Kalendarz » Kołbaskowo

    Brak wydarzeń.

216. PL KRzysztof Andrulonis O żołnierzach zamienionych w drzewa

28 września 2014, Kołbaskowo

Polska

województwo zachodniopomorskie

powiat policki

gmina Kołbaskowo

Przecław

 

kategoria twórcza B

kategoria wiekowa  14 lat II klasa  gimnazjum

Publiczne Gimnazjum w Przecławiu; adres: Przecław 27c 72-005 Przecław

 

O żołnierzach zamienionych w drzewa

 

Występują: Jakub, Jaśko, Jeździec, Dragoni, Przewodnik, Turyści

 

Zimowy, zasłany śniegiem las dość gęsty i ciemny, w oddali światełko karczemnego okna, w pobliżu wiejski gościniec odmieciony z wszechobecnego puchu białego. Jakub i Jaśko kryją się w lesie.

 

JAKUB:

Spójrzże Jaśko, światło jakie maluje się w oddali!

Czyżby to jakaś osada upragniona, której tyle czekaliśmy?

Mówiłeś, że znasz te strony dobrze,

teraz więc się swym obyciem spróbuj wykazać.

 

JAŚKO:

Dobrze poznaję te okolice,

nie pierwszy raz tutaj docieram,

pierwszy jednak w tych okolicznościach,

to karczma w Osowie świeci taką łuną,

jak każdego zimowego wieczoru,

gdy całe chłopstwo z okolicy

na kuflu miodu się tu gromadzi.

Spróbujmy się tam dostać,

może i nam dane będzie chwilę odsapnąć.

 

JAKUB:

Z jakiego domu ty się zrodziłeś?!

Ledwieś uciekł z pruskich oddziałów,

mogąc przypłacić to życiem,

teraz ryzykując kulę karabinową w każdym momencie

w heroicznym wysiłku pchasz się do francuskiego garnizonu,

a wszystkie nasze wysiłki chcesz strawić,

nabierając się na powaby wiejskiej karczmy?

Chyba zdążyłeś Kocha poznać i wiesz,

że kiedy tylko zoczy, iż nie ma nas w kancerze,

zaraz pośle taki konny pościg,

że nawet najzręczniejszemu żołdakowi

nie uda się wyślizgnąć z jego łap.

 

JAŚKO:

Ha, znam tego gnuśnego starca,

ale on nie zna,

gdzie nas szukać,

i to daje nam wyraźną przewagę.

 

JAKUB:

Może i starzec, ale oczy kocie,

choćby i w ciemności braki w ilostanie zobaczą,

a temu, kto je spowodował, biada i baty,

a więc jego pazury także.

 

JAŚKO:

Nie po to ja z tobą tyle idę, żeby on już nas u celu uchwycił!

Do naszej kwatery już blisko,

Francuzi już stoją pod Dobrą,

Italiańce uderzają na Maszewo,

Koch jest w okowach wrogich armii,

choćby miał przymierać głodem,

to nosa nie wyściubi spoza Nowogardu.

Alibo też już kazał spakować całą komendę

i pognał, gdzie go sanie zaniosły.

 

JAKUB:

Może i tak się stało,

ale lepiej dmuchać na zimne,

jak już dotrzemy na miejsce,

to pofolgujemy sobie w jedzeniu i trunku.

 

JAŚKO:

O ile je tam zastaniemy…

 

JAKUB:

Daj spokój, to nie Pruski zagon,

gdzie z chlebem bywa ciężko,

lecz francuscy żandarmi,

którzy bez wina nigdy nie ruszyliby w bój.

 

Jaśko wymownie okazuje swe niezadowolenie z decyzji i z utęsknieniem spogląda na okna karczmy. Mówi na stronie:

 

JAŚKO:

Ach, już głód mi doskwiera

i napić się czegoś na rozgrzewkę wypada,

że też Jakub taki przesądny i ostrożny.

 

Zastanawia się jeszcze chwilę, po czym zdecydowanie obraca się w stronę Jakuba i rzecze:

 

JAŚKO:

Jak sobie życzysz,

ale chyba wziąłeś pod rozwagę,

że w tym zajeździe

już mogą siedzieć napoleońscy husarzy czy saherzy,

a my tu niczego nie znając,

brnąć będzie dalej w las i w bór, i w chłód,

i do tego o pustych kiszkach.

Koniecznie trzeba się wywiedzieć,

kto tam teraz bawi.

