Kalendarz » Celestynów

    Brak wydarzeń.

114. PL Andrzej Kamiński D

4 sierpnia 2015, Celestynów

 

Polska

województwo mazowieckie

powiat otwocki

Celestynów

 

kategoria wiekowa dorosły

 

Panna nad bagnami

 

Orzech stał przy sztalugach i na palecie dobierał błękitną farbę na skrzydła dla nagiej panny, co nad bagnem lewituje przy zachodzącym, wiosennym, słońcu. Zamyślił się, zastygł z pędzlem unurzanym w błękicie i patrzył na bekasy, które wyfruwały z turzyc, kręcąc młynki, koła, by nagle pikować w dół i beczeć niczym głodna koza. Te paradne, akrobatyczne loty kierują do samic, skrytych na ziemi, w nadziei, że któraś zadurzy się i zaprosi do wspólnego pożycia. Z kęp turzyc odzywają się też zaczepnie kropiatki, powietrze wypełnia śpiew świergotków łąkowych, chrapanie słonek, kiwitanie czajek i głośne gęganie gęsi, których tysiące zasiadły na bezkresnym rozlewisku Biebrzy.  A jeszcze zapach. Jakby kto odkorkował flaszkę z koniakiem: delikatnie drażniący nozdrza ale też wnikający mocno w każdy nerw, w każdy mięsień ciała – aż do bólu i potrzeby działania, chęci zrywu. Coś takiego, jakby nagle, za dotknięciem różdżki ożywało to, co było do tej pory uśpione. Także w turzycach, w których aż buzuje. Mchy, torf, trzcina, paprocie, szuwary czując wiosenne słońce przeciągają się i rwą do kwitnienia. Gdyby mogły śpiewać, to by wtórowały ptakom i jak one cieszyły z odrodzenia i odtworzenia siebie z przed roku i lat poprzednich. Od tak, z potrzeby rodzenia, karmienia i dbania o potomstwo, by nie wyginąć. Poza aromatem wydają też z siebie eteryczną pannę, wielce powabną, kuszącą a przypominającą, że natura jest jednością.

Piotr Orzechowski, dla biebrzańskich przyjaciół Orzech, z wykształcenia nauczyciel plastyki, po Uniwersytecie Marii Skłodowskiej w Lublinie, mieszkający na stałe w Hajnówce opuścił rękę a błękit skapnął na gumowce, tkwiące głęboko, bo prawie po ranty w bagnistej wodzie i ten ruch sprawił, że z niewielkiej łączki poderwała się para żurawi, która jeszcze przed momentem zalotnie klangorzyła.

- Łyknij! – zwrócił się do mnie, siedzącego na składanym zydlu, takim, jakiego używają wędkarze czy myśliwi i podał flaszkę wypełnioną brunatnym płynem. – Poczujesz kopnięcie łosia – dodał. Odkręciłem nakrętkę i delikatnie pociągnąłem z gwinta. Poczułem pieczenie i smak wysokoprocentowego bimbru z domieszką miodu.

- Mocne ale niezłe – pochwaliłem i z flaszki pociągnąłem większy łyk.

- Przypomniało mi się ciekawe zdarzenie z przed kilku lat a charakterystyczne dla biebrzańskich stron, które chcesz poznać. Było to też wiosną. Idąc od przystanku PKS-u w Trzciannym, z plecakiem, sztalugami i woderami a na szyi lunetą, doczłapałem się Carskim Traktem do pierwszej chałupy w Budach, dziś posiadłości króla Biebrzy, Krzyśka Kawęczyńskiego, którego dziś poznasz. Zapukałem do drzwi chałupy. Nikt nie odpowiedział, choć to tylko dwie izby i sień, więc słyszalność doskonała. Nawet pies nie wygramolił się z budy a tylko wystawił łeb i obojętnie spojrzał na mnie. Zapukałem mocniej. Za drzwiami po małej chwili usłyszałem człapanie. Pokazała się stara kobieta. Zapytałem jej czy mogę w sieni zostawić na kilka godzin plecak i wodery, bo zamierzam iść na groblę malować ptaki.

- Nie ma! – stanowczo oznajmiła kobieta i zamierzała cofnąć się w głąb chałupy.

- Ależ proszę panią, tylko na godzinę, gdzieś w kącie – przekonywałem.

- Nie ma! – ucięła krótko.

- Zapłacę.

- Będzie w czwartek. Dopiero nastawiony – wyjaśniła i zatrzasnęła drzwi, zostawiając mnie na progu z plecakiem, woderami, sztalugami i rozdziawioną japą, bo w żaden sposób nie mogłem pojąć o co babie chodzi. Dopiero po chwili skojarzyłem, że głucha i na myśli miała bimber, po który bez przerwy do niej się dobijają miejscowi i przybysze ze świata, czy jak tu określa się obcych, miastowi.

