Kalendarz » Celestynów

    Brak wydarzeń.

112. PL Andrzej Kamiński D

4 sierpnia 2015, Celestynów

 

Polska

województwo mazowieckie

powiat otwocki

Celestynów

 

kategoria wiekowa dorosły

 

Mogiła w Choinkach

Urlopowo szliśmy duktem. Las nucił wrześniową melodię i przy każdym akordzie wydychał z siebie ciepło mijającego lata. Szliśmy bezgłośnie, jakby nie chcąc zakłócić i tej melodii i tchnienia nasyconego zapachem mchu, grzybów i późnych jagód. Żona schyliła się, by odkroić od podłoża nóżkę koźlara, który dumnie stał na skraju duktu.
- Spójrz jaki okazały, niczym Jaćwing w siodle, wypatrujący Krzyżaków  łupiących Puszczę Rajgrodzką  – szepnęła, bo widać melodia lasu była i dla niej tak dominująca, że nie chciała jej burzyć głośną paplaniną. Obejrzałem się. Las za nami się zamknął i na końcu duktu nie było już widać wsi. Tylko las. Bogaty, mazurski las. Z duktu skręciliśmy w ścieżkę, nad którą gałęzie dębów, sosen z rzadka brzóz tworzyły zielony parasol, a może kryptę, bo ujrzeliśmy krzyż z tablicą: Tu w 1943 roku Niemcy rozstrzelali rodzinę Nowickich. Staliśmy wczytując się w imiona i nazwiska. Las nucił swoją odwieczną melodię a drzewa szumiały o tym dniu i chwili, gdy pięć osób stało naprzeciw luf karabinów dwóch niemieckich oprawców: Kolofa i Bogatża. Raptem usłyszeliśmy, gdzieś za sobą, tętent koni. – Czyżby oddział Hubala zdążał na pomoc mazurskiej rodzinie? – pomyślałem spiesznie.
Dwa konie; klacz i rosłe źrebię galopowały duktem. Za nimi słychać było klekot roweru i wołanie: stójcie, stójcie. Ale gdzie tam, konie nie były pokorne.  Całkiem jak szwadron majora Henryka Dobrzańskiego, który podążał skrajem Czerwonego Bagna na południe, z jednym tylko działem i nielicznymi taborami mimo, że jego 110 Pułk Ułanów w nocy z 24 na 25 września rozwiązał się a ułani, ukrywszy broń na cmentarzu we wsi Wólka Karwowska, udali się do domów. Tylko oddział późniejszego Hubala, unikając spotkania z Niemcami szedł  niczym taran przez podlaskie tereny ku Warszawie a mazurski las był domem i tarczą dla tych niepokornych żołnierzy.
Konie ich nie rżały, nie parskały i stąpały delikatnie. Wyuczone, starały się wieźć swych jeźdźców najbezpieczniej, jak tylko można, bo czuły, że wojna zabija lub kaleczy. Nie wiedziały tylko, że za kilka miesięcy zobaczą swych ułanów leżących martwo na wiosennym mchu. Że będą próbowały ich pyskiem trącać i w ten sposób zachęcać do poderwania się, do wskoczenia w siodło i pogalopowania za wrogiem, za wolnością, ale i za ukwieconą, smakowitą łąką i głośnym rżeniem, pasących się koni. Żołnierze jednak ani drgną. Cóż, ich wierni towarzysze poczłapią niespiesznie w las i do najbliższej wsi, gdzie zagospodarują ich chłopi i przysposobią do pracy w polu a rzędy sprzedadzą na jarmarkach albo machną za bimber.
Jeszcze słychać było tętent uciekających duktem koni: klaczy i źrebaka, gdy ujrzeliśmy z żoną kobietę.
- Nie widzieliście państwo moich koni? – zapytała zsiadając z roweru.
- Tak, widzieliśmy. Pobiegły w kierunku Rajgrodu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a żona przytaknęła uprzejmie się uśmiechając.
