 

On,  zawsze czuł się jak  u siebie i  wiedział,  że jest  potrzebny!   Wszystkich nas znał i wszystko  rozumiał,  tym  sumienniej ochraniał  roziskrzone postacie, by nie stała się  najmniejsza  krzywda baśniowym  gościom z dalekiej północy.

     Dziewczynki,  wygodnie i bezpiecznie oparte  o  barierkę mostku,  wymyślały coraz  inne fabuły do scenariuszy „Zimowego spektaklu pod gołym  niebem”.

Były pełne wiary, że kiedyś  pojawią się prawdziwe uśmiechy  na zamarzniętych buziach  brylantowych  panienek!    Wierzyły też  niezmiennie,  że  nauczą się  ich języka i  spontanicznego  śmiechu!  

  Zaś z nastaniem wiosny,  tę radość z beztroską  poniosą do Lodowej Krainy, którą włada silna i mądra  Królowa Śniegu.

 

***

 

Dwa,   nieistniejące już dziś  mostki przy ulicy Staromiejskiej,  czasami  stwarzały  swoistą  niedogodność dla umawiających się na randki - już później – DUŻYCH  dziewczynek  ze Starego Miasta!

Zdarzało się bowiem,  że  nie  doprecyzowana  charakterystyka  miejsca spotkania powodowała, że dziewczynka czekała przy jednym , a jej chłopak przy tym drugim -  większym  mostku...    Na szczęście, były blisko siebie!

   Szkoda, że oba  ukochane  mostki  nie posiadały czarodziejskiej  mocy  spełniania  marzeń, wszystkim, tam  umawiającym  się  na randki parom...? 

                                                  

„ Wygarnięte z pamięci” – lata pięćdziesiąte.

                                                      

Oddaj swój głos:
(778)
()

Konkursy » Polska

(58)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Szanowni Laureaci, szanowni Państwo, poniżej do pobrania dyplomy i podziękowania   nagrody dla Laureatów zostana...
(128)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Protokół Jury „Polskie bajanie”, czyli II edycja międzynarodowego konkursu „Bajka i legenda świata w życie...
(53)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Polska województwo pomorskie/ powiat słupski/ gmina Słupsk Lubuczewo   kategoria wiekowa dorosły Dom Pomocy...