Tak też było z Krzyśkiem, gdy tu zjechał na stałe z Warszawy, porzucając nieźle prosperujący antykwariat na Starym Mieście, żonę i nieletniego syna. Od ostatniego mieszkańca wsi Budy kupił chałupę i w niej zamieszkał. Chłop wziąwszy pieniądze wyniósł się. Nikt nie wie gdzie i co z nim i jego żalem za żoną, która znikła na bagnach. Dopiero któraś wiosna wyssała jej kości z grzęzawiska ale jego przy tym już nie było i nikt nie wiedział do kogo one należały, bo Budy były już puste, bez gospodarzy, krów, koni, drobiu. Tylko chałupy i pootwierane na oścież ziemianki świadczyły, że kwitło tu życie: rodziły się dzieci, uprawiano ziemię, łowiono ryby, polowano a wieczorami, szczególnie wczesną jesienią śpiewano i nierzadko pędzono bimber, bo to zdrowsze a przede wszystkim dużo tańsze lekarstwo aniżeli sklepowe -  przekonywał i niewielkim pędzelkiem barwił różem brodawki piersi panny biebrzańskiej. Skupiony, uwypuklał sutki i stroił z namaszczeniem. Delikatnie, jakby pieścił, nakładał farbę a one poddawały się. Aż stały się wyraziste.

- Czemu tak skupiasz się na cyckach tej mglistej zjawy?

- Nie kpij  – obruszył się. – Te piersi są ważne, bo nawiązują do legendy tutejszych kobiet. Były wspaniałe, choć mężczyźni je pohańbili obrzynając piersi, by nie mogły karmić a tym samym mieć dzieci. Było to dawno.

- Co ty gadasz, nie słyszałem o czymś takim, choć czytałem wiele materiałów związanych z tymi stronami.

- Nie wszystko widać poznałeś, więc ci opowiem. – Wytarł pędzelek z różowej farby w koszulę i odłożył go do drewnianego pudełka.  Z flaszki pociągnął „Kopnięcie łosia” , przysiadł na zydlu i patrząc gdzieś daleko, jakby ponad wiosenne rozlewisko Biebrzy, sięgające widnokręgu, ze słońcem pluszczącym się w wodzie, zaczął opowiadać o kobietach, które ongiś, dawno temu, żyły i zaznaczyły się wyraźnie w historii, czy może tylko w legendzie albo opowieściach kobiet, które były po nich a chciały być mężne i w swej maleńkości wiejskiej wielkie:  historyczne, poetyckie  i mocarne, po wsze czasy.

- To klątwa wróżki Zaroty, która była wyrocznią dla Galindii, kraju sąsiadującego z Mazowszem i Jaćwieżą, tak dawno, że nawet księgi o tym nie mówią. Ale  opowiedział mi o Zarocie Mikołaj Samojlik, znakomity znawca tych stron, człowiek z duszą poety i pisarz. Oto jego opowieść: „Wobec znacznych urodzin dzieci, których trudno było wykarmić, bo plemię nie wojowało a uprawy ziemi ledwie starczały dla dorosłych, starszyzna ustanowiła, że nowo narodzone dziewczynki należy uśmiercać, by w dorosłym życiu nie płodziły, powiększając grono osób głodnych. Starszyzna ustanowiła ponadto, że będą obcinać piersi wszystkim tym kobietom, które sprzeciwią się oddania córek pod nóż. Zrozpaczone matki galindskie udały się o poradę do cieszącej się wielkim szacunkiem, nie tylko w ich kraju, wróżki i kapłanki Zaroty.
- Najszlachetniejsza Zaroto - zwróciły się do wróżki kobiety, składając dary ze srebra i jantaru - tylko ty jedynie możesz uratować nas od hańby i zbezczeszczenia. Przyjmij te dary i przekaz bóstwom prosząc, aby oświeciły naszych mężów i odwróciły od nas straszne pohańbienie.
Zarota z trwogą wysłuchała treści uchwał wiecu, przyjęła dary, długo rozmawiała z Perkunasem - bogiem, któremu ufała najbardziej na świecie, potem orzekła:
- Bóg przyjął wasze prośby i możecie z ufnością wracać do swoich domów.
W dniu jutrzejszym Zarota zwołała do siebie możniejszych panów z Galindii, włożyła na siebie najpiękniejsze szaty, ozdoby i po ofiarnym tańcu na rozpalonych węglach objawiła przesłanie:
- W połowie dzisiejszej nocy, dorośli mężczyźni mają udać się bez broni i tarcz na ziemię słowiańska wydając chrześcijanom wojnę.
- Czyja to jest wola? -
zapytał starszy zgromadzenia.
- Samego Perkunasa.
Ufni w nieomylność swojej kapłanki, mężczyźni ochoczo wyruszyli na łupieską wyprawę.
I rzeczywiście. Zaskoczeni zuchwałą napaścią mieszkańcy pogranicznych wsi mazowieckich nie zdołali się obronić, Galinowie zaś z wielkimi łupami, jeńcami i tabunami koni i bydła wracali do swoich domostw.
Ale ich tryumf nie trwał długo. Wkrótce pokonani zorientowali się, że w zastępach Galinów nie ma ani jednej sztuki broni, ani jednej tarczy. Potwierdzili to również jeńcy, którym udało się zbiec. Wtedy Mazowszanie dogonili Galinów, odebrali zdobycz, zabijając bez trudu tych napastników, którym nie udało się uciec.
Galinowie otrząsnęli się z haniebnego pogromu dopiero w dniu następnym. Nie mieli wątpliwości, że winna jest wróżka. Pomimo wielkiego do niej szacunku nie mogli darować swego upadku. Postanowili jednogłośnie uchwałę poprzedniego wiecu wykonać bez żadnych wyjątków, poczynając od zdradliwej Zaroty. Wszystkim kobietom, które do niej chodziły na skargę za karę nie tylko kazano obciąć piersi, ale i wywieźć na niedostępny grąd.
- Każde wiarołomstwo jest znieważeniem bogów, musi być bezwzględnie ukarane - oświadczył przewodniczący wiecu. - Przyjmujesz tę karę ze spokojem Zaroto?
- Nie. Naturalnym prawem, każdej matki jest obrona życia jej dziecka.
- Bunt czy klątwa?!
- wrzasnął kapłan. - Łamanie woli zgromadzenia jest buntem przeciwko ołtarzowi! Żebracy, proszę przystąpić do wykonywania wyroku!
Dwóch mężczyzn w kołpakach ze skóry i grubych konopnych koszulach przywiązało ręce Zaroty do kołka, obcięto nożem piersi i rzucono na ogień płonącego stosu. Chmielni wojowie uderzyli pałkami w tarcze, zaznaczając pogardę dla wiarołomstwa. Potem tak uczyniono z następnymi kobietami. Cały kraj Galinów cieszył się ze spełnionej zemsty.
Niezwłocznie tez przygotowywano zsyłkę. Miejsce odosobnienia dla niepokornych kobiet wybrano w głębokiej puszczy. Był to dziki niedostępny, a zarazem przepiękny grąd, nazywany Pobojną Górą. Na tym tajemniczym miejscu wodzowie składali dziękczynne ofiary bóstwom po zwycięskich bojach. Tym razem Galinoie postanowili oddać w ofierze Perkunasowi swoje wiarołomne kobiety.
Wywiezione tam nieszczęśnice początkowo płakały, chcąc iść dobrowolnie na samospalenie. Ale czas ich uspokoił. Podporządkowanie losowi zaczęły sposobić się do nowego życia. Od rana do nocy pracowały zawzięcie nad zdobywaniem pokarmu, budowaniem szałasów, noszeniem w fartuchach ziemi na wały ochronne. Swoją ogromną gorycz i swój bunt przeciwko bogom i nieludzkim wyrokom zamieniły w ciężką pracę i miłość do wszystkiego, co żyje. Ich maleńki grądzik wkrótce zamienił się w przepiękny rajowy ogród, bo tylko takie miały pragnienie.
Co dalej stało się z buntowniczkami nie wiadomo. Jedna z wieści głosi, że Perkunas w końcu uległ wzruszającemu uporowi Galindianek i przychodził do nich co ranka, a po śmierci dusze każdej zamieniał w śpiewającego ptaka.
Po raz pierwszy spotkał się z przypadkiem, kiedy ofiara zadziwiła ołtarz. Spodobało mu się to! Są też przekazy, że Zarota siłą własnej woli zamieniła kobiety w niewidzialne nimfy, żyjące do dziś w podziemiach pobojnego grądu.”