 

Jakub odpowiada bez przekonania, zrezygnowany:

 

JAKUB:

No, może i warto,

ale żeby to się źle nie skończyło,

bo wiesz przecież świetnie,

że równie dobrze

mogą tam urzędować pruscy dowódcy.

 

JAŚKO:

Tak daleko od Nowogardu,

podczas wojny i najazdu?

Łeb ci spadł ze szyi?

 

Obaj żandarmi udają się w stronę gościńca.

 

JAŚKO:

Tutaj wieś się zaczyna,

tam dalej jest siedem czy osiem gospodarstw,

no i dworek magnacki będący teraz w ruinie,

a za nim już upragniona gospoda.

 

JAKUB:

A jak zamierzasz się tam dostać?

 

JAŚKO:

Można spokojnie przejść główną drogą,

Szwaby nam tu nie grożą,

jeno pod karczmą trzeba iść przy murze,

co by żaden ze służby nie zoczył,

bo wtedy zaraz panu swemu doniesie

i zażąda sowitej zapłaty

za nasze własne głowy.

 

JAKUB:

A jak już wybadamy,

kto też do zajazdu przybył?

 

JAŚKO:

To wtedy albo witamy się serdecznie

z francuskimi wyzwolicielami,

zrywając z siebie te wszystkie godła i symbole,

albo idziemy dalej nie szukając zwady.

 

Uciekinierzy zaczynają posuwać się naprzód, delikatnie i z wyczuciem, aby nie zawadzić o żaden kamień ani nie stuknąć weń pałaszem. Nagle zauważają stojącego przed sobą Jeźdźca na koniu. Nie na żarty przestraszeni skrywają się w cieniu pobliskiego drzewa, aby uzgodnić dalszy plan działania.

 

JAKUB:

Któż to może być?

 

JAŚKO:

Sam nie wiem,

trochę zbyt wcześnie jak na pościg za nami,

w końcu sześć godzin jeszcze nie minęło,

a my mieliśmy patrolować tereny wokół drogi wiodącej do Golczewa,

tam też najpierw będą nas szukać.

My z kolei przecież ruszyliśmy w przeciwnym kierunku

i okrążając Nowogard dążyliśmy ciągle w stronę Dobrej,

omijając główny trakt,

przebijając się przez lasy, bory, pola i zagajniki,

więc nie ma możliwości, że ktoś nas dojrzał.

Jest to pewno przypadkowe spotkanie.

 

JAKUB:

I co my teraz mamy z tym począć,

przecież nie wiemy,

kim jest ten kawalerzysta,

za ciemno, aby widzieć barwy munduru,

ciężko stwierdzić, czy to Francuz, Włoch czy Niemiec,

a może i nasz rodak?

 

JAŚKO:

Wszystko to może być,

ale nie wywołujmy wilka z lasu.

Kimkolwiek by on nie był,

nie po to tyle planowaliśmy tę ucieczkę,

aby teraz zakończyć ją przez byle żołnierzyka.

Sam niewiele przeciw nam wskóra,

a w razie czego mamy gdzie uciekać.

Za długo czekałem na wyrwanie się z niewoli,

na walkę z giwerą w ręku u boku Napoleona

przeciw czarnym orłom i ich poplecznikom,

wytrzymywałem męki życia w kancerze

i byłem posłuszny każdemu rozkazowi,

żeby teraz zrezygnować ze swych starań

i znów rzucić się na łaskę losu,

i to pruską na me nieszczęście.

 

JAKUB:

Musimy go jakoś podejść,

może z bliska uda się go rozpoznać

 

JAŚKO (szepcząc):

Ty tu zostań,

ja już wiele razy się skradałem,

na zwiady chadzałem w granice wroga

i mam w tym wprawę,

ty pamiętaj,

że tam za pałacykiem jest park dworski,

a przy nim zaraz bór, tam już cię nie zgonią.

Jeśli cokolwiek się stanie, uciekaj co sił.

 

Jakub próbuje zaprotestować, ale Jaśko odchodzi, a on nie chce i nie może wywołać najdrobniejszego choćby hałasu. Jego kompan skrada się z gracją, chowając się w cieniach domów i drzew.

JAKUB (szeptem, z trwogą):

Już schował się w cieniu, zaraz wejdzie za winkiel,

znowu kryje go cień za węgłem,

i już pod dębem starym, coraz bliżej jeźdźca,

daj mu Boże wytrwanie, by go wróg, przyjaciel nie zoczył.