- Skaranie boskie z tymi końmi. Gdy nie zdążę ich spętać, zaraz dają drapaka i hejże w las. Nie na łąkę za stodołą, czy nad jeziorem a w las. Cudaki jakieś – skarżyła się kobieta i widać było, że zebrało jej się na pogaduszki z nieznajomymi turystami, których już we wrześniu, jak na lekarstwo w Rybczyźnie.  W ortalionowej kurtce pamiętającej czasy Gierka, w spodniach i czapce wełnianej, choć ranek już ciepły. Lekko przygarbiona, a twarz wskazywała trud i niełatwe życie. Wiek? Trudno określić. Jak zwykle u ludzi wsi. Pięćdziesiąt, może trochę mniej a może więcej.
- Gospodarzy pani? – zapytałem, by podtrzymać rozmowę. Choć spieszyło się nam zbierać grzyby, bo słońce już zaczęło przygrzewać.
- A co innego mogę robić? Taki mus! Latem dorabiają nas turyści, a tera to, co wygrzebiemy z ziemi: kartofle, które latoś obrodziły jak nigdy, marchew, pomidory i  jak zwykle ryby, co stary w jeziorze wyłowi.  Dawniej trzymaliśmy tytoń ale kiedy zaczęli mało płacić, sprzedaliśmy pole nad jeziorem miastowym.
- Dzieci pomagają?  – zaryzykowałem pytanie.
- Tyle, co kot napłakał. Same za dużo nie mają, bo żyją z pensji, a koszty w mieście duże więc nie za wiele mogą nas wspomóc. Ot, przy wykopkach trochę albo gdy do lekarza trza ojca zawieźć, to i owszem.
- Zna pani historię tej mogiły? – zmieniłem temat, bo rozmowa nie bardzo się kleiła.
- Nie za dobrze. Ot, słyszałam że szwabskie świnie wywlokły z domu w Woźnejwsi tych nieboraków i tu w lesie Choinki zastrzelili  a furmanowi, który ich przywiózł kazali zakopać. Do niedawna jeszcze świętej pamięci Bolek Nowicki, syn i brat zamordowanych opiekował się grobem. Teraz dzieciaki z rajgrodzkiej szkoły palą znicze na Wszystkich Świętych. Nic więcej nie wiem – oznajmiła i nie mówiąc nawet do widzenia, czy pocałujcie mnie gdzieś, dosiadła po męsku rower i podążyła duktem za swoimi końmi a raczej klaczą i rosłym źrebakiem.
Podeszliśmy bliżej do mogiły. Na płycie nagrobnej stały dawno wypalone znicze i leżały zeschłe róże. Obok nazwisk czworga Nowickich wypisane było też nazwisko: Orłowska – nauczycielka. – Dlaczego zastrzelili też nauczycielkę? – myślałem, modląc się za spokój dusz tu spoczywających a zastrzelonych przez niemieckich oprawców w 1943 roku, czyli 66 lat temu. Cóż to za historia? Niestety nikt we wsi nie potrafił mi owej historii opowiedzieć a brakowało czasu, by udać się do Woźnejwsi, gdzie rodzina kiedyś mieszkała i tam rozpytać.
Jeszcze dwa dni wypoczywałem w tej małej, mazurskiej wsi Rybczyzna, gdzie brat cioteczny ma działkę z letniskowym domkiem a przy pomoście żaglówkę.
Skoro świt wędrówka do lasu na grzyby, śniadanie i gdy żona przebierała koźlary, podgrzybki i kanie zasiadałem do laptopa, by skończyć pisanie książki „Złamany hufnal”, na którą czekało wydawnictwo „Adam Marszałek”.  Muszę powiedzieć i w tym miejscu zgodzić się z Agnieszką Osiecką, że w otoczeniu mazurskich lasów i jezior pisze się najlepiej: słowa same garną się na ekran laptopa, zapełniając strona po stronie i, jak mi się wydaje, mają sens i niosą przesłanie, co jak uważam jest najważniejsze.  