Orzech skończył opowieść i zapatrzony gdzieś daleko milczał. A ja szanując jego milczenie nie poruszyłem się nawet, choć zydel mocno już mnie uwierał w tyłek.

- Ot, takie bajdurzenie dla turystów miastowych – stwierdził uśmiechając się i zaczął pakować malarskie manele. Wysoki, dobrze zbudowany, nieco okrągły z racji dojrzałego już wieku Orzech od lat nie uczy już w szkole rysunku i lepienia figurek z plasteliny. Będąc kiedyś z uczniami nad Biebrzą tak się w niej rozmiłował, że porzucił swój zawód nauczyciela. Ukończył kurs przewodnika i do dziś organizuje wycieczki po Biebrzańskim Parku Narodowym. Kiedy tych wycieczek nie oprowadza, przesiaduje w agroturystyce Broni i Janka Kowalskich w Gugnach albo u Krzyśka Kawęczyńskiego w Budach albo jeszcze gdzieś indziej i szwęda się po groblach, podglądając ptaki i zwierzęta a przede wszystkim maluje. Najczęściej eteryczne nimfy. Uwielbia towarzystwo, bo jest gawędziarzem i uwielbia głośną muzykę, gdy jedzie samochodem.

- No dobra, chodźmy na śniadanie – zarządził i poszedł przodem w kierunku domu, wynajętego od Krzyśka, w Budach.

Od rozlewiska rzeki omiatał nas delikatny wiatr niosąc ze sobą aromat budzących się do życia turzyc, mchów i szuwarów. Wchłanialiśmy go niczym zioło przepisane przez lekarza: pełen haust i uzdrowienie. Od wszystkiego: codzienności, ludzkiego gderania, mozolności pracy zawodowej…Luz! Pełen odlot. A w pamięci jedynie biebrzańska panna z powabnym biustem kusząca do miłości tego malowniczego zakątka świata. Prymitywnego w swej postaci ale niezwykle bogatego w  dobrodziejstwo natury i osób tu spotykanych.

- Co tak długo? Czekam z jajecznicą na kiełbasie – zawołał Jacek widząc, że zbliżamy się do furtki. – Swoje dietetyczne śniadanko już zjadłem. Wasze nieco wystygło. I pospieszcie się, bo na festiwal filmów Joasi chce też jechać z nami Krzysiek a wiecie, jak on się grzebie. Dla niego czas nie istnieje. Myjcie się zatem, jedzcie i jedziemy – tłumaczył, ładując do samochodu wodery, lunety i prowiant. Jacek Kałuszko, dziennikarz i obieżyświat, organizator wycieczek do Afryki, którą zna jak Otwock, w którym na stałe mieszka z żoną i synem. Jest też przewodnikiem po wielu polskich parkach narodowych, między innymi biebrzańskiego, którego był zwolennikiem powstania. A ponad wszystko wspaniały kompan.