I teraz rzecz najstraszniejsza:

droga szeroka do dworu, bez żadnego ukrycia,

przebyć ją musi skwapliwie,

co by go nie złapali,

niech żołnierz się nie obróci,

niech koń jego nie zarży,

niech śnieg pod butem nie skrzypi…

 

W tym momencie nagłe słychać skrzypienie śniegu. Jeździec obraca się na stępie.

 

JEŹDZIEC (krzycząc):

Wer da?! Kto tam?!

 

JAŚKO:

Ach, mój Panie, przeca pruski to mundur,

taki jak i nasze odzienie,

ale on wie, że nas tu być nie powinno,

zaraz nam odwiedzie do straży, dowódcy,

czym prędzej uciekać!

 

Rzuca się do tyłu, Jakub czyni to samo.

 

JAKUB:

Olaboga, szwabski gałgan,

nic tu więc po nas, zaraz po nas poślą.

 

JEŹDZIEC:

Halt! Halt!

Stać tam, polski najemny motłochu!

 

Jaśko pozostaje obojętny nawoływaniom, jeździec strzela do Jakuba, ten wyrzuca ręce w górę i pada na ziemię, w tym momencie Jaśko skacze w cień, wyjmuje broń i mierząc długo, wreszcie strzela do Jeźdźca, ten pada martwy obok konia nadal związany strzemionami.

We wsi rozlega się alarm. Jaśko dociera do Jakuba.

 

JAŚKO:

Jakubie, czyś żyw jeszcze?

Powiedz coś, przyjacielu!

 

JAKUB:

Nie patrz ty na mnie,

nie pierwszy mi to chleb,

jak Prusak mi próbuje łeb odstrzelić.

Nawet mnie nie drasnął.

 

JAŚKO:

Kamień mi z serca zdejmujesz!

W takim razie czym prędzej w park, a potem w bór,

tam już nas końmi choćby nie wytropią.

 

W tym momencie z karczmy wybiegają dragoni i kulbaczą swe konie. Ruszają w pościg.

 

JAŚKO:

Nic tu po nas,

ratuj się, komu życie miłe!

 

Rzucają się naprzód.

 

JAKUB:

Biegnijmy wpierw drogą, potem w bok uskoczmy,

tam do zagajnika się zaszyjmy…

Ach, już kule świszczą, przeleciała mi nad głową jedna,

już Niemce zoczyli, gdzie nas zanosi,

wiedzą, że my uciekiniery,

nie surduty Napoleona,

nabrały psy odwagi,

wiedzą, że zaraz ich będziemy,

lecz my się tak łatwo nie damy,

tam, na bok, hen, w polany!

 

Jakub i Jaśko wciąż biegną, wrzaski i klątwy dobiegają z coraz bliższej odległości, już słychać tętent kopyt i kolejne strzały.

 

JAŚKO:

Ach, padalce, już się wywiedzieli,

idą na nas, ze wsi wypadli, dragoni to sami,

każdy z szabelką i dubeltówką, a my tu tylko sami.

JAKUB:

Nie mówże tyle,

bierz w rękę sztucera, strzelaj w Szwaba,

ja ci tu będę ładował, zbij, ile ci niebiosa pozwolą.

Żeby ich tylko do świerkowego boru wstrzymać…

 

Na scenę wpada dziesięciu dragonów w czarnych mundurach zdobnych złotymi wstawkami, jeden dopada już prawie uciekinierów, słychać wystrzał.

 

JAŚKO:

A! I leży Szwab już pierwszy straszny,

zaraz kolejnych położę, niech się nie boją,

koniec ich będzie z pewnością straszny!

 

JAKUB:

Ty bij, a i ja z pewnością dobędę pałasza,

zaraz w któregoś uderzę!

 

Kolejny strzał, z jękiem pada kolejny dragon, Kuba przecina jednego pałaszem, pada on bez życia. Pościg zbliża się coraz bardziej i już okrąża bohaterów.

 

JAŚKO:

Ach, na nic nasza ucieczka,

już nas w szponach mają,

idź, Kubo ku temu dębowi staremu,

łatwiej będzie się bronić.

 

Dochodzą do dębu, okrąża ich siedmiu pozostałych Prusaków, wszyscy trzymają palce na cynglach pistoletów.

 

DRAGON:

Die Wehr ab! Rzućcie broń i poddajcie się!