W ostatni dzień poszliśmy pożegnać się z jeziorem, perkozami i żerującymi w szuwarach  kaczkami, którym udało się przeżyć sierpniową nawałnicę myśliwych. Pożegnaliśmy też kwiat paproci, po który - jak głosi miejscowa legenda, opisana przez Irenę Prostko - w pewną burzliwą noc wybrał się rybak, mimo protestów żony i syna, przewidujących podświadomie tragedię.
– Albo mi to pierwszy raz wypływać na jezioro w niepogodę, gorsze burze przeżyłem i wróciłem, a poza tym zbliża się noc św. Jana i jak mówi się, w tym czasie można zobaczyć różne dziwy, które się dzieją na dnie jeziora – odkrzyknął  rybak już z łodzi i dodał by rodzina czekała nazajutrz z wieczora jego powrotu. Ku zmartwieniu rodziny rybak jednak wieczorem nie powrócił a do brzegu, gdzie wypatrywano go, podpłynął łabędź i roniąc łzy wyznał, że jest ich mężem i ojcem ale przemieniony został przez złą panią tego jeziora i której przez kilka lat musi służyć. Wyznał też skrycie, że w kniei żyje stary mędrzec, który może coś poradzi, by zaklęcie zdjąć. Żona odszukała chatkę pustelnika i wyznała mu swoje zmartwienie. Starzec pomyślał chwilę i rzekł, że męża, zwiedziony chęcią zerwania kwiatu paproci z dna jeziora, a tym samym stanie się bogatym, uratować może jedynie syn.
 – Musi nauczyć się sztuki rybackiej, być odważny i nie lękać się niepogody. Kiedy takim się stanie ma wypłynąć w noc świętojańską i zarzucić sieci. I niech wtedy nie ulęknie się niczego, bo gdy zadrży jego serce, zgniecie wszyscy – radził mędrzec. Kobieta przyniosła radę starca do chaty a syn po jej wysłuchaniu, rzekł:
- Matko, zrobię wszystko, by ratować rodzinę. Po roku pilnej nauki u najstarszego w osadzie rybaka, syn wypłynął w noc świętojańską na wzburzone jezioro, żegnany przez zatrwożoną matkę. Płynął, walcząc z falami i deszczem zalewającym łódź. W pewnym momencie, jak ręką odjął, ustała burza i deszcz przestał padać. Znalazł się na spokojnej tafli wody oświetlonej blaskiem księżyca. Odetchnął z ulgą i już miał spocząć na ławeczce, gdy nagle z wody wyłoniła się postać kobiety o niezwykłej urodzie, trzymająca w dłoni złoty kwiat.
 – Jestem królową tego jeziora. Ja i moi słudzy mieszkamy na dnie w pałacu z zielonych kamieni. W podwodnym naszym ogrodzie rośnie zaklęty kwiat paproci, który zakwita raz w roku. Właśnie w dzisiejszą noc. Ponieważ jesteś mężny, weź ten kwiat, a zdobędziesz bogactwo i sławę – namawiała nimfa wyciągając do młodego rybaka rękę ze złotym kwiatem.
- Nie chcę bogactwa ni sławy, królowo. Wróć mi ojca, którego zaczarowałaś w łabędzia. Widok jego będzie dla mnie droższy niż wszystkie skarby ziemi i wody.
- Szlachetny i dobry jesteś. Wrócę ci ojca, a w nagrodę za odwagę i dobroć obiecuję, że żyć będziesz w dostatku i ty i twoje wnuki. Tak też się stało a potomkowie odważnego rybaka żyją po dziś dzień w dostatku, nie utyskując na brak ryb w jeziorze.
Niestety po latach wtargnęli w ich życie Sowieci i Niemcy. Zburzyli spokój i potargali codzienny rytm ich pracy, odpoczynku i wzajemnego świadczenia dobroci. Jeziora i lasy, do tej pory dające jadło i schronienie, stały się mogiłami.