Cóż, wciągnęliśmy jajecznicę, popiliśmy herbatą i hajda na Tykocin, w którym Joanna Wierzbicka, tym razem bez swego przyjaciela Maćka Faflaka, który zginął pod kołami samochodu w roku 2008, organizuje Międzynarodowy Festiwal Filmów Przyrodniczych im. Braci Wagów.

Jedyne zamieszkałe domostwo wsi Budy przywitało nas szczekaniem zgrai psów i napisem wypalonym na desce i zawieszonej pomiędzy drzewami: „Sucha Barć”. Na podwórzu ujrzałem Krzyśka, o którym tyle słyszałem i czytałem. Król Biebrzy, średniego wzrostu, z nadmiernie owłosioną głową i wiadrami w obu rękach podszedł do nas z zakłopotaną miną.

- Chyba nie pojadę – oznajmił i z wiader nakładał kolejno do misek żarcie dla psów a doliczyłem się ich osiemnaście. W kolejce czekały też koty, chyba sześć.

- Przecież chciałeś jechać – przypomniał Jacek.

- No, chciałem ale co z moimi zwierzętami?

- Nic im nie będzie przez te kilka godzin bez ciebie.

- Nigdy ich nie zostawiam samopas. Jedźcie sami a mnie najciekawsze filmy opowiecie wieczorem.

Królestwo Krzyśka, to trzy wiejskie chaty, kilkanaście psich bud, przestronna wiata kryta strzechą z trzciny i czterdzieści hektarów łąk i bagien, na których pasą się jego krowy i konie. A więcej las, torfowiska, bagna i Biebrza płynąca leniwie latem, zimą zapadana śniegiem, wiosną rozlana szeroko. I ptaki, których tysiące i zwierząt dostatek. Szczególnie łosi, które z Krzyśkiem konkurują o miano króla Doliny Biebrzy. Ale ich jest dużo a Krzysiek jeden. Okaz. Od ponad dwudziestu lat żyje tu sam. Jako człowiek, bo zwierząt ma wiele. I w obejściu i lesie. Nie ma telewizora, radia, komputera, nie czyta gazet a czas wyznacza mu słońce i pory roku. O świecie i zdarzeniach, jakie mają w nim miejsce, dowiaduje się przypadkiem, gdy mu kto o nich powie. Nie są dla niego istotne. Ot, są i tyle. On jest poza nimi i poza światem, choć blisko carskiej drogi, bo z jednej strony Osowiec z dworcem kolejowym i szosą Warszawa – Białystok a z drugiej strony Laskowcem, wsią, za którą zaczyna się Biebrzański Park Narodowy. Miodna barć Krzyśka jest jego ostoją i matecznikiem. Dopuszcza do niej tylko osoby rozmiłowane w naturze: bagnach, torfowiskach, wodzie…Wynajmuje im swoją chałupę albo pole namiotowe. I korzystają z tego. Wiosną, latem i jesienią zjeżdżają ornitolodzy z różnych krajów Europy, głównie jednak z Holandii, Niemiec, Belgii i Hiszpanii. Zimą odwiedzają go amatorzy narciarskich biegów ale i tacy, którzy pragną się wyciszyć i pobyć trochę na uboczu hałaśliwego świata. A ci, którzy tu raz byli a zmoczyli tyłek w bagiennej wodzie, przyjeżdżają i przyjeżdżać będą, bo coś tu ich przyciąga. Jak Krzyśka trzydzieści lat temu. Przyjechał z kolegą, by oczyścić płuca z warszawskiego pyłu. Chodzili po groblach, słuchali ptaków, oglądali pasące się łosie. Po trzech dniach wrócili do Warszawy. Każdy do swoich obowiązków. W Krzyśku jednak utkwiła biebrzański spokój, którego próżno szukał pomiędzy półkami swojego antykwariatu i pośród książek:  one wcześniej dawały mu wyciszenie i dawały poczucie oderwania od codziennego, utkanego z różnorodnych problemów życia. Kilka razy urywał się z Warszawy i jechał na bagna. Łapał oddech i z ciężkim sercem wracał. Aż kiedyś, podczas kolejnej wyprawy nad Biebrzę, trafiła mu się okazja kupna starej chałupy w Budach. Spieniężył kilka „białych kruków”, spakował książki, kilka fatałachów i na stałe osiadł w Budach, jako jedyny mieszkaniec tej wsi. Pierwsze dni i noce były trudne. Czuł się co prawda wyzwolony od cywilizacji ale jednocześnie wylękniony i trochę zagubiony. Mając nagle nadmiar wolnego czasu włóczył się po okolicy, zapoznawał z mieszkańcami sąsiedniej wsi Gugny, jeździł do Trzciannego. Łatwość nawiązywania kontaktów przysparzała mu coraz to nowych znajomych, którzy widzieli w nim kogoś uczonego, dobrego i niezwykle uczynnego. W podziękowaniu za przeróżne porady i uczynki, jak to jest w wiejskim zwyczaju, stawiali wódkę. Nie odmawiał, by sobie znajomych nie zrazić, nie dotknąć. Pił. Doszło do tego, że często spał na drodze, bo nie miał siły doczłapać się do chałupy. Drobnej postury i niezwyczajny picia szybko się upijał. Nawet wtedy, gdy był już znany i przyjmował u siebie turystów a szczególnie przyjaciół z tak zwanego wielkiego świata. Może skrycie tęsknił za tym porzuconym światem? Może samotność dusiła go za gardło? Może jedno i drugie i to, że ludzie tu przyjeżdżali i wyjeżdżali, potem znów wracali? Ten jego chwiejny, czy zygzakowaty krok, jak to ładnie określają niektórzy jego biografowie, trwał kilka lat. Aż stał się ten dzień a konkretnie noc. Siedział nad książką, obok stał kieliszek i flaszka. Nad stołem obraz Orzecha przedstawiający Boginię Wiosny. Widoczny jest jej profil, bo głowa zwrócona na las. Nieraz z malarzem popijając piwo czy wódkę patrzyli na nią, nadawali imiona. Krzysiek upierał się przy Beacie, Piotrek przy Jolce. Nigdy imienia nie nadali. Tylko tak patrzyli, marzyli i popijali a ona się nie odwracała,  jakby czekała na odpowiednią chwilę.