 

JAKUB:

Ani myślę, ty czarna pokrako! (celuje sztucerem)

 

DRAGON (do reszty drużyny):

Vorwärts! Naprzód, moi wojowie!

Tylko do nich nie strzelać,

musimy przynieść te diabły komendantowi żywe,

wtedy na pewno sowicie nas opłaci!

Jaśko i Jakub dobywają pałaszy i zaczyna się bitwa mieczowa.

 

JAŚKO (zamachując się pałaszem):

My wam damy, szwabskie szumowiny,

myślicie, że jak wasz, to bez winy,

a jak Polak, to hajda na niego z szabelką,

a, już ja was rezonu nauczę!

 

Bije w najbliższego sobie. Kuba zostaje nagle ugodzony w rękę prawą, zwisła ona bezwładnie i pałasz z niej wypada, nie może się on bronić.

 

JAKUB:

Ach, cóż za paskudny los,

nijak teraz trzymać się przy życiu mogę,

ratuj mnie, Jaśko, nie zostawiaj!

 

Jaśko wysuwa się przed przyjaciela.

 

JAŚKO:

Ach, ciężko to w jednego wybić chmarę,

już ręka mi mdleje, już nie mogę uderzyć,

a tych ciągle więcej, nie! To mi troi się w oczach,

zaraz upadnę z wykończenia,

już koniec mych dni ziemskich,

już czarne plamy widzę, już i krwawe,

to moje ciało na szkarłatnie płacze.

Ach, gdyby być jak to drzewo,

wrośnięte w ojczystą ziemię na złe i dobre chwile,

niezmienne i o centyl nie przesunięte,

potężne i nie potrzebujące wojować,

tak wyniosłe, dumne, piękne…

Ach, lecz cóż to się dzieje!

Wszystkie bóle zniknęły,

ręka mi, i nogi drętwieją,

już wcale nie mam czucia,

jak przez mgłę wszystko widzę,

nie masz ci i mego brata, Jakuba,

a i dragony się odrzuciły, jakby diabła ujrzały,

wpatrzeni z trwogą, czego, źle się nagle uczyniło!?

Patrzcie, już nie mam ja członków i tułowia,

a tylko zostaje mi tu bukowa kora,

mój Boże Najwyższy, wielkie to czary,

nie wiem, czy z Ciebie, czy z Tartary ciemnej jamy…

 

Dragoni uciekają w popłochu. Gasną na chwilę światła, znikają dekoracje, tylko młode buki i dąb pozostają niezmienione, przenosimy się w czasy współczesne, widzimy turystów i przewodnika.

 

PRZEWODNIK:

Spójrzcie tu, moi drodzy,

na te trzy zrośnięte drzewa,

legenda piękna prawi,

iż kiedyś te buki dwa to byli pomorscy żołnierze,

co z pruskiej niewoli uciekli szukać u Francuzów przyjęcia,

tu zostali dognani przez swych śmiertelnych wrogów,

i dąb widząc ich wielkie męczarnie w trwodze,

magiczną swą mocą przemienił ich w młode buki,

na zawsze w ożenku z polską ich kochaną ziemią.

 

TURYSTA:

A skąd oni się tu wzięli i o co walczyli,

i to u Prusów, do Francuzów, nic z tego nie pojmuję…

 

PRZEWODNIK:

Rok był to pamiętny 1807,

kiedy to straszna na Pomorze padła pruska niewola,

uciemiężyli Niemcy walecznych Gryfitów,

godność odbierając im, wojsko, pieniądz i władzę,

wtedy całe rzesze pomorskich młodzianów

wcielono do tak znienawidzonego wojska pruskiego

na nowe inne eskapady,

nie jeden oni raz próbowali uciekać,

do Francuzów czy Włochów się prześlizgnąć,

niewielu się ta sztuka udała,

a kto złapany został,

zaraz pod batami szedł pod stryczek,

taka tego podania historia,

i stąd było dwóch młodych Pomorzan,

co się w buki przemienili.

 

Oddaj swój głos:
(35)
()

Konkursy » Polska

(58)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Szanowni Laureaci, szanowni Państwo, poniżej do pobrania dyplomy i podziękowania   nagrody dla Laureatów zostana...
(128)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Protokół Jury „Polskie bajanie”, czyli II edycja międzynarodowego konkursu „Bajka i legenda świata w życie...
(53)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Polska województwo pomorskie/ powiat słupski/ gmina Słupsk Lubuczewo   kategoria wiekowa dorosły Dom Pomocy...