Drzewa w lesie Choinki wiele widziały tragedii. Te najstarsze do dziś szumią o egzekucjach wykonywanych u ich stóp przez hitlerowców na ludności z Rajgrodu i z pobliskich wsi. Stary dąb na przykład wciąż opowiada młodym osikom i sosnom o Żydach, mieszkańcach Rajgrodu, których Niemcy, nie mając amunicji zachlastali  u jego korzeni szpadlami. Cieli na oślep, wywijając coraz bardziej zakrwawionymi szpadlami, raniąc, kalecząc i z rzadka zabijając. Masakrze towarzyszył niemiłosierny krzyk poranionych dzieci, kobiet i mężczyzn. Okaleczeni, cierpiący z bólu, modlili się już tylko o to, by niemiecki kat trafił ich śmiertelnie. Najgłośniej krzyczała mała, może sześcioletnia dziewczynka, której szwab odrąbał rączkę wraz z częścią barku. Półżywych i jęczących oprawcy zasypali cienką warstwą ziemi, śmiejąc się i żarując.  Dąb ze wstrętem i oburzeniem wspomina, że potem tygodniami dzikie zwierzęta wywlekały ciała a jeszcze żyjących dogryzały. Badający po wojnie tę sprawę prokurator Waldemar Monkiewicz w piśmie z 25 lutego 1987 roku (podaję za dziennikarzem „Życia Grajewa” Januszem Sobolewskim) napisał, że komisja nie jest w stanie wykonać dokumentacji miejsca zbrodni, bo zarys mogiły zupełnie się zatarł. Tak, jak zatarły się w pamięci ludzi inne mordy. W jednej z książek wydanych przez Towarzystwo Miłośników Rajgrodu odnalazłem opowieść Henryka Łacińskiego, świadka tamtych, okropnych, wydarzeń. ”To jest straszna prawda – czytam w książce pt: „Opowieści i pieśni znad Jegrzni”. – Nawet pan Monkiewicz, który jako prokurator badający tę sprawę zna wszystko dokładnie, nie chce o wszystkim mówić. Miał tu przyjechać cały oddział niemiecki. Najprawdopodobniej przyjechało tylko dwóch hitlerowców. Resztę załatwili po drodze polscy Akowcy. Zapędzono na rynek grupę Żydów, rozdano Polakom pistolety i pod groźbą zastrzelenia, kazano strzelać. Niektórzy nie umieli, i jak kto chciał, tak strzelał. Tych, co przeżyli kanonadę, pędzono koło mojego domu. Niektórym udało się uciec i biegli na Szelągowo do Zaleśkiewiczów. Pani Zaleśkiewiczowa dała im zjeść, bo to byli przecież znajomi. Oprawcy złapali ich przy jedzeniu. Byli to trzej bracia Myśliki, jeden miał czternaście lat. Wywleczono ich na podwórko i strasznie bito. Orczykiem. To dziecko osłaniało się ręką i krzyczało: „Panowie, co ja wam takiego zrobiłem!” Nie słuchali. Zakatowali chłopca na śmierć.”  
W książce znalazłem też historie, które nie świadczą dobrze o niektórych mieszkańcach Rajgrodu i okolic. „Przyzwolenie hitlerowców na mordowanie ludności żydowskiej doprowadziło do kilku znanych wydarzeń z udziałem Polaków, którzy z chęci zysku i łatwego wzbogacenia się chwytali za nóż, bagnet, czy zwykły szpadel i zabijali ludzi – pisze w książce Janusz Sobolewski. – Kilku oprawców wpadło na szatański i perfidny pomysł: ogłosili wśród ludności żydowskiej zapisy na  wyjazd do Lecznicy w Augustowie. Kilkunastu schorowanych lub starych Żydów dało się zwieść. Załadowano ich z najpotrzebniejszymi rzeczami i kosztownościami na furmanki, a oprawcy ubrani w białe fartuchy powieźli ich w kierunku Augustowa. Tuż za Rajgrodem, na Rykowej Górze, skręcono w lewo, w pola. Jak wspomina jeden z mieszkańców Rajgrodu, którego ojciec był świadkiem tego zdarzenia, Żydzi zorientowali się w podstępie i podnieśli wielki krzyk. Niedołężnych i schorowanych zakatowano szpadlami i nożami, a ciała wyrzucono na pole”.
O tych i innych zdarzeniach nie mówi się dzisiaj. Mieszkańcy wyrzucili z pamięci, bo życie toczy się dzień po dniu i niesie potrzebę wysiłku. Jednak tamtych wypadków nie zapomniały i nie wyrzuciły z siebie drzewa na Choinkach i ziemia, otulająca do dziś pomordowanych.
Otula też rodzinę Nowickich z Woźnejwsi. Jednak tę historię postanowiłem wyjaśnić do końca i zbadać dokładniej, aniżeli prokurator Monkiewicz w roku 1987. Tym bardziej, że mogiła nie jest zapomniana, a wręcz utrzymywana w należytym porządku przez harcerzy i uczniów rajgrodzkich szkół. Tyle tylko, że mało kto zna okoliczności śmierci spoczywających w mogile, na którą natknąłem się zbierając z żoną grzyby w lesie Choinki.
Po powrocie do Otwocka napisałem emaila do burmistrza Rajgrodu, pana Czesława Karpińskiego z prośbą o wskazanie osoby, która zna historię tragedii rodziny Nowickich. Odwrotnym emailem wskazał mi Janusza Sobolewskiego, pracownika urzędu, dziennikarza i kronikarza okolic Rajgrodu. Zadzwoniłem do pana Janusza ale nie potrafił mi szczegółowo opowiedzieć o zamordowanych. Podał jednak adres do ks. płk. Stanisława Nowickiego, emerytowanego kapelana kościoła garnizonowego w Ostrowi Mazowieckiej-Komorowo a z koligaconego blisko z interesującą mnie rodziną. Napisałem list do księdza. Odpisał szybko i na kilku stronach kancelaryjnego papieru opisał historię tragicznej śmierci rodziny stryja Norberta z Woźnejwsi.