Usnął z głową na książce a flaszka była pusta. Obudził go warkot samochodu, co należy do rzadkości, szczególnie bardzo wczesną wiosną, gdy nie przylatują jeszcze ptaki a za nimi tłumy miastowych ornitologów z plecakami pełnymi drogich lunet i aparatów fotograficznych. Odgarnął z czoła włosy, przygładził je lekko i wybiegł na podwórze, zapominając o kożuszanej kurtce, którą zwykł o tej porze zakładać, bojąc się panicznie choroby.  Przy wjeździe zobaczył samochód i wysiadającą z niego dziewczynę. Nie widząc jeszcze jej dokładnie czuł, że to Beata z obrazu. Podbiegł i zarzucił jej ręce na szyję. – Beata – wyszeptał. – To ja kochany! – odrzekła. I stali tak wtuleni w siebie. Nieobecni. Zakochani. Czas stanął i stanął pociąg Krzyśka do alkoholu, bo Beata jest w nim. Odwrócona, choć na portrecie tylko jej profil. On jednak wie, że odwrócona jest wyłącznie dla niego, bo to jego Bogini Wiosny.

Po tym cudownym wstąpieniu Krzysiek okrzepł i całkiem wtopił się w otoczenie. Stał się częścią Dolnego Basenu Biebrzy: bagien, torfowisk, turzyc targanych wiatrem i ptaków, które przylatują i odlatują. A wszyscy, którzy tu przyjeżdżają z miast i miasteczek, swoją wycieczkę rozpoczynają od złożenia wizyty królowi, który nic nie ma prócz trzech chałup, 40 hektarów podmokłych łąk, kilku krów, trzech koni, osiemnastu psów, sześciu kotów i starego „malucha”, którym przywozi zlewki z restauracji w Dobarzu dla swoich czworonożnych przyjaciół i gdzie jada obiady – jedyny posiłek w ciągu dnia, bo sam sobie nic w domu nie szykuje. Nie umie? Nie chce? Ma jeszcze swoisty skansen, czyli niezliczone ilości przedmiotów, na przykład kolekcję gramofonów, gumowców, świątków, podków, gwoździ, portretów cara…Trzy domy, które kiedyś służyły turystom za miejsce noclegu, zawalone są po sufit tymi oryginalnymi cudeńkami. Zwozi je z różnych jarmarków, targów, wydając na nie spore pieniądze. Większość nie przedstawia większej wartości ale dla niego są drogie, bo może je składać w zbiory i kolekcje. Cóż, taka już Krzyśka natura. Natura antykwariusza.  

- No dobra, zobaczymy się wieczorem – zgodził się Jacek i wsiadł do samochodu. – Wiedziałem, że dupy nie ruszy – oznajmił nam już w aucie. – On jest jak dziecko: niby chce cukierka ale nie chce mu się po niego sięgnąć – dodał i nagle przystanął. – Spójrzcie, łoś z klempą. Tuż przy szosie. – Chciałem sięgnąć po aparat fotograficzny ale Jacek mnie powstrzymał. – Nie ma czasu. Jedziemy. Na zdjęcia będziesz miał czas jutro jak pójdziemy na Mścichy. – W parku łosi jest dużo, około tysiąca. Nie ma siły, by się na nie nie natknąć – wyjaśnił i dodał gazu, bo wyjechaliśmy już z lasu na carską drogę. – „Carski Hosineć” powstał z nakazu cara w XIX wieku, by mogli podróżować po nim  rosyjscy arystokraci i książęta jadąc przez  Bielsk do Białowieży. Ale tak naprawdę szlak ten był strategiczny i miał służyć do przemieszczania się carskich wojsk, które zasiedlały Twierdzę w Osowcu. Trakt przestał pełnić swą ważną rolę po zbudowaniu linii torowej Bielsk - Białowieża. Przestano go używać ostatecznie po zbudowaniu drogi Bielsk - Białowieża - Prużany w 1908 roku – wyjaśniał mi Jacek.

