Kalendarz »

239.B. Zofia Grabowska_Andriejew D

29 grudnia 2015,

Polska

województwo wielkopolskie/ Chodzież

 

kategoria wiekowa dorosły

 

Praca konkursowa  autorstwa Zofii Grabowskiej-Andrijew, będąca rozwinięciem wytłuszczonego tekstu – zapisu, którego dokonał Otto Knoop (1853-1931 )  etnograf, niemiecki nauczyciel gimnazjum w Rogoźnie.

 

CIOTA CHODZIESKA.

 

(Opowiadał prof. Dr Hockenbeck z Wągrowca).

 

Dawno temu, kiedy nazwa Chodzież była jeszcze rodzaju męskiego a na czarownicę mówiono ciota, w Chodzieżu żyła dawniej kobieta, którą ogólnie uważano za ciotę i o której opowiadano, że ma diabła w sobie. Była wzrostu wysokiego i dobrej tuszy, jak to zwykle cioty bywają. Miała pewną przywarę, która czyniła ją ludziom niemiłą, wstrętną: mianowicie miała ustawiczną czkawkę. Uważano to za sprawkę szatana; a ponieważ czkawka ta szczególnie mocno się powtarzała w kościele, sądzono, że to diabeł na widok kapłana chciałby z owej kobiety wyjść, że jednakże nie może. W końcu ludzie spowodowali, że wstęp do kościoła został ciocie zabroniony.

Kobiecie tej na chrzcie dano Maryna, ale wciąż przezywana, prawie zapomniała swego imienia. Wygnana z kościoła zamknęła się w swej chatce na  skraju jeziora Koniecznik, dziś zwanego Strzeleckim, by ukryć ból serca i wstyd z powodu odrzucenia.

Skarżyła się nie ludziom, a Bogu, którego spotykała nad jeziorem, na leśnych duktach, polnych drogach… A On słuchał jej skarg w milczeniu i odsłaniał przed nią tajemnice natury.

Postanowiła szukać sposobu na pozbycie się czkawki, która była  powodem jej nieszczęścia. Przypomniała sobie, że gdy chorowała w dzieciństwie, jej babka parzyła zioła i dawała jej do picia. Zwykle pomagały. Niestety Maryna nie interesowała się czym leczy ją babka i nie wiedziała jakich i gdzie trzeba szukać. Przypomniała sobie jednak, że babka kiedyś powiedziała, że to nie jest żadna wiedza tajemna i że leczyć ziołami nauczyła się od zwierząt. 

Postanowiła ją naśladować.

Dobrała się też do wykopanej w ziemi piwniczki, aby sprawdzić co tam zostało po babce z jej leśnej apteki. Na szczęście były tam różne mikstury i suszone zioła opatrzone rysunkami

oraz  jakimiś znaczkami przypominającymi litery. Widać ktoś babce pomagał, bo była niepiśmienna, Dużo czasu zajęło Marynie poznanie przeznaczenia poszczególnych ziół. Przecież szkołę skończyła na drugiej klasie. Ale czasem wydawało się jej, że Chrystusik, co siedział mocno zafrasowany w kapliczce pod lasem podpowiadał jej i prowadził tam, gdzie mogła się czegoś nowego nauczyć. A to ranny zajączek, co wyrwał skoki z wnyków kłusownika pokazał jej jak leczyć rany  rosnącą nieopodal babką, a to kukułka zbierająca pajęczyny na nadszarpnięte przez jastrzębia skrzydło. Obserwowała bacznie jakie rośliny jedzą chorujące sarny, a nawet jej wierny towarzysz, kundel Hau.

Gdy zachorował synek biednej wdowy i majaczył w straszliwej gorączce, pospieszyła

z pomocą. Namoczyła prześcieradła w zimnym ziołowym naparze, owinęła nimi całego chłopca i siedziała przy nim tak długo, aż spadła gorączka, oddech przestał być świszczący a chłopiec zasnął.

Matka rozpowiedziała o tym na targu i od tej pory do chaty Maryny cichcem przychodzili mieszkańcy Chodzieża po ratunek. Byli wśród nich ci sami, co kiedyś wypędzili ją z kościoła. Czasem prosili innych, by przynieśli im zioła, bo nie honor im było stanąć  przed Maryną. Był wśród nich nawet kapłan z miejscowego kościoła.