Oto jego opowieść:

„...Gdy Niemcy  uderzyli na Rosję w czerwcu 1941 roku zaczęli natychmiast zajmować tereny będące pod sowieckim knutem. Przyszli również do Woźnejwsi, gdzie w szkole zostawili dwóch żandarmów: Kolofa i Bogatza.  Okupacja, najpierw rosyjska i teraz niemiecka sprawiła, że mieszkańcy większych miejscowości i miasteczek zaczęli odczuwać coraz większe kłopoty żywnościowe. Zaczęli więc masowo wynosić się na wieś: najmować do pracy w polu, wynajmować pokoje, a gdy kto miał rodzinę, zwalał się do niej. Tak zrobiła też rodzina stryja i któregoś dnia z walizkami stanęła w progu jego, nie do końca wykończonego, domu w Woźnejwsi. Zagęściło się, nie było za bogato ale rodzinnie. Szybciej też postępowały prace wykończeniowe, którymi kierował najstarszy syn stryja Bolek, który pracował w Grajewie jako weterynarz.

Któregoś razu zdarzyło się, że spłonął dom biednego Kuryły. Niemcy zaczęli przeprowadzać dochodzenie, bo dziwnym im się wydał  pożar, gdy nie było akurat burzy, a we wsi elektryczności. Zapytali starego Kuryłę, czy gniewa się z kimś we wsi. Odrzekł, że z Bolkiem za zapłatę za zwożenie koniem cegły na dom ojca.  Żandarmi zabrali Bolka i osadzili w Grajewie, ale po paru dniach go zwolnili. Mój ojciec opowiadał, że lany przez gestapo najprawdopodobniej zgodził się na współpracę z nimi. Po wyjściu, bojąc się aby go AK nie zabiło, wolał nie dotrzymać słowa gestapowcom, więc zaczął się ukrywać w różnych miejscach, ale przeważnie w domu ojca, gdzie miał kryjówkę w piwnicy, do której dostawał się  przejściem ukrytym pod szafą. Niemcy nie mogąc odnaleźć Bolesława, machnęli na niego ręką, ale nie zapomnieli.