Dojechaliśmy do Tykocina. Czuje się go, bo samochodem telepie, że trudno kierownicę utrzymać a ząb nie trafia na ząb. Kolejne bowiem rady miasta nie dają się, na szczęście przekonać, by odwieczny tu uliczny bruk pokryć asfaltem. I dobrze, bo miasteczko, dźwigające na sobie kawał dobrej historii, zyskuje na tym. Jest inne. Ten bruk, synagoga, późnobarokowy kościół rzymsko-katolicki, klasztor pobernardyński, cmentarz żydowski i drewniane domy wokół rynku, na którym poczesne miejsce zajmuje pomnik Stefana Czarnieckiego – dziedzica tykocińskiego w latach 1661-1802, tworzy jako żywo obraz dawnego polskiego miasteczka. Dziś, sennego, zasłuchanego jakby w szum Narwi, która cieszy się widząc odbudowę zamku, który był ongiś chlubą Korony. Dokonuje tego przedsiębiorca z Białegostoku, starając się wiernie zamek odtworzyć.

Zamek był w XVI i XVII w. ,jedną z najpotężniejszych twierdz nizinnych w Polsce zajmując kilkakrotnie większy teren niż obecnie. W czasach Zygmunta Augusta pełnił rolę królewskiej rezydencji, mieszcząc główny arsenał koronny, skarbiec i bibliotekę sprowadzoną z Wilna. W latach 1611-32 przebudowany przez starostę K. Wiesiołowskiego i otoczony fortyfikacja z bastionami. Został zniszczony podczas wojen szwedzkich w 1656r. Odbudował go Stefan Czarniecki, który tykocińskie dobra otrzymał za zasługi wojenne. W 1705 roku król August II Mocny ustanowił na zamku w Tykocinie Order Orła Białego -najwyższe odznaczenie Rzeczypospolitej. Zamek był zamieszkały do pożaru w 1734 roku. W 1750 zaczęto jego rozbiórkę, a resztę zabrała powódź w 1771. Ostatecznego zniszczenia dokonano podczas I wojny światowej.

Parkujemy auto w okolicy rynku i nie widząc nikogo z przechodniów, pytamy sklepikarza, gdzie odbywa się festiwal przyrodniczy. Wytłumaczył jak dojść do Zespołu Szkół. Nie było to jednak potrzebne, bo na każdym kroku natykaliśmy się na afisze: VI Międzynarodowego Festiwalu Filmów Przyrodniczych imienia Braci Wagów.

- Hello Jack! Hou are you? – usłyszeliśmy za sobą.

- J m fire, thanks! – odpowiedział Jacek i z szerokim uśmiechem przywitał się z młodym człowiekiem dźwigającym pod pachą kamerę. – To Manuel, z Madrytu. Operator filmowy – wyjaśnił mnie i Orzechowi. Dodał też po polsku, że koleś kręci niezłe filmy przyrodnicze i też jest rozkochany w Dolinie Biebrzy. -  Biebrznięty, jak my wszyscy. Przyjeżdża każdego roku i potrafi dwa, trzy dni siedzieć w namiocie na grobli i filmować ptaki – uzupełniał charakterystykę Manuela Jacek.

Przed wejściem do sali kinowej, na co dzień sali gimnastycznej szkoły podstawowej i gimnazjum, przywitała nas Joanna Wierzbicka – pomysłodawczyni i organizatorka festiwalu. Kobieta starsza już ale pełna animuszu i młodzieńczej fantazji. Ukończyła filologię rosyjską na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1952 - 59 - dziennikarz Polskiego Radia. Od 1963 roku związana z Telewizją Polską. Ponad 20 nagród na krajowych i międzynarodowych festiwalach, liczne pozycje eksportowe oraz powtórzenia na antenie krajowej. Wyprodukowała kilkaset filmów przyrodniczych. Inicjatorka utworzenia Biebrzańskiego Parku Narodowego. Od 1993r. wspólnie z Maciejem Faflakiem - scenarzystą i komentatorem - prowadziła Agencję Filmową MALWA. Po jego śmierci agencję prowadzi sama. Jest przewodniczącą Międzynarodowego Festiwalu Filmów Przyrodniczych im. Braci Wagów oraz Międzynarodowego Forum Ekologicznego EKORAJ (ekologia w mediach). Mieszka w Warszawie ale ma też chałupkę w Budach, w której wcześniej z Maćkiem wymyślali kolejne filmy, gościli przyrodników i sympatyków tych stron.

- Przed nami trzy dni i 30 filmów z całego świata – zachęca Joanna. – Na festiwal przysłano co prawda 70 filmów ale do rywalizacji wybraliśmy 30 najlepszych. Są to m.in. opowieści o amerykańskich bizonach, wędrówkach motyli, polarnych niedźwiedziach, Australii - krainie papug, przyrodzie wysp Galapagos - zwłaszcza tragicznych losach żółwi olbrzymich, przyrodzie Kamczatki, Kaukazu czy Wysokich Tatr. Prezentowane filmy zostały zrealizowane przez twórców m.in. z Australii, Niemiec, Holandii, Estonii, Białorusi, Rosji, Iranu, Włoch, Hiszpanii, USA – wylicza pospiesznie i zaprasza na szybką kawę i bułkę z miodem, bo za chwilę pierwsza projekcja.

Sala gimnastyczna zaciemniona czaszami spadochronów wypełniona po brzegi. Głównie tykocińską młodzieżą szkolną. Są oczywiście i władze lokalne a także twórcy filmów z różnych krańców świata. Festiwal otwiera Dama Filmów Przyrodniczych, Joanna Wierzbicka. Mimo wieku w oczach jej widać młodzieńczy płomień tworzenia. Urzeka wszystkich swoim zapałem filmowca i zapałem pokazywania przyrody.