Niestety, Maryna, która pomagała innym, nie potrafiła znaleźć ratunku dla siebie. Wciąż dokuczała jej czkawka i żadne mikstury nie potrafiły jej uśmierzyć. Jednak zielarka, która wykształciła u siebie zmysł obserwacji, zauważyła, że to wstrętna przypadłość ustępuje latem  a nasila się wraz z postępującym chłodem.

Uboga Maryna osierocona przez rodziców, potem przez babkę, nie miała nigdy trzewików i chodziła boso także do kościoła. Gdy stała na zimnej posadzce, dostawała napadu czkawki, której nie mogła pohamować.

I znów przypadek pomógł jej znaleźć lekarstwo.

Od Żyda Mośka co miał karczmę dostała  w podzięce za zioła torebkę landrynek.

 

 

Nie znała ich smaku, więc, choć właśnie napadła ją czkawka, nie mogła się powstrzymać  i wzięła jedną do ust. Nigdy dotąd nie miała w nich nic tak dobrego. Ale najważniejsze było to, że po chwili czkawka ustąpiła.

Doświadczona zielarka postanowiła sprawdzić  czy ma to związek z landrynkami i nim torebka została opróżniona miała już pewność, że tak. Odtąd polecała, by tym co dostają czkawki podawać choćby łyżeczkę cukru.

Gdy nauczyła się leczyć swoją czkawkę , pewnie mogłaby spróbować wejść do kościoła, ale nie czuła takiej potrzeby. Zrozumiała co to znaczy, że Bóg jest wszędzie i że to nie ksiądz jej pomógł, gdy odrzucili ją ludzie. To On uczynił ją szafarką bożej apteki.

Czas płynął.

Ludzie korzystali z jej wiedzy i pomocy. Jak zawsze byli wśród nich przyjaźni i zawistni. Ci drudzy przypominali jej przezwisko i szeptali o jakichś kontaktach z diabłem. Wszystko toczyłoby się spokojnie dalej, gdyby nie pomór świń. Nagle zaczęły chorować i padać.

Maryna próbowała, jednak nie potrafiła powstrzymać rozprzestrzeniającej się choroby. Wtedy ktoś zaczął rozgłaszać, że Maryna to przecież czarownica  i to ona sprowadziła pomór.

W karczmie u Żyda przy czwartej z rzędu flaszce okowity siedmiu chłopa uradziło, że trzeba ją ukarać. Ruszyli do jej chałupy, zbierając po drodze kije, drągi i kamienie.

Jak zobaczył to karczmarz Mosiek, posłał do Maryny swego syna Icka, by ją uprzedził 

i doradził, by uciekła i nie wracała z lasu, aż pijani chłopi nie wytrzeźwieją. Ale gdy Icek dotarł do chaty Maryny, była już pusta.

Czujny Hau usiłował ją ostrzec. Niespokojnie kręcił się i poszczekiwał, poszturchiwał Marynę, zaglądał jej w oczy, ale nie rozumiała o co mu chodzi. Gdy do chaty wtargnęli zbrojni napastnicy – szarpał ich za spodnie, gryzł po łydkach, podskakiwał, umożliwiając Marynie ucieczkę do lasu. Jednak mężczyźni pobiegli za nią, dopadli, bili kijami i drągami, a gdy rozpaczliwie  ostatkiem sił zerwała się do ucieczki, rzucali w nią kamieniami.

Jeden z nich trafił ją w głowę. Krew zalała jej twarz i oczy; upadła i już się nie poruszała. Wówczas przestraszeni napastnicy uciekli. Przy Marynie został tylko Hau. Długo do domów Chodzieżan docierało rozpaczliwe wycie, ale nikt nie sprawdził przyczyny.

Po kilku dniach drwale znaleźli w lesie zanurzone w mchu ciało Maryny oplecione leśnym bluszczem, przytulią lepczycą i barwinkiem. Wyglądało jakby złożone w zrobionej przez siły natury trumnie. U jej stóp leżał nieżywy Hau.

Drwale dziwili się, że zawsze niebieski barwinek ma kwiaty liliowego koloru.

Myślę, że ty czytelniku wiesz dlaczego.

 

 

 

 

 

 

 

Oddaj swój głos:
(148)
()

Konkursy » Polska

(58)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Szanowni Laureaci, szanowni Państwo, poniżej do pobrania dyplomy i podziękowania   nagrody dla Laureatów zostana...
(128)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Protokół Jury „Polskie bajanie”, czyli II edycja międzynarodowego konkursu „Bajka i legenda świata w życie...
(53)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Polska województwo pomorskie/ powiat słupski/ gmina Słupsk Lubuczewo   kategoria wiekowa dorosły Dom Pomocy...