Z opowieści mojego powinowatego, Bronisława Milewskiego dowiedziałem się, że w ostatniej dekadzie stycznia 1942 roku żandarmi z Woźnejwsi wzięli go z furmanką i kazali się wieźć wraz z dwoma szucmanami do Norberta Nowickiego, by u niego ich zakwaterować. Bronisław wszedł do kuchni za Niemcami i szucmanami. Po przekroczeniu progu dał się słyszeć łomot dochodzący z pokoju obok. Żandarmi wpadli tam i kazali szucmanom odsunąć szafę. Zobaczyli otwór a w nim drabinę. Strzelili z karabinu w podłogę i kazali wyjść ukrywającym się pod groźbą wrzucenia do piwnicy granatu. Z kryjówki wylazł Janek, najmłodszy syn stryja Norberta, a brat Bolka. Niemcy zaczęli go okładać i dopytywać czemu się ukrywa. Matka rzuciła się bronić syna, ale dostała kolbą w pierś i upadła na podłogę. Stryja, stryjenkę, Janka i Orłowską ich sąsiadkę a narzeczoną Janka, która na odgłos wystrzału przyleciała zobaczyć co się dzieje, Niemcy aresztowali. Wcześniej przeprowadzili rewizję i znaleźli czysty, ale opieczętowany blankiet auswajsu i list z frontu od Wacka, trzeciego syna stryja.

W kuchni była jeszcze córka stryja Leokadia, ale gdy wszyscy przeszli do pokoju ona wyszła na podwórze i poszła do lasu. Aresztowanych odprowadzono i zamknięto w chlewie przy szkole. Niemcy zaś kazali się wieźć do Bełdy, gdzie mieściła się gmina. Po drodze spotkali na leśnym dukcie Celinę Nowicką, wracającą z pracy do domu. Była absolwentką wydziału sztuk pięknych uniwersytety w Wilnie. Dziwiono się, że poszła pracować w gminie w Bełdzie, gdzie wypisywała auswajsy. Nie domyślano się jednak, że podjęła pracę z rozkazu AK, aby te właśnie ajswajsy zdobywać.

Celina widząc Niemców zeszła z drogi i przysiadła za krzakiem. I pewnie udałoby się jej uniknąć nieszczęścia, gdyby woźnica, młody Brodowski, na uwagę Niemców: „O, jakaś baba idzie”, nie dopowiedział, że to Celina Nowicka. Żandarmi natychmiast aresztowali ją i zawieźli do reszty rodziny. Następnego dnia aresztowanych brano na badania i okrutnie bito. Po paru dniach mój ojciec widział przez okno, jak ci sami żandarmi wiozą ich wozem po gnoju drogą w kierunku Rajgrodu. Byli pokrwawieni i tylko w bieliźnie a na wozie leżały szpadle. Stryj, stryjenka, syn Janek, jego narzeczona Orłowska i córka Celina.  Ojciec zrozumiał, że wiozą ich na rozstrzelanie. Po jakimś czasie obaj Niemcy wracali ale już bez aresztowanych.
Po wojnie dzieci stryja Norberta: Bolek, Zosia i Leokadia (Wacek zginął na froncie) postawili w lesie, gdzie rozstrzelano ich najbliższych, mogiłę z krzyżem. Próbowali też dojść sprawiedliwości. Poprzez Komisję Badań Zbrodni Hitlerowskich Bolek szukał oprawców: Kolofa i Bogatza. Znaleziono ich i sądzono w RFN, a świadków przesłuchiwano w sądzie w Kolnie. Niestety sąd niemiecki uniewinnił oskarżonych, podając w uzasadnieniu wyroku, że zeznania Polaków nie są wiarygodne. Bolek dbał o mogiłę i zawsze kładł na niej świeże kwiaty.” –  tak kończy opowieść ksiądz Stanisław Nowicki, bratanek Norberta.

Po przeczytaniu listu i kilku książek, które mi Janusz Sobolewski przysłał o walecznych, ale często tragicznych losach ludności rajgrodzkiej, obiecałem sobie, że jeżdżąc do Rybczyzny na kolejne urlopy, nie będę już zbierał grzybów w lesie Choinki.

 

 

Oddaj swój głos:
(427)
()

Konkursy » Polska

(58)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Szanowni Laureaci, szanowni Państwo, poniżej do pobrania dyplomy i podziękowania   nagrody dla Laureatów zostana...
(128)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Protokół Jury „Polskie bajanie”, czyli II edycja międzynarodowego konkursu „Bajka i legenda świata w życie...
(53)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Polska województwo pomorskie/ powiat słupski/ gmina Słupsk Lubuczewo   kategoria wiekowa dorosły Dom Pomocy...