Oglądamy film niemieckich reżyserów Christiana Baumeistera i Toma Synnatzschke „Kamczatka” z serii Dzika Rosja, który jak się później okazało zdobył główną nagrodę i też film polski „Nauczanie początkowe” Marcina Bortkiewicza i Dariusza Dikti, za który jury przyznało nagrodę specjalną.

W przerwie wychodzimy na papierosa. I kogo spotykamy? Ano przyjaciela Andrzeja Bartmańskiego, aktora znanego choćby z serialu TV „Przeznaczenie”.

- I ciebie tu przywiało? – dziwimy się.

- Festiwalu Joaśki nie mogłem odpuścić – tłumaczy. – Ale wiecie co, może urwiemy się, bo dziś już nic dla nas tu ciekawego nie będzie i pojedziemy odwiedzić Mirka Woronę w jego Twierdzy a potem gdzieś wylądujemy na gorzałce – zaproponował.

Zgodziliśmy się chętnie. Wyrwaliśmy zatem do Osowca ale jadąc postanowiliśmy choć na chwilę zajrzeć do Pentowa, europejskiej wsi bocianiej. Miejsce wybrały sobie bociany. Już w 1997 roku zbudowały tu kilkanaście gniazd. Tuż obok stuletniego dworku rodziny Toczyłowskich herbu „Samson” na brzegu Narwii bociany każdego roku wyprowadzają kilkadziesiąt młodych. Od roku 2001 Pentowo zyskało tytuł Europejskiej Wsi Bocianiej przyznany przez niemiecką Fundację Europejskiego dziedzictwa Przyrody „Euronatur” a gospodarstwo agroturystyczne potomków Toczyłowskich wspiera Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków.

Łazimy po łąkach i zglądamy na gniazda, których w tym roku jest około 40. W dwóch dojrzeliśmy już pierwsze bociany. Dowiadujemy się, że w roku ubiegłym Pentowo odwiedziło przeszło trzy tysiące obserwatorów.

Jedziemy dalej, na Twierdzę do Mirka, który powiadomiony już na nas czeka.

- Nie przeraź się Jędruś ale w twierdzy straszą duchy – zachęcał mnie do zwiedzania Jacek. – Jest tam „Czarna Dama”, która wylęgła się z chmury śmiercionośnego chloru i od prawie stu lat straszy na Biebrzą, jest duch lejtnanta, który strzelił sobie  w łeb, bo go dziewczyna rzuciła i jest Mirek Worona – dobry duch: opiekun i piewca ossowieckiej twierdzy. Przybył tu jako „trep” w 1984 roku i wiernie służył Ojczyźnie przez dwadzieścia lat jako żołnierz zawodowy. I pochłonęła go bez reszty stara, sowiecka twierdza. Chorąży Worona każdą wolną chwilę od służby spędzał na rozpoznawaniu licznych korytarzy, schronów, kanałów.  Twierdza stała się w końcu jego miłością, z którą rywalizowały dwie inne damy: żona Katarzyna i córka Magdalena. Z czasem jednak te dwie kobiety musiały uznać wyższość Twierdzy. I wyższość Mirka pasji pisania wierszy i corocznej akcji sprzątania Biebrzy, z której setki płetwonurków wyciąga na przykład armaty, stare karabiny i naturalnie mnóstwo śmieci, zostawianych przez turystów. On, w zestawieniu z nami, jest prawdziwie biebrznięty – podkreśla Jacek.

Podjeżdżamy do bramy jednostki wojskowej w Osowcu. Mirek już czeka. Postawny z długimi wąsami i plecakiem. Wita się z kolegami a mnie pyta czy mam dość odwagi na spotkanie z „Czarną Damą”. Cóż mam powiedzieć? No, mam! W biurze przepustek wpisujemy się do księgi gości i idziemy za Mirkiem, który składnie opowiada historię powstania twierdzy.  Mówi, mówi i mówi. Ale ciekawie. Wiele musiał przekopać materiałów historycznych, by tak mówić. Kiedy doszliśmy do „Tunelu śmierci” Mirek opowiedział o „Czarnej Damie”.

- Żołnierze niemieccy chcąc zdobyć rosyjską twierdzę wypuścili chlor z baterii gazowych. Utworzyła się wielka chmura o szerokości kilku metrów. Biała śmierć położyła trupem prawie dwa tysiące żołnierzy rosyjskich. Sołdaci w panice opuszczali linię obrony i nie była to dezercja a ucieczka przed czarną zjawą, która krążyła. To ona wybierała sobie ofiary, dusząc za gardło. Jak później opowiadano przypominała kobietę w czarnej pelerynie. To było 6 sierpnia 1915 roku. Ale niedawno była tu ekipa filmowa i w tunelu kręciła film. Po obejrzeniu ich już w studio okazało się, W montażowni, gdy przeglądano taśmy ujrzano, że na nich „ktoś” jest. Hu, huuuuuuuu! Czarna Dama – zawył złowrogo Mirek, że skóra mi na plecach ścierpła. I wyszliśmy z tunelu a Mirek cały czas mówił i opowiadał. Ale nie będę zdradzał co, bo warto samemu posłuchać. Na pożegnanie dał mi tomik swoich wierszy, których muzą jest Pani twierdza i Pani Biebrza. Zaprosiliśmy go do Bud na kolację. Obiecał, że postara się wpaść, choć ma jeszcze dziś i jutro kilka wycieczek do oprowadzenia po twierdzy.

W drodze powrotnej kupiliśmy coś na kolację, to znaczy dwa kilo kiełbasy i kilkanaście piw.

Pierwsze co zrobiliśmy dotarłszy do chałupy, to napaliliśmy w kominku. Ogień dał ciepło i już po chwili mogliśmy zdjąć kurtki i ciepłe golfy. Najpierw toaleta. Oczywiście pod studnią w misce, bo łazienki w starym, wiejskim domu nie ma i nie było i broń Boże, by była. Ma być naturalnie, jak ongiś, by łapać za ręce matkę Naturę. Orzech rozstawił na podwórzu sztalugi i mając wszystko gdzieś wziął się za malowanie zachodzącego słońca a na jego tle znów jakąś nimfę z cyckami i skrzydłami. Andrzej snuł plany wyrwania się z Warszawy i zbudowania gospodarstwa agroturystycznego ale z teatrem, w którym dla swych gości będzie prezentował widowiska .  Jacek, najbardziej zdyscyplinowany podróżnik, co z niejednego pieca chleb jadał, kroił kiełbasę i na kuchence gazowej ją podsmażał. Ja, nie mając nic innego do roboty, patrzyłem przez lunetę na stada gęsi, które zasiadły na mokrej łące, opodal chałupy. Nagle ciszę, mąconą jedynie gęganiem gęsi, przerwał warkot silnika samochodu. Przed bramą zatrzymał się „maluch” a z niego wygramolił się Krzysiek z koszem drewien do kominka.

- Przywiozłem, by nie zabrakło – oświadczył targając kosz do izby, w której było już ciepło i unosił się smakowity zapach kiełbasy. – I jeszcze flaszkę „Kopnięcie łosia” – dodał.

- No Krys, spisałeś się – pochwalił Jacek i polał kolejkę. Wypiliśmy za matkę Naturę i Biebrzę a kiełbasą zakąsiliśmy. Tylko Krzysiek toast wzniósł wodą.

- Co u ciebie, królu? – zainteresował się Andrzej.

- Mam zmartwienie, poważne – zaczął smutno Krzysiek a my przestaliśmy jeść. – Nie wiem, co będzie, jak zachoruję albo, co gorsze, umrę.

- Co ty gadasz? Skąd takie myśli, źle się czujesz? – pytaliśmy jeden przez drugiego.

- Niby nie ale tak sobie nieraz myślę, co będzie z moimi stworzeniami i całym tym skansenem i ziemią…

- No, to jest problem – stwierdził Orzech kiwając znacząco głową. – I to nie na żarty.

- Ja myślę, że mógłbyś założyć fundację swojego imienia i cały ten swój majątek wnieść aportem do niej – realnie podpowiedział Jacek a Krzysiek aż się ożywił dopytując o szczegóły. Stanęło w końcu na tym, że przyślemy mu „krok po kroku” jak zakłada się fundację i jak zabezpiecza się jej majątek.

Wyszliśmy przed chałupę na papierosa. Była już wczesna noc i nad lasem wisiał księżyc. Cisza świdrowała uszy. Nic, ani szelestu.

- Kiedyś przyjechał tu ze mną kolega, który mieszka w Warszawie w okolicy górki rozrządowej, czyli miejsca, gdzie przetacza się wagony kolejowe – wspominał Andrzej. – I wiecie co? Po pierwszej nocy kolega wstał niewyspany. Stwierdził, że nie mógł spać, bo budził go hałas ciszy.

- Nie dziwię się. Cisza, do której nie nawykliśmy, może przytłaczać. Ale to mija, wierzcie mi. Byłem kiedyś w Białymstoku, coś tam załatwiałem i uciekłem szybko. Dwa dni miałem złe sny – zwierzył się Krzysiek. – U siebie czuję się jak u siebie. Mam swoich czworonożnych przyjaciół i bagna i torfowiska i ptaki…Nawet turyści, którzy mnie odwiedzają, już nie są mile widziani, bo mnie fatygują. Ale nie rozpowiadajcie tego, bo przestaną przyjeżdżać i sponsorować – wyraził szczerze.

Gawędziliśmy długo. Późno w nocy wyszedłem przed dom i zapragnąłem przejść się po drodze. Tak trochę, by poczuć noc a może usłyszeć dawne głosy mieszkańców wsi Budy, turkot żelaznych kół ich wozów, parskanie koni. Nic z tych rzeczy. Wszystko to odeszło. Została tylko droga i kilka chałup, w których przemieszkują miastowi a na stałe jedynie król Biebrzy i jego szczekający, miauczący i rżący dwór. I jeszcze coś zostało: nimfa, Dama Biebrzy. Wielka Pani, która rozkochuje w sobie ludzi i każe im tu być. I jest ich coraz więcej. Jedni osiedlają się na stałe, by wielkiej Pani bić pokłony, inni przybywają na każde jej zawołanie, porzucając swoją codzienność.

 

 

 

 

 

 

Oddaj swój głos:
(316)
()

Konkursy » Polska

(58)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Szanowni Laureaci, szanowni Państwo, poniżej do pobrania dyplomy i podziękowania   nagrody dla Laureatów zostana...
(128)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Protokół Jury „Polskie bajanie”, czyli II edycja międzynarodowego konkursu „Bajka i legenda świata w życie...
(53)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Polska województwo pomorskie/ powiat słupski/ gmina Słupsk Lubuczewo   kategoria wiekowa dorosły Dom Pomocy...